Parkingowy (temat) z Wieniawy

Wielu zatrzymujących swoje pojazdy w rejonie ul. Głowackiego w Lublinie, ale też innych przecznic Al. Racławickich, znalazło pod choinką mandat (100-200 zł plus 1-2 pkt. karne). To prezent od miejskich inżynierów ruchu oraz… „pana Ryśka”. Ten wykorzystuje kwestionowane znaki drogowe, by uprzykrzyć życie kierowcom
Odnowiona latem tego roku ul. Głowackiego niedługo cieszyła okolicznych mieszkańców. Ich portfele uszczupla teraz oznakowanie ulicy, które skutkuje mandatami.
Jeszcze kilka tygodni temu, jadąc od centrum po prawej stronie, kierowca trafiał na zakaz zatrzymania. Znak B-36 od lat tkwił w chodniku, szerokim tu na 6 m, bezzasadnie – twierdzą znawcy. Nie respektowano go zbytnio, mając opodal cele, dla których warto ryzykować mandat: dwie duże szkoły, przedszkole, kilka sklepów, kioski. Przez lata kierowcy płacili tutaj karę za parkowanie i nadal płacą częściej niż gdzie indziej – za tą sprawą kryje się znany w Internecie „Centralny Analizator”.
– Człowiek ten pilnie fotografuje przystające tu auta, donosząc na policję i do straży miejskiej. Jego akcje wszczęły niejeden konflikt z mieszkańcami. Ludzie mają dość tego szeryfa-samozwańca. On się kiedyś dochrapie – to zgodna opinia zagadniętych na ulicy kierowców.
Po latach drenowania ich kieszeni w tym miejscu Głowackiego zdjęto zakaz, a znak ustawiono… naprzeciw.
– Lewa strona, równie szeroka dla pieszych, od zawsze dopuszczała tu parkowanie, nawet w poprzek chodnika. Ten zresztą, wskutek remontu, zaanektował 60 m. zatokę postojową – przypominają mieszkańcy.
– Przyzwyczailiśmy się i nie było przeszkód prawnych by tam parkować. Nie licząc tego, że zatruwa nam życie fanatyk, który chodzi z miarką, spisuje centymetry… naruszające prawo, jego zdaniem. I melduje na policję. Teraz zwiększono mu „teren łowiecki”– zauważa Eugeniusz Motaj – nestor tutejszych zmotoryzowanych. – Wygląda jakby ktoś w mieście uległ presji tego szkodnika.
To pułapka na kierowców
W listopadzie 2016 roku po lewej stronie ulicy zawieszono nowiutki znak B-36. Jego strefa obejmuje ok. 20 aut, realnie zaś co dnia parkuje tu kilkadziesiąt pojazdów. Czyż ich kierowcy nie wiedzą co czynią?
– Nie widzieliśmy znaku do chwili, gdy policja zaczęła zbierać mandaty – skarzą się moi rozmówcy. De facto od wjazdu w Głowackiego nic nie wróży zakazu zatrzymania, dlatego kierowcy śmiało zajmują miejsca na tym odcinku. Wygląda to jakby zastawiono na nich rodzaj pułapki… Ów znak B-36 zawieszono na słupie po 100 metrach – tuż przed ul. Rayskiego. Widać go tylko z dołu ulicy, a ta przechodzi tutaj w jednokierunkową, nikt więc stamtąd nie nadjeżdża.
Jak to jest możliwe? Taki ewidentny prezent dla „parkingowego analizatora”? – pytam w Radzie Dzielnicy Wieniawa. Tutaj twierdzą, że o zmianie strefy zakazu postoju dowiedzieli się niedawno – z ust mieszkańców poszkodowanych mandatami. – Zarząd Dróg i Mostów w Lublinie (on jest autorem oznakowania miasta) nie powiadomił nas o tej zmianie, tak dotkliwej dla mieszkańców. Ale już rozmawiałem z urzędniczką ZDiM, mają rozważyć zasadność postawienia tego znaku. Poszło też nasze pismo do urzędu opisujące problem – twierdzi Tomasz Makarczuk, szef Zarządu Dzielnicy.
– Ludzie i tak będą stawiać auta na tym odcinku, bo okolica pozbawiona jest parkingów. Mamy tu dramat pod tym względem. Nie pozwolimy by na Wieniawie ubyło choć jedno miejsce postojowe – dodaje ambitnie Rafał Gutowski, jego zastępca. I do rozmowy wtrąca złą wiadomość: w dzielnicy działa już drugi podobny „społecznik” analizujący parkowanie, donoszący na policję.

Komu, czemu to służy?

