Przywrócić pamięć tych wszystkich, którzy tworzyli zręby tenisa w Lublinie i regionie

Jak rozpoczęła się Pana przygoda z tenisem?
– To był przypadek. Miałem 11 lat, interesowałem się różnymi sportami: piłką nożną, boksem, koszykówką i pływaniem. Chodziłem na obiekty Avii, po drugiej stronie torów, dosłownie pięć minut od domu. Raz kolega, który trenował tenis, zarzucił mi, że uprawiam „dziwne” sporty i zaproponował, byśmy się sprawdzili. Okazją był turniej 1-majowy rozgrywany w Świdniku. Miałem rakietę pierwszy raz w ręce i… wygrałem turniej, głównie dzięki wiedzy z innych sportów.
Co Pan dostał w nagrodę?
Dyplom i tyle. Gdy wróciłem do domu nikogo moje zwycięstwo nie zdziwiło.
Pierwszy trener?
Ryszard Kot, do dzisiaj aktywny jeszcze zawodnik, mimo że już ma 80 lat!
Największe sukcesy?
Wielokrotnie wygrywałem mistrzostwa okręgu, turnieje w Lublinie i Świdniku. Uzyskałem II klasę sportową. W zawodach startowałem, mając jeszcze trzydzieści parę lat, potem już tylko rekreacyjnie.
A mistrzostwa Polski?
– Nie zdobyłem żadnego medalu. To były inne czasy, dla mnie priorytetem były szkoła, a potem studia na AWF w Warszawie i psychologia na UMCS.
Szybko został jednak pan instruktorem tenisa!
– Tak, zaraz po maturze. Miałem 19 lat. Od razu podjąłem pracę.
Gdzie na początku lat 70-tych można było w Lublinie pograć w tenisa?
Korty istniały na WOSTiW-ie. Miał je już także AZS na UMCS. Można było pograć również w hali na Starcie. W 1974 roku korty pojawiły się na Budowlanych.
Z klubem z ul. Krasińskiego związał się Pan na wiele lat, ale reprezentował i pracował także w wielu innych.
– Wszystko zaczęło się w świdnickiej Avii. Potem były między innymi AZS Lublin, Chełmianka, Cement Chełm, a także Wielim Szczecinek i Czarni Rzeszów.
Tenis kiedyś, a dzisiaj?

– Bez sponsorów strategicznych, którzy obejmą zawodnika, zawodniczkę pomocą nie ma żadnych szans na sukcesy. Dziś, by być w czołówce na poziomie lubelskim, trzeba wyłożyć około 10 tysięcy złotych, a co dopiero, by liczyć się w Polsce, czy za granicą.
Przyszłość tenisa w Lublinie i regionie?
– W dobrym kierunku rozwija się klub Koziołek, który powstał na bazie klubu Forhand, skupiając się na pracy z młodzieżą. Największy sukces to zdobycie punktów do rankingu ATP przez Mateusza Piątka. Warto tu wspomnieć także Ninę Furmaniak z UKS Akademia Tenisa Pol-Sart, podopieczną Marka Oratowskiego, tegoroczną trzykrotną brązową medalistkę mistrzostw Polski juniorek. Powinniśmy sporo dobrego usłyszeć także o braciach Bartku i Przemku Siejko czy Robercie Stachowiczu.
Możemy doczekać się takiej „naszej” Agnieszki Radwańskiej czy Jerzego Janowicza? Czy mamy w regionie talenty na miarę międzynarodowych gwiazd?
– W sporcie wszystko jest możliwe. Pamiętajmy jednak, ze talent to zaledwie 15 procent końcowego sukcesu. Reszta to praca, praca i jeszcze raz praca, a także zdrowie oraz… pieniądze! Bez sztabu szkoleniowego, który sięga po najnowsze nowinki, opracowuje przygotowania, treningów i rywalizacji z najlepszymi poza granicami kraju niewiele osiągniemy. Kiedyś graliśmy rakietami, które były dużo cięższe i wypadały z ręki. Kiedyś były dwie książki na krzyż do nauki. Dzisiaj to wszystko wygląda zupełnie inaczej.

Porozmawiajmy o turnieju Jacek Gdula Cup. Po co podjął się Pan organizacji tych zawodów?
– Chcę przywrócić pamięć tych wszystkic,, którzy tworzyli zręby tenisa w Lublinie. Kiedyś organizowany był Memoriał Baranowskich, Jacka, byłego mojego wychowanka, studenta architektury i Zbigniewa, prezesa Budowlanych. Obaj zginęli tragicznie. Później odbywał się turniej poświęcony pamięci Marka Obary i redaktora Andrzeja Wawrzyckiego. Moi znajomi dobrze wiedzą, że od roku walczę z rakiem płuc i zamierzam go podstępnie pokonać. Najpierw się z nim zaprzyjaźnię, a potem go pokonam, tak jak w sporcie poznam najpierw jego słabe strony, a potem go pokonam i taką walkę podjąłem. Dopóki walczysz, masz szanse wygrać.