Nie ma tego „Złego”, który…

Sztuka „Zły” w reż. Łukasza Witt-Michałowski była wystawiana w Centrum Kultury już 101 razy ciesząc się doskonałą frekwencją i przychylnymi opiniami krytyków i publiczności. Na zdjęciu na pierwszym planie tytułowy bohater sztuki Dariusz Jeż

Zaiste, ten wyszedł na dobre… Jego przypadek pokazuje, że droga życiowa człowieka osadzonego za kratami potrafi przybrać pozytywny bieg. O tym zdaje się zapewniać spektakl znanego reżysera lubelskiej sceny InVitro. Centrum Kultury pod koniec czerwca celebrowało 100. pokaz sztuki „Zły” – tylko w naszym mieście. W całym kraju i poza granicami była ona grana już 186 razy, jest bowiem zrobiona inteligentnie, pouczająco i na wesoło

Tę sztukę napisało życie człowieka, które dość nagle odmienia się w zaskakujący – jak na środowisko przestępcze – sposób. Impuls tej zmiany pochodzi z teatru.

Dariusz Jeż dziś jest już „kimś” – to dobrze rozpoznawalna twarz w lokalnym środowisku artystycznym. Pracował na ten status ciężko, bodaj przez dekadę, już jako aktor. 12 lat wcześniej jego zadatki na tę „hollywoodzką” karierę dostrzegł Łukasz Witt-Michałowski. Ten znany już nie tylko w Lublinie reżyser, podczas „interwencji kulturalnej” w lubelskim areszcie śledczym, spotkał owego twardziela… – Od razu pomyślałem o nim: zły! Lecz widać że aż pali się by to odmienić, naprawić – wspomina reżyser, który wdrażał tam ambitny projekt resocjalizacji poprzez sztukę.

Za jego przyczyną w więziennej świetlicy wystawiono antyczną komedię Arystofanesa sprzed 2000 lat opowiadającą o wojnie Sparty i Aten. Premiera „Lizystraty” miała tam miejsce 5 października 2007 w ramach XII Międzynarodowych Konfrontacji Teatralnych. Witt-Michałowski uznał, że temat odizolowania, wiodący w tej sztuce, świetnie przekłada się na sytuację w zakładzie karnym. Jedną z głównych ról twórca spektaklu powierzył właśnie „złemu”. Dariusz Jeż liczył wówczas 43 lata gdy nagle stanął u progu aktorstwa. Dziś kontynuuje swoją rolę z teatru „Pod celą” w życiu na wolności.

A co z widzem teatralnym? Jak ma pogodzić się z faktem, że w miejskim już teatrze na premierze sztuki „Zły” (21 grudnia 2009) na scenie staje prawdziwy zakapior: twarz z grymasem cynizmu, głos i postura człowieka z półświatka… Pan Darek przypominał mi wówczas postać owego tłuściocha Clemenzo, który w filmie „Ojciec Chrzestny” z pogodnym uśmiechem dusił ludzi sznurem. Cóż, wygląd zobowiązywał – nasz bohater nie był wtedy daleki od zbójeckiego rzemiosła.

Dziś jawi się jak wzorowy obywatel, a i wygląda jakoś łagodniej. Jak do tej metamorfozy doszło? Dowiadujemy się w „Złym”, gdzie przedstawia on swoiste CV. Napisał je sam delikwent tworząc zarys scenariusza sztuki, który wygładził dramaturg, Grzegorz Kondrasiuk. Muzyką ozdobił Paweł Passini, a talent reżyserski do sztuki włożył Łukasz Witt-Michałowski. Grają: Dariusz Jeż, Przemysław Buksiński i Jarosław Tomica.

Obrazki z życia gangstera

W tym spektaklu Dariusz Jeż gra różne postaci ze swojej „szemranej” kariery – zakończonej z wiadomym skutkiem. To m.in. Fiedia (pseudonim), który niczym starszy brat opisuje działania przestępczej paczki. Wspomina on miejsca spotkań (Karczma Słupska, Tip-Top), najlepsze samochody, duże i łatwe pieniądze. W ślad za tym i chętne kobiety – Fiedia nazywa je znacznie brutalniej. Bo narracja w tej sztuce roi się od soczystych przekleństw.

Początkującym zbirem opiekował się Padlina (również ksywka typa spod ciemnej gwiazdy), którego mafijne wyczyny dały wzorzec przestępczej karierze bohatera dramatu. Tu z kolei przychodzi na myśl film „Prawo Bronxu” (z Robertem De Niro), w którym młody chłopak stopniowo nasiąkając aurą gwałtu i zbrodni uczy się „fachu” od lokalnego bossa mafii.

W kolejnych scenach Dariusz Jeż pokazuje jak rosły w nim „kompetencje” przestępcy: przemoc, okrucieństwo, wymuszanie, złodziejstwo. Wspomina że prowadził „firmę”, w której uczył żulików, jak kraść dla niego sprzęt RTV, wylicza błędy jakie popełniał w przestępczym procederze, przez co dla zatarcia śladów spalił kolekcję ikon wartą majątek.

Bohater „Złego” snuje długą opowieść o przestępczych sukcesach w swoim mieście, jeszcze z czasów PRL. Te w pewnym sensie dały mu społeczny awans – za brudne pieniądze oferowane przez „organizację”. Dzięki nim wartburg zmienia się w wypasione audi, mała gastronomia w najlepsze lokale, rośnie prestiż w półświatku.

