Prezes pobity na zawodach?

Emocje podczas zawodów wędkarskich sięgają zenitu, ale to, co wydarzyło się na Jeziorze Wytyckim (gm. Urszulin), przejdzie nie tylko do historii Polskiego Związku Wędkarskiego, ale swoje miejsce znajdzie też w kronice kryminalnej.

Wydarzenia, o których mowa, miały miejsce w połowie maja. Nadbużański Klub Karpiowy zorganizował na Jeziorze Wytyckim otwarte zawody karpiowe. Na imprezę zjechało ok. 20 zawodników z całego kraju. Łowiono z grobli otaczającej zbiornik. Ponieważ łowisko jest duże, a karpiarze zajęli stosunkowo niewielki odcinek linii brzegowej, nie zdecydowano się, by na czas zawodów zamykać zbiornik dla innych wędkujących.

Efektami imprezy, a raczej tego, co działo się równolegle, jest decyzja zarządu okręgowego PZW w Chełmie o zaprzestaniu do odwołania wydawania zezwoleń na wędkowanie zorganizowanym grupom wędkarzy do połowu z brzegu na zbiorniku Wytyczno oraz prokuratorskie śledztwo wszczęte w sprawie pobicia i uszkodzenia mienia. A było to tak:

Prezes koła PZW w Urszulinie Aleksander Kafarski dostał informację o zastawionej przez kłusowników sieci. Wziął więc łódkę i popłynął sprawdzić doniesienie. Jak mówi, okazało się ono prawdziwe. Po ściągnięciu kłusowniczego narzędzia, wracając do miejsca wodowania, prezes zahaczył o zestaw jednej z ekip zawodów. – Zatrzymałem się, przełożyłem plecionkę i bez uszkodzenia zestawu popłynąłem do slipu – mówi Kafarski. – Podczas ładowania łodzi na przyczepkę zauważyłem, że w moją stronę płynie ponton z dwoma mężczyznami, ale myślałem, że to jacyś wędkarze.

Dopiero gdy wyskoczyli na pomost i z krzykiem zaczęli biec w moją stronę, zorientowałem się, że to właściciele zestawu, o który zawadziłem. Na szczęście siedziałem już w samochodzie, kiedy do mnie dobiegli. Przez otwarte drzwi zaczęli uderzać mnie pięścią w twarz, bark i ramię, kopali też samochód i zatopili lub zabrali moją lornetkę i zestaw spinningowy. Osłaniając się lewą ręką, prawą odpaliłem auto i uciekłem. Natychmiast wezwałem też policję i powiadomiłem komendanta naszej Społecznej Straży Rybackiej, który wkrótce pojawił się na miejscu.

Ja z policją pojechałem do uczestników zawodów, by szukać sprawców pobicia. Funkcjonariusze przebadali alkomatem dwie osoby, z których każda była pijana – mówi prezes. Podczas gdy on wyjaśniał z policją zajście, na miejsce przyjechał komendant miejscowego SSR, który płynąc po jeziorze wpadł w te same plecionki, co niedawno prezes z tą różnicą, że tym razem wkręciły się one w śrubę jego silnika. Gdy karpiarze podnieśli larum, komendant zagroził, że przetnie zestawy, więc panowie podpłynęli do niego i sami rozplątali linki.

Obaj panowie twierdzą, że zaplątali się niechcący, bo zestawy nie były odpowiednio oznaczone, a do tego znajdowały się w strefie, gdzie nie powinno ich być – jakieś 200-210 metrów od brzegu, podczas gdy maksymalna granica to 150 metrów. Po tym incydencie policjanci z Urszulina odwiedzali teren zawodów przynajmniej dwukrotnie. Za każdym razem poddawali badaniu na trzeźwość uczestników, ale zgłoszenia te okazały się już bezpodstawne.

Ponieważ do pobicia doszło poza terenem zawodów, więc podobno nie miało ono wpływu na decyzję zarządu okręgu PZW w Chełmie, który wkrótce po tym zakazał organizacji zawodów i innych zorganizowanych form wędkarstwa na Wytycznie, co spotkało się z dezaprobatą zdecydowanej większości wędkujących.

Mało tego, niektórzy wysnuwają nawet teorie, że wydarzenia z majowych zawodów były prowokacją kłusowników, mającą na celu usunięcie z łowiska niewygodnych wędkarzy. Zaprzecza temu Krzysztof Daniłów, dyrektor biura Okręgu PZW w Chełmie. – Decyzja o wstrzymaniu wydawania pozwoleń została podjęta ze względu na liczne skargi na wędkarzy wpływające do nas od anonimowych osób – mówi dyrektor.

A tak sytuację na swojej stronie tłumaczą wędkarze z NKK: „Jako Klub jesteśmy w bardzo dużym stopniu uzależnieni od decyzji Zarządu w sprawie organizacji zawodów na tym zbiorniku. Chcieli, żebyśmy je zrobili, to je zrobiliśmy. Trzeba zauważyć jedną rzecz. W trakcie trwania zawodów nie było incydentów wynikających z tego, że woda w całości nie była zamknięta, oczywiście oprócz tego jednego.

Dziwnie było to, że dwóm osobom z pobliskiej miejscowości zachciało się wieczorem wpłynąć na spalinie w rejon zawodów, o których musieli wiedzieć, ponieważ pełnią konkretne funkcję w tamtejszym kole. Rejon zawodów był oznakowany i wszyscy wędkarze to respektowali oprócz tych dwóch wspomnianych wyżej panów. Dlaczego to zrobili? Nie wiem. Mogę się jedynie domyślać.

Następną sprawą jest decyzja Okręgu, żeby nie zamykać całej wody. Muszę się z nimi zgodzić w tym temacie. Woda ma ponad 500 ha. Nie było sensu zamykać całego zbiornika dla 20 osób. Stanowiska były rozstawione na długości 3 kilometrów. Reszta, czyli około 10 kilometrów, brzegu byłaby bezsensownie wyłączona z wędkowania dla innych na okres 5 dni. Jeżeli ci dwaj panowie nie wpłynęliby w rejon zawodów, wszystko byłoby w porządku. Poczekajmy na rozstrzygnięcie sytuacji. W tej chwili nic nie jest wiadome na 100%.” – czytamy w komentarzu.

Postępowanie w sprawie pobicia A. Kafarskiego i zniszczenia należącego do niego mienia prowadzi KPP we Włodawie. Straty zostały wycenione na ponad 6 tys. zł, z czego 4700 zł będzie kosztować naprawa samochodu skopanego przez napastników, a 1,4 tys. zł warta była lornetka i zestaw spinningowy. Sprawcom grozi do 5 lat więzienia. (bm)