W polskiej polityce trudno dziś znaleźć temat, który łączy prawie wszystkich. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na głosowanie z 4 września. Za nowelizacją ustawy o odnawialnych źródłach energii zagłosowało 380 posłów, przeciw było zaledwie 2, a 53 wstrzymało się od głosu. Ustawa trafi teraz do Senatu.
To oczywiście nie było głosowanie wyłącznie nad jednym zdaniem: „jesteśmy za biometanowniami”. Nowelizacja dotyczy szerszego pakietu zmian w OZE. Ale jeden z jej najważniejszych elementów jest bardzo konkretny: państwo chce stworzyć system aukcyjnego wsparcia dla dużych instalacji produkujących biometan, powyżej 1 MW, a także ułatwić funkcjonowanie bezpośrednich gazociągów pozwalających dostarczać biogaz i biometan od producenta do odbiorcy.
W dokumencie przygotowanym wcześniej na podstawie tego głosowania zwracaliśmy uwagę, że tak szerokie poparcie objęło zarówno ugrupowania rządzące, jak i opozycyjne. 380 głosów „za” przy dwóch głosach przeciwnych trudno uznać za przypadek.
Warszawa mówi: rozwijajmy biometan. A co dzieje się kilkaset kilometrów dalej?
I tu zaczyna się ciekawy paradoks.
W Sejmie politycy, którzy na co dzień potrafią spierać się niemal o wszystko, uznają, że polski biometan jest na tyle ważny, że warto stworzyć dla niego państwowy system wsparcia.
Jednocześnie w wielu polskich wsiach już samo pojawienie się słowa „biometanownia” bywa wystarczające, aby rozpocząć protest.
Zanim powstanie projekt budowlany. Zanim zakończy się ocena środowiskowa. Zanim mieszkańcy poznają technologię. Zanim wiadomo, jakie będą zabezpieczenia odorowe, rzeczywisty ruch samochodów czy warunki pracy instalacji.
Czasem wygląda to tak, jakby na poziomie centralnym biometan był elementem bezpieczeństwa energetycznego i rozwoju polskiej gospodarki, a kilkaset kilometrów dalej stawał się z definicji czymś, czego należy się bać.
Może więc warto zadać pytanie:
skoro prawie cały Sejm dostrzega sens budowy polskiego rynku biometanu, to kiedy również społeczności mieszkające 300, 500 czy 800 metrów od planowanych instalacji zaczną oceniać konkretny projekt, zamiast potępiać w czambuł wszystko, co wiąże się z produkcją biometanu?
300 czy 800 metrów nie może być jedyną odpowiedzią
Nie oznacza to oczywiście, że każda biometanownia powinna powstać w każdym miejscu.
Odległość od domów ma znaczenie. Podobnie jak technologia, transport, hałas, gospodarka wodna, sposób przyjmowania substratów, magazynowanie pofermentu czy ochrona przed odorami.
Ale właśnie dlatego istnieje procedura środowiskowa.
Jeżeli dom znajduje się 300, 500 czy 800 metrów od instalacji, właściwym pytaniem nie powinno być wyłącznie:
„Jak daleko jest biometanownia?”
lecz również:
„Jakie będzie rzeczywiste oddziaływanie tej konkretnej biometanowni w miejscu, w którym znajduje się mój dom?”
To zasadnicza różnica.
Dwie instalacje znajdujące się w tej samej odległości mogą mieć zupełnie inny wpływ na otoczenie w zależności od technologii, zamknięcia obiektów, filtracji powietrza, organizacji transportu czy sposobu magazynowania substratów.
Dlatego potrzebna jest analiza projektu, a nie analiza samego słowa „biometanownia”.
Skoro państwo chce biometanu, instalacje muszą gdzieś powstać
Jest jeszcze jedna oczywistość, o której często zapominamy.
Biometanu nie produkuje ustawa. Nie produkuje go ministerstwo ani sejmowa mównica.
Produkują go konkretne instalacje stojące w konkretnych gminach.
Niestety biometan powstaje z tego, co produkuje rolnictwo i przemysł rolno-spożywczy. A rolnictwo, wykazując się przykrą nieodpowiedzialnością przestrzenną, od wieków nadal znajduje się głównie na wsi.
Jeżeli Polska chce mieć własny biometan, to biometanownie będą musiały znaleźć się w pobliżu gospodarstw rolnych, surowców, dróg, infrastruktury energetycznej i odbiorców gazu. Z natury rzeczy powstaną wszystkie na terenach wiejskich.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska wprost wskazuje, że celem nowych regulacji jest przyspieszenie rozwoju produkcji biometanu i biogazu w Polsce.
Biogaz może być produkowany z krajowych zasobów, w tym pozostałości produkcji rolnej i rolno-spożywczej, a po oczyszczeniu jako biometan może zastępować gaz ziemny.
Jeżeli więc jako państwo chcemy polskiego gazu, większego bezpieczeństwa energetycznego i zagospodarowania krajowej biomasy, musimy zaakceptować prostą konsekwencję:
biometanownia nie będzie stała na Wiejskiej w Warszawie. Będzie stała gdzieś na polskiej wsi.
Czyli wszystko wskazuje na to, że prędzej czy później biometanownie będą powstawać tam, gdzie są pola, gospodarstwa, surowce i drogi. A więc także w pobliżu ludzi.
I tu dochodzimy do pytania, którego ustawą się nie załatwi:
kiedy odległość 300, 500 czy 800 metrów przestanie automatycznie oznaczać: „nie chcemy tego tutaj”?
Co może zyskać wieś?
Debata bardzo często zaczyna się od pytania: „co możemy stracić?”.