– Co za „geniusz” w ratuszu wpadł na pomysł, by stał tutaj znak zakazu, kto wnioskował? Toż to działanie przeciw obywatelom – uważa Elżbieta Nawrot, dyrektor Gimnazjum i Liceum Kazimierza Wielkiego. I nie waha się dodać: – Wskutek idiotycznych zasad oznakowania tej ulicy ucierpiałam już ja, a teraz po kieszeni dostają moi pracownicy.
I pani dyrektor podnosi fakt, że 3 lata temu, nim „Kazimierz Wielki” wynajął duży, narożny budynek przy Głowackiego 2 właśnie dostępność miejsc postojowych stanowiła ważki argument. – Najpierw remont zabrał nam zatokę parkingową, teraz postawili ten znak. Czy ktoś nas pytał o zdanie? – pyta wzburzona.
– Nawet gdy zlikwidowali tu zatoczkę wiele osób z tych szkół spokojnie parkowało wzdłuż budynku. Bo na co komu tak szeroki chodnik? Mógł tu zatrzymać auto każdy rodzic dowożący dziecko, nauczyciel, obsługa. I był względny spokój. Komu to przeszkadzało? – zauważa matka dwóch synów uczących się w tej szkole.
Czy urzędnikom zależy byśmy nie mieli gdzie parkować? A może to „wstęp” do wprowadzenia nam płatnej strefy, skoro miasto zarabia tu na mandatach? – mnożą pytania oburzeni mieszkańcy.
Oznakowanie doskwiera też innej placówce na tym terenie. 40 rodziców dowozi tu małe dzieci. – Temat jest mi dobrze znany, mocno dokuczliwy – twierdzi Grzegorz Zawistowski, właściciel przedszkola artystycznego „Akwarelki”. – Zakaz parkowania najpierw z prawej, teraz z lewej strony ulicy bardzo krytykują rodzice. Od lat skarżą się na „fotografa”, który prześladuje zatrzymujących tu auta, nawet na krótki czas. To wskutek jego „współpracy” z policją płacą mandaty. Nasza nauczycielka także ma „zaproszenie” na komendę.

Dlaczego nikt nas nie broni?

Gdzie byli zarząd i rada dzielnicy? Czy trzeba referendum, by zmienić takie „prawo drogowe” naruszające zasady współżycia? – pyta energiczna dyrektor Nawrot i oczekuje odpowiedzi władz miasta oraz policji w tej sprawie. – Bo łatwo jest ustawić znak, który przynosi szkody, ale rozliczyć za to urzędników w naszym imieniu, to już nie ma komu.
15 jej pracowników musi gdzieś stawiać auta. Kilkoro z nich już przypłaciło parkowanie w tym miejscu mandatem. Są oburzeni, lecz wolą pozostać anonimowi. Jedynie Joanna Szyszkowska – matematyk, głośno nazywa rzecz po imieniu: – Absurdalna sprawa. To bardzo utrudnia nam życie! Bo właśnie czeka na mnie policja i mandat, tuż przed świętami.
Jednego tylko dnia grudnia w komendzie przy ul. Północnej 3 – jest tam specjalna komórka archiwizująca materiał przesyłany przez „Analizatora” – czekało 19 osób, najwidoczniej jego ofiar. Wiemy to od Bogumiły Pietrzak ze sklepu papierniczego. Ona nie przyjęła mandatu i zapowiada walkę przed sądem, zapewne w konfrontacji z „parkingowym”, który w takich razach występuje jako świadek.
Policja z jego „świadectw” skwapliwie korzysta. Telefon od informatora z Wieniawy uruchamia przyjazd drogówki. Ta notuje kolejnych delikwentów, jak Dagmara Samoń (sklep z bielizną), która mieszka ok. 20 km za Lublinem. – Aż tam fatygowali się funkcjonariusze, by mnie powiadomić o wykroczeniu, bo niby źle zaparkowałam obok swego sklepu. Tyle, że to było prawidłowe od wielu lat. A ostatnio, w przeddzień Wigilii, zapłaciłam mandat – żali się ekspedientka.
– Nawet nie trudzą się kartką za wycieraczkę. Siedzą w radiowozie, spisują numery i tylko podjeżdżają co raz kawałek. Ten znak tu nie ma sensu, bo gdzieś ludzie muszą parkować. A policja ma łatwą robotę. Mnóstwo aut już spisała – mówi Jan Szewczyk, który te „interwencje” ma przed swoimi oknami.

Pora z tym skończyć!

