Na emigracji w czasie epidemii

Epidemia koronawirusa skłoniła do powrotu do Polski wielu rodaków, zwłaszcza tych, którzy za granicą byli od niedawna. Żaneta Branch wraz z mężem i dwiema córeczkami o powrocie raczej nie myślała – Australia to jej miejsce już od dwunastu lat. Na razie jest bez pracy, bo epidemia pogrążyła w kryzysie linie lotnicze, w których była zatrudniona. Legły też w gruzach jej plany przyjazdu w rodzinne strony w lipcu. – Przylecimy, gdy tylko będzie to bezpieczne – mówi Żaneta, przyznając, że w czasie pandemii każdy przeżył swój dramat.

Żaneta Branch, absolwentka SP nr 4 oraz IV LO w Chełmie, niedawno opowiadała w wywiadzie dla „Nowego Tygodnia” o tym, że życie emigranta na dalekim kontynencie to niełatwa, ale fascynująca przygoda. Jej niezwykłą historię opisywaliśmy w styczniu br. Od tego czasu życie Żanety, ale także innych chełmian-emigrantów i każdego z nas bardzo się zmieniło. Przez epidemię koronawirusa. Żaneta niezmiennie relacjonuje jednak ciekawostki o życiu w Australii na swoim fejsbukowym funpagu pt. „Polka w Australii pisze” i niezmiennie pozostaje otwarta na świat i ludzi.

* * *

Redakcja: – Jak wygląda Twoja codzienność po wybuchu epidemii? Na czym polegają restrykcje, mające przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się koronawirusa w rejonie, w którym mieszkacie?

Żaneta Branch: – Aktualnie zalecane jest pozostanie w domach i wychodzenie jedynie do pracy, po zakupy lub w innych niezbędnych sytuacjach. Podróżowanie jest zabronione. Oprócz granic Australii, również granice poszczególnych stanów i terytoriów Australii zostały zamknięte. Oznacza to, że jeżeli chciałabym pojechać z Sydney do Melbourne, to musiałabym dostać specjalną przepustkę na podstawie istotnego powodu do takowej wizyty i poddać się dwutygodniowej kwarantannie po przekroczeniu granicy Nowej Południowej Walii i Wiktorii. Szkoły w naszym stanie nigdy nie zostały oficjalnie zamknięte. Rząd zdecydował pozostawić je otwartymi dla dzieci rodziców, którzy wciąż muszą pracować poza domem, przede wszystkim pracowników kluczowych aktualnie zawodów, takich jak lekarze czy pielęgniarki. Rodzicom zaleca się jednak zatrzymanie dzieci w domu. Niestety, nie zorganizowano nauczania online, w związku z czym wielu rodziców pozostaje w trudnej sytuacji, będąc zmuszonym do pracy z domu i jednoczesnego nauczania dzieci.

– Jakie były pierwsze reakcje ludzi, gdy wybuchła epidemia? Czy panikowali? W Chełmie, w dniu, w którym ogłoszono decyzję o zamknięciu szkół, w sklepach było oblężenie. Chełmianie robili duże zapasy żywności…

– Pamiętam jak pewnego dnia, na początku marca, zaczęły krążyć w internecie zdjęcia pustych półek w sklepach. Najbardziej gorącym towarem okazał się papier toaletowy. Ludzie w panice zaczęli go masowo wykupować i z dnia na dzień nie można go było dostać w całym mieście. Dopiero teraz, po dwóch miesiącach, znowu można kupić papier. Okazało się, że znalazło się wiele osób, które masowo go wykupowały i sprzedawały po wielokrotnie wyższej cenie przez internet. Ponieważ supermarkety były tego świadome, szybko wprowadziły limity papieru i można było kupić tylko jedno opakowanie podczas jednej transakcji. Podobno jednak były osoby, które kupowały jeden papier, zanosiły go do samochodu, po czym wielokrotnie wracały po więcej. Do listy produktów błyskawicznie znikających z półek szybko dołączyły chusteczki higieniczne, żele antybakteryjne, makaron, ryż i mąka. Kolejnym krokiem supermarketów było wprowadzenie zakazu zwrotów na wszystkie nadzwyczaj pożądane produkty. Kiedy pewien mężczyzna zjawił się w sklepie z papierem toaletowym o wartości kilku tysięcy dolarów, prosząc o przyjęcie zwrotu towaru, kierownik sklepu pokazał mu środkowy palec i umieścił opis całej sytuacji w internecie ku nieskrywanej aprobacie australijskiej społeczności. Problem był tak duży, że nawet sam premier Australii, Scott Morrison, wielokrotnie apelował o zaprzestanie masowego wykupywania produktów, nazywając takie zachowanie „nie australijskim”.

