Nieoceniony letni Carnaval 2022

Takich tłumów na ulicach Lublina dawno nie było. Po dwóch latach ograniczeń covidowych ta erupcja ludycznych uciech należała się mieszkańcom, ale i tysiącom gości z najodleglejszych krańców Polski oraz z zagranicy. Carnaval Sztukmistrzów trwał w Lublinie od 28 do 31 sierpnia 2022. I wyglądało, że to za mało…

– Gdyby spojrzeć na statystykę festiwalu, wystąpiło tu: 70 artystów z 15 krajów, wykonując 30 spektakli ulicznych i cyrkowych – w większości powtarzanych, a więc w sumie zrealizowano około 130 punktów programu. Do tego tysiące uśmiechniętych ludzi – podsumowuje Aleksandra Stefanek z Warsztatów Kultury organizujących Carnaval.

Uszeregujmy atrakcje tegorocznej imprezy pod względem intensywności przeżyć. Były tu przedstawienia pełne ciepła, harmonii, refleksji. Takie prezentowała młodziutka Camila Basterra z Argentyny, która widać, że dopiero uczy się sztuki bycia clownem, ale jej pokaz cechuje serdeczna więź z widzami. Potwierdza to parzeniem kawy, nawet przez swą skarpetę, gimnastyki i akrobatyki „trzepakowej” na podręcznym, składanym urządzeniu tego typu, wywoływał ogólną wesołość. Był to pierwszy w Europie występ tej młodej artystki i przez nią samą pewnie nie będzie do końca mile wspominany – na lotnisku w Wiedniu zaginął jej główny bagaż pełen cyrkowych gadżetów. Do Lublina przyjechała więc spóźniona, z podręczną torebką, w jednej sukience i tenisówkach.

Rodzinny wymiar cyrku zapewniał spektakl „Halo, sąsiad?” Poznański duet Fantasmagorie pokazał komedię, gdzie pani i pan sąsiadujący w bloku pomagają sobie w godzinie próby wywołanej burzą – której de facto nie było. Ta wesoła historia pełna gagów rozbawiła głównie dziecięcą publiczność. Familijny nurt festiwalu dopełniała włoska trupa Compagnia Lanutti e Corbo. Spektakl „Zirk Comedy” poprzez swój baśniowy wydźwięk przenosił widzów w świat klaunady i iluzji – nawet, jeśli to tylko parafraza sztuki cyrkowej w wykonaniu teatru ulicznego.

Liryka nowego cyrku

Dramat napisany przez życie opowiedzieli filigranowa Summer Hubbard i jej partner Raphael Herault, niemłodzi już belgijscy ekwilibryści. Swój spektakl „Jump Cut”, prawdziwy popis nowego cyrku poświęcili idei upamiętnienia rodziców, zmarłych kilka lat temu. W sztuce na placu Litewskim widzieliśmy… salon ich domu – w mega skali, z wielką kanapą i jeżdżącą wokół niej kolejką torową z jeżdżącą na niej scenografią prezentującą upływ czasu. Początek historii (lato) dawał obraz radosnego spędzania czasu, ekscesów, wygłupów, przyjemności zakochanej pary, czego wyrazem były finezyjne salta, akrobacje i psoty na wielkiej sofie, która stanowiła centralny punkt sceny służąc jako batut. Równie beztroskie sceny, choć rozgrywające się w nieco wolniejszym tempie mogliśmy oglądać w akcie drugim – jesieni. Zwrot akcji nastąpił w akcie trzecim, gdy dom nawiedziła śmierć, rozpacz (zima). Jej metaforą był smok ogniem ziejący, wokół sceny krążący… Żałobę w tym salonie podkreślała znakomita, wymowna pantomima i choreografia obojga aktorów. Kolejny sezon (wiosna) sprawił, że wszystko wróciło jakby do normy. Dom znów wypełniły wesołe figle i radość wspólnego bytowania mieszkańców. Tyle, że były to już nie żywe istoty, ale… duchy z ich opowieści. Ta intymna, liryczna, brawurowo odegrana dramaturgia została nagrodzona owacją bodaj tysiąca widzów.

Buskerzy-single

Ci dominowali w programie Carnavalu. Zdaniem wielu, brylował wśród nich Mark Beltranini – światowej klasy iluzjonista, pochodzący z Filipin, ale od lat żyjący w Kanadzie. To artysta wyjątkowy już przez fakt, że ma tylko jedno oko – drugie stracił w dzieciństwie. Mimo to, niezwykle bystry i zwinny, do tego przyjazny i ciepły. Swą sztukę iluzji cyrkowej, wręcz magię, Mark uprawiał w Lublinie z błyskotliwym żartem, z uśmiechem, wprawiając widza w niedowierzanie i osłupienie, choćby, gdy pomnażał ilość banknotów. Każdy występ był jakby kameralnym spotkaniem w kręgu skupionym wokół jego tajemniczej walizki. Tyle że ów krąg liczył każdorazowo po kilkaset osób.

Clown Mauro Wolynski, przystojniak z Argentyny ma polskie korzenie – brzmi to w nazwisku. Łączył tu klownadę z żonglerką i muzyką na żywo. Ten człowiek-orkiestra grał na kilku instrumentach, a równocześnie szereg przedmiotów wprawiał w wirujący ruch. Na koniec Mauro dmuchał w ogromny lateksowy balon, który osiągał taką wielkość, że artysta znikał w jego środku.