– burzą się okoliczni mieszkańcy i handlowcy, którzy od zawsze stawiają tu swe pojazdy i ani myślą wycofać się z tej strefy. Ostatnio na widok drogówki przestawiają je. To uciążliwe, zabiera czas, a wkrótce po odjeździe patrolu lewa strona Głowackiego znów się zapełnia… Funkcjonariusze widzą to i sami nie kryją, że mają dość tej zabawy w ciuciubabkę. Nieoficjalnie uśmiechają się znacząco… Widzą, że występują w obronie przepisu, który tutaj nie ma racji bytu. Ba, przynosi nawet szkody.
– Ten stan rzeczy zagraża naszym interesom – mamy teraz mniejszy napływ klientów. Po prostu ludzie nie chcą dopłacać poprzez mandaty do swych zakupów czy usług, pojadą gdzie indziej – skarżą się wymienione sprzedawczynie. A solidarnie z nimi Monika Jabłońska właścicielka pobliskiego salonu piękności. – Moi rodzice, którzy parkowali tu na czas dostawy do tej firmy, także dostali wezwanie policji – mówi gorzko. – A odnośnie „parkingowego”, jakiś czas temu ten typ robił mi zdjęcia obok auta. Na mój ostry protest spokojnie odparł: „Jako prezydent mogę fotografować kogo chcę”! Tak więc jestem już w policyjnej kartotece.
To są działania antyspołeczne. Lokalne przepisy winny iść za potrzebami mieszkańców, a nie być powodem ich karania i stresu. Prawo ma służyć obywatelowi – wynika z e-maili pisanych w tej sprawie do redakcji.
„Niech policja ściga piratów, którzy w dół po gładkim asfalcie jadą tu nawet 80-100 km/h, a nie karzą parkujących 6-m. na chodniku, bo się ośmieszają” – pisze Jacek Czapla, ojciec niepełnosprawnego dziecka. – Ten zakaz mocno utrudnia nam życie, bo musimy parkować daleko od domu – dodaje matka chłopca.
Szkodliwy absurd przy Głowackiego utrzymuje się, zupełnie jakby komuś na tym zależało. Na pewno głównemu „aktorowi”…

Kim jest „parkingowy” z Wieniawy?

To pan Ryszard, pracownik budowlany, mieszkający vis-a’-vis szkoły. Jest sąsiadem setek ludzi dręczonych wskutek jego donosów i zachowania.
– Z uśmieszkiem patrzy nam wszystkim w oczy – mówi Anna Maj z bloku opodal, którą przeszywa to spojrzenie. – Obserwuję go na osiedlu od lat. Jest jak „Robocop”. Boję się go. Ma wygląd nawiedzonego i wieje od niego grozą. Często zaczepia, podchodzi do ludzi tak blisko, że wsadza głowę komuś niemal w twarz, łamie zasady komfortu, bezpieczeństwa – żali się kobieta. – Zwykle widać go, jak „patroluje” z aparatem pobliskie ulice. Lecz ostatnio często działa z okien swojego mieszkania. Stamtąd ma rozległe pole do strzału teleobiektywem i na Al. Racławickie, i na ul. Głowackiego.
K. śle zrobione zdjęcia policji przy ul. Północnej – potwierdza pani Anna. Wie, bo towarzyszyła mężowi na komendzie, gdy wezwano go po spisaniu numerów auta. – Był telefon „pana Ryśka”, co? – wymownie żartował wtedy jeden z funkcjonariuszy w dyżurce oglądając wezwanie. Nie skrywał, że wystawiane z tego tytułu mandaty idą w tysiące…
Bo osiedlowy „stróż prawa” zapewnia drogówce stałą pracę na Wieniawie, a mieszkańcy chyba woleliby tu widzieć policjantów, jak rozprawiają się z piratami w ruchu, nie na parkingu?
– Najgorsze, że ta „obywatelska postawa” wiąże ich siły i środki, a mają dużo poważniejsze zadania. Nawet po drobnej kolizji, stłuczce trzeba czekać na drogówkę czasem całe godziny. A oni tu pracują! – śmieje się pan Gienek, były wojskowy wyższej rangi. – Patrz pan, ile ludzi jest tu zadowolonych: Rysio ma ręce pełne „roboty”, miasto stały przypływ forsy z mandatów. I policjanci nie muszą się wysilać, przyjeżdżają na gotowe – kwituje skłonny do żartów senior.

A tymczasem w ratuszu…

„Zarząd Dróg i Mostów zobowiązany jest stosować się do obowiązujących w Polsce przepisów Prawa o Ruchu Drogowym” – pisze w mailu rzecznik Karol Kieliszek.
To odpowiedź urzędu na zjawisko opisane w obszernym zapytaniu, które ratusz otrzymał z naszej redakcji:
– Czy miejski organizator ruchu ma świadomość trudności, na jakie naraża okolicznych mieszkańców, parkujących (już od dziesięcioleci) po lewej stronie ul. Głowackiego? Problem dotyczy także przedsiębiorców, handlowców, nauczycieli dwóch szkół i przedszkola – w tym licznych rodziców dzieci z tych placówek. Wszyscy oni przywykli do istniejących tu niedawno zatok postojowych, a dziś miejsca parkingowe są tu potrzebne jak nigdy dotąd.
Zdaniem wymienionych – dają oni temu wyraz skarżąc się do mediów i do samorządu mieszkańców – status obecnego dziś oznakowania Głowackiego grozi poważnym konfliktem interesów.
Obywatele pytają, czy postawienie tu znaku B-36 po zlikwidowaniu miejsc parkingowych wzdłuż ulicy było konsultowane społecznie? Czy organizator ruchu w Lublinie uwzględni oburzenie społeczności lokalnej wskutek aktualnego oznakowania ul. Głowackiego?
Marek Rybołowicz