„Nogi, nogi, nogi roztańczone…!”

Jest zabawnie. To dobrze, bo to przecież komedia. Jest melodyjnie, wesoło, lekko, a co najważniejsze – choć przeważnie, gdy obsada bawi się za dobrze, to już publiczność wcale, to jednak tym razem ewidentna radość sceniczna, objawiona podczas najnowszej premiery w naszej operetce, najwyraźniej udzieliła się widowni.


Pewniak i niespodzianki obsadowe

Dyrektor Teatru Muzycznego, Kamila Lendzion, wreszcie znalazła jakiś pomysł na podległą sobie instytucję. Sięgnięcie po kinowy hit z czasów PRL wcale nie musiało skończyć się sukcesem, kluczem bowiem była obsada. No i parę takich drobiazgów, jak orkiestra, choreografia, zdolności baletu. I wszystko zagrało! A także zaśpiewało i zatańczyło, co należy podkreślić. Ci, o których wiadomo było, że się sprawdzą (Jarosław Cisowski jako dyrektor Lalewicz, Paweł S. Wrona jako Rudy, Marcin Żychowski jako Salomonowicz, Andrzej Witlewski jako Max), sprawdzili się jeszcze lepiej. A ci obsadzeni nieco wbrew szufladzie, w której tkwili (Anna Barska – zasłużone brawa za Verę Patroni!), okazali się niemal jeszcze lepsi.

Agnieszka Kurkówna – bis!

Przede wszystkim jednak Kurkówna, Kurkówna i jeszcze raz Kurkówna jako Makosia! Śpiewaczka przyzwyczaiła nas już do swojej vis comica, nie przesłaniającej jej niewątpliwego talentu wokalnego, jednak rolę (w filmie graną przez nieśmiertelną Irenę Kwiatkowską) zagrała przede wszystkim bez grepsu, a nawet z nutką nostalgii, w niczym jednak nie podważającej komediowości postaci. No i Patryk Pawlak – bez Freda Kampinosa/Szpicbródki nie byłoby przecież ani premiery w scenicznym teatrzyku „Czerwony Młyn”, ani nie byłaby ona tak udana w lubelskim Teatrze Muzycznym.

Co więcej? Jest wodewilowo, balet wczuł się w klimat przedwojennej Warszawy, choreografia jest lekka i precyzyjna i znakomicie wykorzystano znane… słabości sceny naszej operetki, umiejętnie aranżując kluczowy wątek podkopu. Ale choć po orkiestronie krążył kasiarz-dżentelmen, sama orkiestra rozbiła bank (muzyczny), grając naprawdę na medal. I tylko nad kostiumami spuśćmy kurtynę, niektóre z nich wyglądają bowiem, jakby uzyskano je dzięki remanentowi w szafach prababek i okupowi złożonemu molom.

Może Teatrowi Muzycznemu potrzebny jest zatem tajemniczy inwestor – kasiarz? Talenty są –wystarczy wyłożyć kilka złotych naszyjników! Nasz pan marszałek nawet przecież Freda Kampinosa przypomina… TK (Zdjęcia z premiery spektaklu, fot. Aneta Sobiesiak)