Flash Gonzalez (Chile) – niepozorny facet, w pewnym sensie kloszard, przesympatyczny, a nawet charyzmatyczny. Jak to Latynos jest też spontaniczny i żywiołowy. Jednak, by rozbawić widownię używał bardzo prostych środków wyrazu – bez wielkiej magii, iluzji czy akrobatyki – precyzyjnej ekspresji ruchu i mimiki – bez słów.

Przeciwieństwem był tu wygadany do bólu (po angielsku) Andy Spigola z Mediolanu – rasowy „makaroniarz”: niewysoki, ruchliwy, wrzaskliwy. Do tego, czarny wąs, zawadiacki „zaczes” i nawet typowo włoski podkoszulek… Dla niego życie to zabawa i bezpretensjonalne uciechy. Andy grał żywiołowego playboya, który szarpie niewyszukane struny męskości: uwodzi lublinianki swym uśmiechem, śpiewem i tańcem – nawet na szczudłach. Jego ulubione hasło brzmiało: „Boato!” – aplauz.

Z polskich buskerów najwszechstronniejszy wydawał się Krzysztof Kostera. Jego występ pt. „Niebezpieczne rzeczy” pokazał szeroki wachlarz cyrkowych umiejętności. Żonglował piłkami, nożami i maczugami, a nawet płonącymi toporami, w tym jeżdżąc na wysokim jednokołowcu. To wszystko doświadczała widownia w plenerze.

Były i występy pod dachem

Spektakl „Across” ekipy Squadra Sua z Czech swym ładunkiem refleksji odstawał od szaleństw carnavalowych sztukmistrzów. W sali CK, spotkaliśmy pięciu mimów podczas dziwnej podróży, symbolizującej życie statystycznych mężczyzn. Stawiających sobie pytanie To be, or not to be?, rywalizujących między sobą i skaczących sobie do oczu, by zaraz współpracować, nadstawiać za siebie karku, czy wręcz ratować sobie życie, stale podejmujących jakieś wyzwania i wpadających w tarapaty, które mogliby ominąć, hamletyzujących, by na koniec popaść w stan letargu, zawieszenia, wzorem zaczepionych na haczyki garniturów w scenie ostatniej. Ktoś sarknie: czeski film, czeski humor… Zapewne, lecz nacechowany znakomitą refleksją i spojrzeniem w głąb męskiej natury.

Również pod cyrkowym namiotem

Jedyne przedstawienie – za to jakie! – dały Twisted Sisters, Polka i Niemka, artystki świadome swej kobiecości, jednak w przerażającym sado-maso duecie, leżącym na gwoździach, wyginającym ciała niczym guma, połykającym szable, miecze, a nawet wieszak z drutu. Kulminacją było nadziewanie się szpilkami i przypinanie banknotów tapicerskim zszywaczem na wszystkie części ciała. Dlaczego? To usługa extra. I sporo młodych ludzi z widowni płaciło za akt przytwierdzenia „50-tki” zszywką do ich ciał. Krwawa makabra! Towarzyszył temu klimat absurdalnych żartów obu pań w roli rozerotyzowanych konferansjerek. Oniemiała publiczność po godzinie wychodziła z namiotu na błoniach nie bardzo wierząc, że to w ogóle przetrwali.

Na tejże scenie nazajutrz niewinny wręcz, w tym zestawieniu, był występ Marty Mądry z Wrocławia. Nazwisko zobowiązuje więc artystka oparła swój spektakl na fascynacji książkami. Ich lektura nie przeszkadzała Marcie w harmonijnej ekwilibrystyce kołami hula-hoop czy w akrobatyce na podwieszonej obręczy. Cytaty z przeczytanych przez nią książek stanowiły wręcz idealny dźwiękowy podkład pod gimnastyczne wyczyny tej gibkiej dziewczyny.

Nieprawdopodobne!

Da się zrobić dobre przedstawienie pod nieobecność cyrkowej trupy, która nie dojechała na spektakl w sali CK. Piątka francuskich artystów: ekwilibrystyki, akrobatyki, tańca na szarfie ugrzęzła na lotnisku. Tak przynajmniej twierdził linoskoczek Thomas Bodinier, który jako jedyny zdążył tu na czas i postanowił, że sam z pomocą widowni „uciągnie” przedstawienie. Spośród publiczności udało mu się wyłuskać mówiącego po francusku widza, Adama Łukasiaka, który wcielił się w rolę tłumacza i akompaniatora – pianistę Jana Zdunkiewicza. Brawa dla tych panów, bo nie byli „ustawieni” – a bez nich ten projekt samotnego performera nie powiódłby się. A wyszło naprawdę dobrze.

Oczywiście przez cały czas festiwalu towarzyszyły mu występy high-linerów. Z przykrością muszę stwierdzić, szanując w pełni ich trud, że z grona kilkunastu śmiałków, których obserwowałem chodzących po taśmach wysoko nad głowami widzów, najwięcej było ich widać w pozycji wiszącej… Być może to kwestia mocno wiejącego w owe dni wiatru. MAR

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here