Ratunek bez lekarza

Ani coraz większe pieniądze, ani tym bardziej specyfika pracy nie przyciągają lekarzy do dyżurowania w chełmskim pogotowiu i na szpitalnym oddziale ratunkowym chełmskiego szpitala. – Zawsze był z tym kłopot, ale teraz sytuacja jest dramatyczna – mówią dyrektorzy placówek.

Stacja Ratownictwa Medycznego w Chełmie ma problem z obsadą swoich trzech karetek specjalistycznych. W potocznej „esce” musi jechać lekarz, bo inaczej Narodowy Fundusz Zdrowia nie zapłaci za wyjazd zespołu do chorego. Ale stacjonująca w Krasnymstawie „eska” regularnie jeździ bez lekarza, bo pogotowie nie jest w stanie znaleźć doktora, który zechciałby tam dyżurować.

– Mieszkańcy nie powinni się obawiać, bo pomoc w nagłym wypadku zawsze do nich dojedzie, ale zamiast lekarza w karetce będzie ratownik medyczny, co niestety bije nas mocno po kieszeni – mówi Tomasz Kazimierczak, p.o. dyrektora Stacji Ratownictwa Medycznego w Chełmie.

Karetka specjalistyczna bez doktora to potężne obciążenie dla pogotowia. Wyjazdy bez lekarza od lutego do lipca br. kosztowały pogotowie już 200 tys. zł. A na przekształcenie „eski” w karetkę podstawową zgody nie chce wyrazić Starostwo Powiatowe w Krasnymstwie.

– Obszar bezpieczeństwa, także tego medycznego i zapewnienie odpowiedniego standardu opieki zdrowotnej jest dla władz powiatu kwestią priorytetową. Dlatego będziemy sprzeciwiać się każdemu rozwiązaniu, które potencjalnie mogłoby zaszkodzić mieszkańcom ziemi krasnostawskiej. Zasługują oni na najwyższy poziom usług medycznych i kwestie finansowe muszą zejść w tym przypadku na dalszy plan – poinformował starosta krasnostawski Andrzej Leńczuk.

Władze powiatu błędnie zakładają, że pogotowie chce oszczędzić na lekarzu. Raczej chce przestać tracić na tym, że nie może go znaleźć. Bo okazuje się, że nawet rosnące stawki godzinowe nie przyciągają doktorów do dyżurowania w karetce. A od przyszłego roku będzie jeszcze gorzej, bo w zespołach specjalistycznych będą mogli jeździć tylko lekarze ze specjalnością z ratownictwa medycznego. – A takich w całym województwie lubelskim jest garstka – mówi Kazimierczak.

Dzisiaj w chełmskim pogotowiu jeździ 12 zespołów w tym trzy specjalistyczne stacjonujące w Chełmie, Krasnymstawie i Siedliszczu. I na tle kraju wcale nie wypadamy źle, bo np. w całym Krakowie jest zaledwie jedna „eska”. Z pogotowiem współpracuje w tej chwili około 20 lekarzy. Ale dla nich podstawowym miejscem pracy jest szpital. Dyżury w karetce łapią z doskoku, jeśli pozwala im szpitalny grafik.

– Problem z obsadą to kłopot ogólnopolski a w trakcie sezonu urlopowego to już zupełna tragedia – przyznaje T. Kazimierczak. – I co najgorsze, nie mamy wpływu ani żadnych argumentów, aby ściągnąć lekarzy. Nawet dużo lepiej płacące szpitalne oddziały ratunkowe mają z tym problem.

– Bo rzeczywiście nie chodzi o pieniądze, lecz o specyfikę pracy – mówi Lech Litwin, zastępca dyrektora ds. medycznych w chełmskim szpitalu. – Zawsze mieliśmy problem z poskładaniem grafiku na SOR, zwłaszcza w wakacje. Ale jeszcze tak źle nie było.

Podobno dyrektor Litwin musi stawać na głowie i niemal urządzać łapanki, żeby poskładać grafik. A sami lekarze śmieją się, że dobrowolnie na SOR dyżurują już tylko desperaci, którzy potrzebują pieniędzy, bo np. mają duże kredyty. Praca na SOR rzeczywiście do wdzięcznych nie należy. Tydzień temu jeden z doktorów przyjął w trakcie dyżuru 40 pacjentów a w kolejce na podjeździe stało w jednym czasie sześć karetek pogotowia.

– Lekarze po takim dyżurze wychodzą nieprzytomni i zastanawiają się czy nie rezygnować – mówi L. Litwin. – Mamy teraz takie problemy z obsadą, że lekarze, którzy powinni jeździć na szkolenia w zakresie specjalizacji z medycyny ratunkowej, siedzą w szpitalu, bo nie mogą opuścić stanowiska pracy, bo nie ma kim ich zastąpić.

A przy okazji SOR to jeden z oddziałów, na który najczęściej skarżą się chorzy. Jak nie na wielogodzinne kolejki, to na brak empatii personelu. Może gdyby znali specyfikę pracy na oddziale, inaczej by go oceniali?

– Standardowo oddział ratunkowy w dzień zabezpieczają dodatkowo lekarze z oddziału chirurgii i ortopedii w ramach konsultacji, ale i na tych oddziałach są przecież urlopy, choroby i planowane zabiegi i tam też są niedobory – mówi dyrektor Litwin. – Jeśli są równolegle dwa zabiegi na ortopedii czy chirurgii, to nie ma zabezpieczenia dla SOR. A przecież lekarze z tych oddziałów muszą jeszcze obsłużyć poradnie przyszpitalne.

I tak mimo systemowych rozwiązań, wprowadzeniu triażu, opasek, a lada moment biletomatu dla pacjentów, oddział ratunkowy nadal jest niewydolny.

– Sytuacja troszkę poprawi się po wakacjach, bo lekarze wrócą z urlopów, ale cały czas szukamy rozwiązania problemu SOR-u i pozyskania nowych specjalistów na dyżury – mówi L. Litwin. (bf)