Pogotowie odbija się od drzwi

Chełmskie pogotowie ma coraz większy problem z przekazaniem chorych do szpitala. – Odbijamy się od szpitalnych drzwi, albo godzinami czekamy przed oddziałem ratunkowym – mówią ratownicy. Z chorymi jeżdżą po całym województwie. Ostatnio byli w Dęblinie.

„To już jest koniec pomocy”, „Dramat systemu Ratownictwa Medycznego”, „Nie udzielimy wam pomocy” – to tylko jedne z nielicznych wpisów ratowników medycznych z kraju, jakie od pewnego czasu pojawiają się w internecie. Ratownicy skarżą się w nich na wielogodzinne wyczekiwanie z pacjentami przed szpitalnymi oddziałami ratunkowymi, wożenie chorych od szpitali do szpitali, w których nie ma dla nich miejsca i w końcu na to, że nie są w stanie wyjeżdżać do kolejnych zgłoszeń.

Coś, co mogłoby się nam wydawać odległe, ma niestety także miejsce i w Chełmie. Odkąd chełmski szpital jest niemal zawalony chorymi na Covid-19, przywożonymi tutaj z całego województwa, również chełmskie pogotowie ma ogromny problem z przekazywanie chorych do szpitala. Ratownicy wyjeżdżają do wezwań a potem nie mają co zrobić z pacjentami. – Wystajemy godzinami pod oddziałem ratunkowym, albo jeździmy z pacjentem po całym województwie – mówią.

– Mamy ten same problem, jaki koledzy z innych stacji w kraju – mówi Tomasz Kazimierczak, dyrektor Stacji Ratownictwa Medycznego w Chełmie, który zresztą sam już po raz drugi trafił na kwarantannę.

Anetta Szepel, pielęgniarka koordynująca w SRM, mówi, że dyspozytorzy notorycznie szukają miejsca dla pacjentów w innych szpitalach w województwie. – Są sytuacje, że nie możemy nic znaleźć, czasami załoga czeka ponad godzinę, żeby zwolniło się jakieś miejsce, a było tak, że jedziemy z pacjentem do szpitala, w którym miało być wolne miejsce, ale gdy już jesteśmy na miejscu, okazuje się, że zostało zajęte – mówi A. Szepel. Dyspozytorzy szukają miejsca najbliżej Chełma – we Włodawie, Krasnymstawie, Hrubieszowie czy Lublinie. Ale wieźli już pacjenta nawet do Dęblina, po tym jak nie przyjęto go w Krasnymstawie a potem w Lublinie. A przez to, że zespoły jeżdżą po całym województwie, dochodzi do sytuacji, w której nie ma zabezpieczenia na miejscu.

– Z pomocą w nagłych wypadkach może przyjść oczywiście straż pożarna, ale poza resuscytacją krążeniowo-oddechową, udzielaniem pomocy w przypadku zatrzymania krążenia i tak muszą czekać na zespół, bo sami nie mają warunków ani możliwości żeby przewieźć poszkodowanego do szpitala – mówi pielęgniarka koordynująca. (bf)