– Pracowałaś dla linii lotniczych. Jak teraz wygląda Twoja praca, skoro branża lotnicza przeżywa taki kryzys?

– Przez ostatnie lata pracowałam dla dużych linii lotniczych na lotnisku międzynarodowym w Sydney. Pod koniec marca dostałam telefon, że nie jesteśmy już potrzebni. Spodziewałam się tego od kilku tygodni. Wszyscy zostaliśmy „stood down” czyli tak jakby bezterminowo zawieszeni. Linie, dla których pracowałam, są aktualnie w kryzysowej sytuacji i nie mają, niestety, dużych szans na wyjście z tego kryzysu cało. Jestem więc gotowa na szukanie nowej pracy po zakończeniu pandemii.

– W wakacje planowałaś przyjazd z rodziną do Chełma, w rodzinne strony. Czy te plany są wciąż aktualne?

– Planowaliśmy przylecieć do Polski w lipcu i zostać na miesiąc. Kupiliśmy już bilety. Niestety, plan legł w gruzach. Zdecydowaliśmy się anulować bilety. Przylecimy, gdy tylko będzie to bezpieczne. Według ekspertów granice Australii prawdopodobnie zostaną otwarte dopiero na początku 2021 roku. Gdy została ogłoszona pandemia, ale granice wciąż były otwarte, brałam pod uwagę wylot do Polski. Doszłam jednak do wniosku, że będziemy bezpieczniejsi, jeżeli zostaniemy u siebie. Podróż mogłaby być ryzykowna, a data powrotu niepewna. Nie chciałam wziąć na siebie takiego ryzyka, podróżując z dwójką małych dzieci.

– Jak dużo osób choruje w rejonie, w którym mieszkacie? Czy czujecie się tam bezpiecznie?

– Australia ma, jak do tej pory, dużo szczęścia. Choć to u nas pojawiły się jedne z pierwszych przypadków Covid-19 na świecie i choć początkowo liczba zarażonych osób systematycznie rosła, to jednak udało nam się złamać krzywą zachorowań. Nie jesteśmy jeszcze bynajmniej wolni od koronawirusa i władze konsekwentnie podkreślają, jak ważne jest przestrzeganie obowiązujących zasad przez długi jeszcze czas. W całej Australii pozytywny wynik na koronawirusa dostało dotychczas ponad 6800 osób, z czego zmarło, jak do tej pory, 97 osób. Najwięcej przypadków zachorowań mamy w Nowej Południowej Walii – stanie, w którym znajduje się Sydney. W Sydney zanotowano przypadki zachorowań w większości dzielnic. Również w tej, w której mieszkamy. Staramy się być ostrożni, większość czasu spędzamy w domu, wychodzimy jedynie na spacery i zakupy raz w tygodniu. Od przyszłego tygodnia dzieci wracają do szkoły na jeden dzień w tygodniu. Stopniowo ilość dni szkolnych będzie zwiększana z nadzieją, że dzieci wrócą do szkoły w pełnym wymiarze godzin do końca czerwca. Ogólna sytuacja w kraju zdaje się być aktualnie pod kontrolą. Trwają rządowe narady, co do kolejnych kroków w ramach rozluźnienia obowiązujących restrykcji. Podobno możemy się spodziewać otwarcia siłowni i pubów jeszcze w tym miesiącu.

– Wielu Polaków wróciło z zagranicy w ostatnich dwóch miesiącach, aby przetrwać epidemię, będąc z rodziną. Co o tym myślisz? Prawda jest taka, że wiele z tych osób straci albo już bezpowrotnie straciło miejsca pracy i zasili szeregi bezrobotnych.

– Sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest wyjątkowa, również dlatego, że jest zupełnie nowa. Nikt nie wiedział, co się wydarzy. Portale informacyjne zasypywały nas liczbami i wykresami, eksperci podawali często sprzeczne rady, a zwykły człowiek został często pozostawiony sam sobie z bardzo trudnymi decyzjami. Myślę, że każdy z nas przeżył dramat w czasie pandemii i, choć były to dramaty o bardzo zróżnicowanej skali, staram się nie oceniać decyzji innych osób. Uważam, że każdy zrobił to, co w tej krytycznej sytuacji było dla niego najważniejsze. Jeżeli dla wielu osób najlepszym wyjściem był powrót do bliskich w rodzinnych stronach, to dobrze, że podjęli słuszną dla siebie decyzję.

– Dziękuję za rozmowę. (opr. t)