Wejście kraju w fazę demokracji oznacza dla niego: pracę „konika” pod kinem, działalność w „lewym” kasynie, duże szwindle finansowe możliwe dzięki rosnącemu wyrachowaniu i bezwzględności. Ba, nasz bohater potrafił uczyć swego syna posługiwać się bronią palną, co graniczyło z głupotą.

W swym środowisku był jednak tzw. grubą rybą. Dlatego długo wymykał się wymiarowi sprawiedliwości. Za sumę swych dokonań zapłacił wieloletnim więzieniem. Nim został osądzony i skazany agenci policji musieli użyć podstępu – rzekomy odbiór pieniędzy za gangsterską robotę posłużył im by zakuć go w kajdanki. To również widzimy na scenie.

Spotkanie po przedstawieniu

Dariusz Jeż mówił z wdzięcznością, że wykorzystał szansę, jaką dał mu teatr – a ten do lubelskiego aresztu przywiódł Witt-Michałowski. Nim jednak to nastąpiło, wierzył święcie, że gangsterski styl życia jest jedynym sposobem by zostać w Lublinie kimś ważnym.

Postępował w myśl prozaicznej zasady: Mam kasę, to mam klasę! Twierdzi, że zapętlił się w klimacie przemocy, rabunku, haraczu, oszustwa na długie lata – przedłużone o 5 lat odsiadki.

– „Zły” to dla mnie rozliczenie z przeszłością. Zmęczyło mnie to udawanie przed samym sobą, bo gdzieś w środku nie byłem aż tak zły. A w świecie, w którym tkwiłem nie ma uczuć wyższych, nie ma miejsca na przyjaźń, dobro – wspominał w wirydarzu CK po 100. spektaklu.

Docenia ów impuls kulturowy, który dostał od reżysera, odmieniający jego świadomość. Czuł bowiem smak hipokryzji, iluzji, wręcz fikcji swojego położenia. Wiedział, że to jedyna okazja by odmienić swój los, w przeciwnym razie po odsiedzeniu wyroku czeka go powrót na bandycką ścieżkę…

Widzi jednak koszty emocjonalne tego dramatu. – Zostałem przygarnięty przez teatr i staram się mu odwdzięczyć. Wcześniej czułem, że kreując „złego” wracam do niechcianej, wypartej przeszłości. Po latach grania czuję jakbym opowiadał już nie o sobie, a historię kogoś innego – mówił aktor. – Bardzo długo oszukiwałem ludzi szkodząc im. Dziś gram role i również „oszukuję, mamię” ale już widzów, bez szkody dla nich.

Tytułowy „zły” w końcowym monologu zwraca się do widowni niejako po opinię: „To ja. Prawdziwy, nieulepszony. Poznaliście moją historię, możecie mnie oceniać, bo staję przed wami bez wstydu.”.

Skąd ta popularność spektaklu?

– Za powodzeniem spektaklu „Zły” kryje się sugestywna obecność bohatera dramatu na scenie ciałem i duchem, różne wątki ze świata przestępstw, a te od zawsze rozpalają wyobraźnię widza oraz sama unikatowa przemiana bohatera: z bandyty w artystę – podkreśla Łukasz Witt-Michałowski.

Pytany czy lokalny, lubelski klimat sztuki jest zrozumiały dla odbiorców na całym świecie, czy nie cierpi na tym jej uniwersalność, odpowiada: – Miejsca akcji nigdzie nie tłumaczyłem, nie było takiej potrzeby. Singer nie musiał wyjaśniać czemu „Sztukmistrz” jest z Lublina, a Marquez w „Sto lat samotności” nie wyjaśniał gdzie tak naprawdę leży Macondo. Staram się uczyć od najlepszych – dodaje reżyser.

Jego pomysł na realizację tej sztuki zaskakuje widzów. Otwiera ją i stale przewija się dźwiękowy lejtmotyw: utwór „Wrong” (Depeche Mode). Nie ma tu nadmiaru rekwizytów, jest minimalistyczna, oryginalna scenografia. Składa się z 16 klocków-sześcianów o boku pół metra.

Barwne nadruki na nich ukazują rozmaite symbole dawnej rzeczywistości. Na wzór puzzli powstają z tych klocków różne kompozycje przestrzenne: lada sklepowa, wnętrze baru, limuzyna, ludzie stojący w kolejce – tworząc tło danej akcji. Dzięki temu, zmiany wystroju sceny dokonywane w trakcie spektaklu – przez samych aktorów – świetnie współgrają z treścią przedstawienia, stają się jego atrakcją.

– Ten pomysł zaczerpnąłem z twórczości Becketta. Umysł przestępcy jest jak rozum dziecka – stwarza sobie mnóstwo iluzji. By móc opowiedzieć hard-corową treść postanowiłem użyć tu języka dzieci, a to zapewnia zabawa w klocki – tłumaczy Witt-Michałowski. – W tym przedstawieniu mamy jednak realną postać, przestępcy. I kontrowersyjny temat dramatu opartego na bolesnych faktach.

To arcytrudne do przyswojenia przez widza: że oto zły człowiek może dość gładko się odmienić. A ludzie generalnie obawiają się przestępców, nie chcą z nimi wchodzić w żadne relacje – kontynuuje.

To jedno z pierwszych przedstawień tego reżysera. Dowodzi w nim, że (już za młodu) wykazał też duży talent pedagogiczny, dydaktyczną utylitarność. Twórcę cechuje również ars comica: niby to dramat, jednak podany widzom z lekkością, wręcz na wesoło.

Ujmuje gra aktorska w tym przedstawieniu. Świetne kreacje dają tu Buksiński oraz Tomica. A sam „zły” nie odstaje warsztatowo od zawodowych aktorów.

Marek Rybołowicz