Mission: Impossible na Kraśnickiej

Dyrektor Wojewódzkiego Szpitala na al. Kraśnickiej to… trudna posada. Z jednej strony jest się szefem największej samorządowej placówki medycznej (700 łóżek, blisko 40 tys. porad rocznie plus drugie tyle na SOR, półtoratysięczna załoga), a to zawsze oznacza wpływy i mocną pozycję nie tylko wśród innych menedżerów opieki zdrowotnej. Tyle tylko, że wywyższenie to może okazać się bardzo nietrwałe, bo szefa „Wyszyńskiego” można wylać właściwie za… nic. Czy, jak kto woli – za wszystko.


Tak właśnie ze stołkami pożegnali się poprzedni szefowie Szpitala, Ryszard Śmiech i Gabriel Maj, a Zarząd Województwa właśnie zamierza powołać ich następcę w tej samobójczej misji. Jak uzyskać zadowolenie z codziennych, ekonomicznych wskaźników tej potwornie zadłużonej (340 mln zł), niedofinansowanej (o permanentnie niedoszacowanych kontraktach z NFZ) jednostki?

Z Kraśnika na Kraśnicką?

Oczywiście, zgodnie z wymogiem ustawowym dokonać się to musi w drodze tak zwanego konkursu, który lada dzień ma zostać rozstrzygnięty przez Zarząd Województwa. Jego ciekawostką ma być to, że podobno tym razem stanowiska dyrektorskiego nie obejmie nikt bezpośrednio związany z Kraśnikiem, zagłębiem fachowców dla wojewódzkiej administracji samorządowej pod rządami marszałka Jarosława Stawiarskiego.

Nie znaczy to bynajmniej, że w powiecie kraśnickim, bogatym ostatnio w fachowców od wszystkiego, zabrakłoby akurat tych od medycyny. Co to to nie! Wszak jeden z takowych, były szef SP ZOZ w Kraśniku, Piotr Matej, zawiaduje obecnie całą marszałkowską służbą zdrowia, kierując stosownym departamentem Urzędu. Ba, ponoć rozważana była nawet jego właśnie kandydatura na misję niemożliwą przy Kraśnickiej. Oświadczyć miał jednak, że nie ma głupich…

Orzeł to on nie był…

Bardzo zainteresowany ponownym pokazaniem umiejętności menadżerskich był podobno także Zbigniew Orzeł, znany cudotwórca lubelskiego zarządzania służbą zdrowia, wiedzący dobrze, jak uzdrowić każdy szpital w Polsce, z nielicznymi wyjątkami tych konkretnych, którymi sam (bez większych sukcesów…) kierował. W swoim czasie chciał się na swój sposób przysłużyć „Kraśnickiej”, lansując pod rządami koalicji PO-PSL niesławny projekt „szpitalnej Godzilli”, czyli fuzji wszystkich samorządowych placówek z terenu Lublina.

Ostatecznie, jak opisywaliśmy, doszło tylko do stworzenia „mini-Godzilli”: przeniesienia do „Wyszyńskiego” oddziałów z innych SP ZOZ-ów i całych likwidowanych przychodni. Co ciekawe, „reforma” tak jakoś niczego dobrego przyniosła (jak wiele innych przedtem i potem), pogarszając dostępność dla pacjentów i podnosząc koszty na Kraśnickiej bez powstania dodatkowych przychodów.

Dla odmiany – fachowiec?

I wreszcie chętnym na przechodni fotel w dyrektorskim gabinecie miałby być Krzysztof Skubis, wieloletni wicedyrektor jednego z najlepiej zarządzanych szpitali regionu – rektorskiego SPSK nr 4. Ponieważ to on właśnie ma mieć największe szanse, nasuwa się pytanie: czyżby wśród tylu przegranych ambicjonerów Zarządowi Województwa naprawdę udało się wyłowić jedynego fachowca?

I od razu pojawia się kwestia jeszcze ważniejsza – czy tym razem, kolejnemu wybrańcowi politycy przynajmniej przestaną przeszkadzać, skoro już pomagać nie są w stanie? W istocie bowiem zdecydowana większość, jeśli nie wszystkie obecne problemy Szpitala im. Wyszyńskiego (a poniekąd i reszty samorządowej służby zdrowia) nie wzięły się bynajmniej ani ze złego zarządzania ani z jakichś wewnętrznych błędów kadrowych czy nietrafionych decyzji finansowych.

Przeciwnie, dyrektorzy Maj i Śmiech… wykonywali tylko rozkazy swoich administracyjnych, politycznych przełożonych, a nawet korygowali je (w ramach skromnych możliwości), by do reszty nie zdewastowały „Wyszyńskiego”.

Kto naprawdę niszczy służbę zdrowia

Tymczasem to politycy – i ci w Warszawie: w Sejmie, ministerstwie zdrowia i NFZ, i ci na miejscu, w Urzędzie Marszałkowskim (oraz lokalnym oddziale Funduszu) doprowadzili przede wszystkim do zadłużenia szpitali: najpierw przyjmując zbyt niski poziom składki na ubezpieczenie zdrowotne, potem co parę lat uchwalając radośnie podwyżki dla różnych grup medycznych bez zapewnienia odpowiednich środków na ich pokrycie.

Dalej – nie szacując odpowiednio kontraktów na świadczenia medyczne, nie wypłacając środków za ich ponadplanowe wykonanie, wreszcie praktycznie zamrażając finansowanie świadczeń szpitalnych na poziomie sprzed lat kilku. I wreszcie to politycy (lubelscy, a jakże) wymuszali wszystkie te „plany naprawcze”, sprowadzające się do zwalniania pracowników, cięcia kosztów, outsourcingu usług, zamykania oddziałów, oczywiście bez żadnych niemal dodatkowych pieniędzy. I po tym wszystkim znowu, przychodzą kolejni politycy, z następnej już partii, i powtarzają: „No, nie sposób pojąć, czemu ten szpital tak sobie nie radzi…!”, chociaż to przecież oni nie radzą sobie z polityką zdrowotną na poziomie regionu!

„Wyszyński” jest w sytuacji wyjątkowo trudnej. To prawda. Ale jest w niej od 20 lat, odkąd politycy wzięli się za majstrowanie przy nim z narażeniem życia i zdrowia pacjentów, a nawet zdrowego rozsądku. I nie łudźmy się: bez rozwiązań systemowych, bez ustawowego oddłużenia szpitali, bez nowych zasad finansowania, bez reformy ubezpieczeń zdrowotnych i reformy niewydolnego aparatu NFZ maksimum tego, co można na Kraśnickiej osiągnąć, to żeby gorzej nie było. I to właśnie będzie kolejna „Mission: Impossible” tamtejszego dyrektora, ktokolwiek nim nie zostanie. TAK