To dobre pytanie. Ale nie powinno być jedynym.
Trzeba również pytać:
· jakie podatki pozostaną w gminie,
· ilu lokalnych przedsiębiorców będzie świadczyć usługi dla zakładu,
· ile transportu będą wykonywać miejscowe firmy,
· jaki rynek powstanie dla produktów i pozostałości z gospodarstw rolnych,
· jakie znaczenie może mieć poferment dla nawożenia,
· czy duża inwestycja może pomóc finansować rozwój lokalnej infrastruktury.
Nowy zakład oznacza działalność gospodarczą prowadzoną przez dziesięciolecia. Może oznaczać podatki, zamówienia dla lokalnych firm oraz nowe możliwości współpracy dla rolników i hodowców.
Nie oznacza to, że korzyści zawsze przeważą nad kosztami.
Oznacza natomiast, że należy je policzyć, zanim powie się „nie”.
Nie każdy protest jest nieracjonalny. Ale strach nie jest faktem
Mieszkańcy mają pełne prawo obawiać się dużej inwestycji.
Jeżeli ktoś mieszka kilkaset metrów od planowanego zakładu, chce wiedzieć, czy będzie czuł zapach, ile ciężarówek przejedzie jego drogą i czy instalacja wpłynie na wodę lub wartość jego nieruchomości.
To są normalne pytania.
Problem zaczyna się wtedy, gdy pytania zastępują odpowiedzi udzielone jeszcze przed przeczytaniem dokumentacji:
„na pewno będzie śmierdziało”,
„na pewno rozjadą drogi”,
„na pewno zatrują wodę”,
„na pewno nikt nie będzie chciał tu mieszkać”.
Tak nie wygląda analiza inwestycji.
Tak wygląda utrwalanie z góry przyjętego stanowiska.
Słusznie napisano, że samorządy mają prawo powiedzieć inwestycji „nie”, ale taka decyzja powinna wynikać z faktów, analizy konkretnego projektu oraz rzeczywistych korzyści i ryzyk, a nie z obawy przed samym słowem „biometanownia”.
W Polsce wykształciliśmy interesującą procedurę konsultacji społecznych.
Najpierw mówimy „nie”. Potem pytamy, co właściwie ma powstać. Następnie dostajemy odpowiedzi. A na końcu mówimy, że niczego one nie zmieniają, ponieważ od początku byliśmy przeciw.
Tak rozumiana konsultacja ma wielką zaletę: człowiek nie musi zmieniać zdania pod wpływem faktów.
Może warto zrobić to,co właśnie zrobił Sejm
Nie chodzi o to, żeby mieszkańcy pobliskiej wsi dla instalacji czy jakiejkolwiek innej miejscowości nagle stali się zwolennikami każdej biometanowni.
Chodzi o coś znacznie prostszego. … O wyjście poza okopy.
Sejm pokazał, że w sprawie biometanu można na chwilę odłożyć polityczne podziały i uznać, że jest to technologia, której Polska potrzebuje.
Może podobne podejście jest potrzebne lokalnie.
Nie: „biometanownia – więc nie”. Ale: jaka biometanownia? w jakiej technologii? w jakiej odległości? z jakimi zabezpieczeniami? z jakim transportem? co mówi raport środowiskowy? co mówią RDOŚ, Sanepid i Wody Polskie? co dostanie w zamian gmina i lokalni rolnicy?
Dopiero potem: tak albo nie.
Dwie Polski nie mogą funkcjonować obok siebie
Nie możemy przez następne dziesięć lat prowadzić polityki, w której państwo przeznacza środki na rozwój biometanu, Sejm niemal jednogłośnie buduje dla niego system wsparcia, a każda konkretna instalacja w terenie zostaje z góry uznana za zagrożenie.
Bo wtedy powstanie dość osobliwy model:
wszyscy jesteśmy za polskim biometanem – pod warunkiem że biometanownia powstanie w innej gminie.
Obawiam się bowiem, że możemy dojść do modelu energetycznego bardzo polskiego.
Będziemy za energią wiatrową, ale bez wiatraków.
Za energią słoneczną, ale nie na polach.
Za sieciami przesyłowymi, ale nie przez nasze działki.
Za biometanem, ale bez biometanowni.
Za bezpieczeństwem energetycznym, pod warunkiem że urządzenia zapewniające to bezpieczeństwo będą znajdowały się w innej gminie. Najlepiej za górą. A jeszcze lepiej w Niemczech. Potem będziemy kupować od Niemców gaz wyprodukowany w instalacji stojącej 300 metrów od niemieckiego gospodarstwa i tłumaczyć sobie, że u nas coś takiego oczywiście nie mogłoby działać.
A przecież nie o to chodzi.
380 posłów powiedziało właśnie, że warto stworzyć w Polsce warunki do rozwoju tego rynku.
Nie jest to nakaz budowania biometanowni wszędzie. Jest to jednak dość wyraźna sugestia, że biometan nie jest pomysłem grupy szaleńców, którzy pewnego ranka postanowili uprzykrzyć życie polskiej wsi.
Teraz podobnej dojrzałości potrzeba na poziomie lokalnym.
Nie bezkrytycznej zgody. Nie rezygnacji z kontroli. Nie uciszania mieszkańców.
Tylko gotowości, aby najpierw poznać konkretną inwestycję, policzyć jej korzyści i ryzyka, przeczytać opinie instytucji merytorycznych i dopiero wtedy wydać wyrok.
Polski biometan będzie rzeczywiście polski dopiero wtedy, kiedy oprócz poparcia w Warszawie znajdzie również
miejsce na polskiej wsi.
Materiał zewnętrzny




