Supermechanik pracuje we Włodawie

Redakcja: – Warsztat założył Pana ojciec jeszcze w latach 90. XX wieku. Wówczas miał Pan zupełnie inne plany i nic nie wskazywało, że zwiąże Pan z nim swoją przyszłość…

Łukasz Szostakiewicz: – Tak, w tamtym czasie kończyłem technikum we Włodawie i udało mi się załatwić odbywanie w warsztacie ojca wszelkiego rodzaju praktyk. Niezależnie od tego i tak pomagałem mu po lekcjach. To były jeszcze czasy samochodów z gaźnikami i ustawiania zapłonu, ale zaczynały też pojawiać się samochody z układami wtryskowymi i elektronicznie sterowanymi pompami wtryskowymi. Wówczas zafascynowałem się komputerami, co skłoniło mnie do nauki podstaw programowania. Wtedy też wmawiano nam, że bez studiów człowiek będzie nikim. Połączyłem więc moje zainteresowania i zdałem egzaminy na Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej na kierunek Komputerowe Wspomaganie Projektowania i Budowy Maszyn. Ze studiów zrezygnowałem na etapie pisania pracy dyplomowej, miałem dość jednoczesnej nauki i pracy, nie odnajdowałem się też w projektowaniu. Postanowiłem wrócić do Włodawy i jeszcze raz przemyśleć, co dalej. I tak ponownie zacząłem pracować u ojca, do którego w międzyczasie dołączył mój brat. Na początku było trudno, obrobione lub urwane śruby były problemem nie do przeskoczenia. Ale polityka była prosta, klient podstawia samochód do warsztatu, aby rozwiązać swój problem, a mechanik jest po to, żeby to zrobić. Musieliśmy nauczyć się rozwiązywania wszelkich problemów mechanicznych i technicznych, z jakimi się do nas zwracali właściciele samochodów. Czasami też wymyślać i wytwarzać narzędzia specjalne. I tak już ponad 10 lat.

– Ma Pan więc bardzo bogatą praktykę. Jak na przestrzeni tych lat zmieniała się rola mechanika samochodowego?
– Na początku diagnostyka sprowadzała się do trzech czy czterech prostych urządzeń pomiarowych, które umożliwiały sprawdzenie i ustawienie podstawowych parametrów pracy silnika, sprawdzenie jego sprawności mechanicznej. W zawieszeniu trzeba było wychwycić luzy, usunąć je, a następnie ustawić geometrię. Często diagnostyka opierała się na prostym osłuchaniu lub obejrzeniu czegoś. Dziś bazę sprzętu pomiarowego trzeba ciągle rozwijać i unowocześniać. Trzeba rozumieć zależności pomiędzy wieloma współpracującymi układami. Obecnie nie jestem sobie w stanie wyobrazić pracy bez profesjonalnego diagnoskopu i oscyloskopu. Nawet wymiana oleju przestała być czynnością czysto mechaniczną. Ale nawet najlepsze narzędzia nie pomogą bez dostępu do informacji technicznej na odpowiednim poziomie.
– Kto namówił Pana do spróbowania swoich sił w konkursie „Supermechanik AD”?
– W zasadzie to brat Piotr, który teraz jest właścicielem firmy. Wspomniał o konkursie organizowany przez AD Polska. Pomyślałem, że fajnie by było zobaczyć na tle jakiegoś rankingu, w którym miejscu znajdę się ze swoją wiedzą. Porozmawialiśmy z panem Robertem Wilczyńskim – przedstawicielem AD Polska w naszym regionie i zgłosił mnie do konkursu. Z każdym etapem tej edycji rosły wymagania stawiane uczestnikom, trzeba było wykazać się nie lada wiedzą w bardzo specjalistycznych zagadnieniach.
– Jak ocenia Pan zakres tych pytań w porównaniu do tego, z czym mierzy się Pan na co dzień? Z jakimi usterkami ma Pan najczęściej do czynienia?
– Wiedza zawarta w pytaniach dla niektórych może wydawać się czystą teorią w niewielkim stopniu związaną z pracą warsztatową. I nic bardziej mylnego, ponieważ pytania miały wykazać rozumienie działania czujników oraz układów. Było tam oczywiście kilka pytań, które można uznać za informacje typowe dla wiedzy, którą sprawdza się w informacji technicznej, ale nawet one w sposób pośredni sprawdzały, czy człowiek ma do czynienia w praktyce z daną technologią. Wiedza z zakresu działania czujników i informacje, jakie na podstawie wartości bieżących można z nich odczytać, często są nieodzowne do prawidłowego rozpoznania usterki i szybkiego jej usunięcia. Czasami mam wrażenie, że mam pecha co do rodzaju usterek. Zaledwie 10 proc. przypadków jest banalna i opiera się na odczycie usterek, pomiarze elementu i stwierdzeniu, że jest on ewidentnie uszkodzony. Trudno jest mi jednoznacznie powiedzieć, z jakimi usterkami mam najczęściej do czynienia. Odnoszę wrażenie, że w tym roku jest statystycznie dużo poprawek tego, co ktoś inny popsuł i są to najczęściej auta świeżo kupione, które dopiero trafiły do Włodawy i okolic.
– Państwa klienci wiedzą, że w tym warsztacie pracuje Supermechanik? Rozmawiają o tym, daje im to większe poczucie, że naprawa zostanie wykonana przez certyfikowanego fachowca? A może jest magnesem przyciągającym nowych klientów?
– Informacja o wygranej w konkursie najszybciej rozeszła się przez Facebook wśród młodego pokolenia naszych klientów. Posypały się gratulacje. Następną falę gratulacji spowodował artykuł w lokalnej prasie i na włodawskim portalu informacyjnym. Pojawiły się też gratulacje, gdy wiadomość ukazała się w prasie fachowej. Na pewno wygrana podniosła zaufanie klientów do naszego warsztatu. Stali klienci współpracujący z nami od wielu lat śmieją się, że zawsze wiedzieli, że naprawiają samochód u najlepszych w mieście. Wygrana przyciągnęła również nowych klientów.
– Otrzymanie tytułu „Supermechanik” pomaga w codziennej pracy, czy czuje Pan dodatkową presję, że musi poradzić sobie z każdą sytuacją?
– Jeżeli chodzi o prowadzenie działalności gospodarczej jest ogromną pomocą, ale ja osobiście zacząłem odczuwać presję związaną z możliwymi oczekiwaniami klientów.
Dziękujemy za rozmowę.