Nie o taki rozgłos chodziło

Ciche osiedle warte rozgłosu – zachwalał przed rokiem domy jednorodzinne przy Nadtorowej w Chełmie inwestor. Dzisiaj mieszkańcy skarżą się, że do szeregowców ledwo mogą się dostać przez błotnistą i rozjeżdżoną przez maszyny budowlane drogę. A inni, że od roku nie mogą doczekać się na akt własności domu, przez co płacą wyższy kredyt. Chyba nie o taki rozgłos chodziło?

Osiedle przy ul. Nadtorowej w Chełmie miało pogodzić walory sielskiego życia na przedmieściach z wygodą mieszkania w mieście. A wszystko za sprawą położenia nowego osiedla. Z jednej strony jest na uboczu, ale do centrum można się dostać w kilka minut spacerkiem – np. od ulicy Kąpieliskowej. Kupujących domy w szeregowej zabudowie kusiła nie tylko lokalizacja, która dawała możliwość korzystania ze wszystkich wygód miejskiego życia bez konieczności uciążliwych dojazdów, ale także atrakcyjna cena.

Na początku budowy szeregowce wystawione były za 2400 zł za metr kwadratowy, czyli mniej niż kosztuje metr mieszkania w bloku. Nic dziwnego, że pierwsze budynki rozeszły się na pniu. Inwestor zabrał się za budowę kolejnych a teraz na uciążliwości budowy zaczęli skarżyć się ci, którzy już mieszkają.

– Z uroków sielskiego życia mamy jedynie rozwaloną, błotnistą drogę, którą ledwo można przejechać autem do domów – mówi jeden z mieszkańców. – Nie ma mowy, żeby dostać się tam na piechotę. Błoto po kostki.

Naprzeciwko posesji zalegają materiały budowlane, palety z pustakami i cegłami. Ciężki sprzęt, który je dowozi dodatkowo niszczy coś, co i tak trudno nazwać drogą.

– Mam problem z wydostaniem się z domu. Gdyby nie auto z napędem na cztery koła, byłbym całkowicie uwięziony – skarży się jeden z mieszkańców. W domu mieszka z czwórką dzieci, które trzeba dowieźć do szkoły.

Na dodatek rodzina ma problem z uzyskaniem prawa własności do kupionego domu. – Zgodnie z umową deweloperską powinniśmy otrzymać akt notarialny do końca lipca 2017 roku – mówi właściciel. – Przez to, że nie mamy prawa własności płacimy wyższy kredyt na dom. Miesięcznie to kilkaset złotych.

Krzysztof Łuba, właściciel firmy, która stawia osiedle, twierdzi, że nie ma w tym jego winy. – Rodzina nie doczeka się aktu notarialnego, dopóki nie rozliczy się za wykonany remont domu – mówi. – Wysyłałem w tej sprawie dużo pism, ale bez efektu. Na dniach sprawa trafi do sądu.

Ale wcześniej przedsiębiorca sam będzie musiał stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Rodzina wystąpiła o egzekucję kary administracyjnej wynikającej z umowy deweloperskiej. Za każdy dzień zwłoki w przeniesieniu własności inwestor musi zapłacić 50 zł do wysokości 1 proc. wartości nieruchomości – w tym przypadku to aż 6 tys. zł.

– Zgłosiliśmy także sprawę rzecznikowi praw konsumentów – mówią mieszkańcy. – A niewykluczone, że założymy też sprawę o nękanie. Bo jak inaczej nazwać zastawianie nam i niszczenie dojazdu do posesji?

Łuba zapewnia, że o niedogodnościach wynikających z powodu budowy informował mieszkańców. – Na chwilę obecną jest to teren budowy – mówi. – Do części budynków jest już wykonana droga dojazdowa. A gdy budowa się zakończy zostaną wykonane, na mój koszt, pozostałe drogi.

Dzisiaj na osiedlu stoi 19 domów, z których niespełna połowa jest zamieszkana. Według planów osiedle ma liczyć łącznie 60 domów w zabudowie szeregowej i bliźniaczej. (bf)