Szarpały ją jak sztukę mięsa

Psy chciały rozszarpać kobietę, cudem przeżyła spotkanie z nimi. Właściciel dwóch wściekłych rottweilerów nie odpowie jednak przed sądem. Zdaniem prokuratury do przestępstwa nie doszło. Sprawa została umorzona.

Zgodnie z art. 160 kodeksu karnego, „kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Ale właściciel dwóch potężnych rottweilerów, które omal nie zagryzły pomocy domowej swojego pana, nie stanie przed sądem.

Nie usłyszał zarzutów, bo prokuratura zdecydowała się umorzyć sprawę wobec braku znamion przestępstwa. A czy pozostawienie luzem na podwórku dwóch olbrzymich psów należących do niebezpiecznych, które „dla własnego zdrowia” mają co tydzień głodówkę, a z których jeden nie był szczepiony na wściekliznę, to czasem nie narażenie człowieka, którego zaprasza się do domu?

Rany na nogach, rękach, brzuchu, niemal całym ciele – tak dziś wygląda 64-latka, która systematycznie odwiedzała starszego pana z ulicy Lotniczej. Z uwagi na sędziwy wiek mężczyzny (87 lat) pomagała mu w domu, opiekowała się nim i czasem dokarmiała jego psy – dwa duże rottweilery, które siedziały wtedy w kojcu, a właściciel zapewniał, że są łagodne jak baranki. Do niedzieli (31 marca). Tamtego feralnego popołudnia psy nie były w kojcu i omal nie zagryzły bezbronnej kobiety.

Stało się to w momencie, gdy oboje z właścicielem byli na podwórzu, a starszy pan wziął do ręki aparat, by zrobić pupilom i pomocy domowej pamiątkowe zdjęcie. Polecił też kobiecie, by podeszła do psów z bułkami w dłoniach. Wygłodniałe rottweilery, którym właściciel fundował coniedzielną głodówkę, rzuciły się na kobietę. Zatopiły zęby w jej ciele i szarpały, odrywając kawałki. 87-latek próbował odciągać agresywne zwierzęta od zakrwawionej ofiary, co przypłacił raną ręki.

Kobiecie cudem udało się uciec, a na posesję weszła policja. Pogotowie zabrało ofiarę wygłodniałych psów do szpitala, od razu 64-latka trafiła na blok operacyjny. Psy jednak nie zostały odizolowane, a jedynie poddane 15-dniowej obserwacji lekarza weterynarii. Raz na kilka dni w domu starszego pana pojawiał się weterynarz i sprawdzał, czy psy są w kojcu oraz jak się zachowują. Okazało się też, że jeden z rottweilerów nie był szczepiony na wściekliznę.

Dziwnym trafem szybko zachorował i właściciel musiał go uśpić… Zanim to się stało, jak donosili nam mieszkańcy osiedla, zwierzęta wychodziły z posesji na ulicę, kiedy chciały. Zresztą o tym, że potężne i budzące grozę rottweilery biegają samopas po ulicy, straż miejska wiedziała od dawna (interwencji było wiele, a podczas ostatniej przed pogryzieniem właściciel psów odmówił przyjęcia mandatu. Sprawa trafiła na wokandę, a sąd nałożył na mężczyznę 300 zł grzywny). Na dodatek okazuje się, że kilka lat temu agresywne psy pogryzły dotkliwie inną kobietę.

– Rottweilery nie bez powodu znalazły się na liście psów agresywnych. Nie jest to rasa dla każdego. Przede wszystkim charakteryzuje je wysoki próg pobudliwości. Mogą przez długi czas tolerować niechciane przez siebie zachowania, ale są bardzo pamiętliwe. Nie zareagują od razu na nadepnięcie na łapę czy szarpnięcie za ucho, ale kumulują w sobie emocje na długo.

W pewnym momencie wystarczy, że ktoś źle się na nie spojrzy i zaatakują. Od razu, bez jakiegokolwiek sygnalizowania zamiaru, bez warczenia czy stroszenia sierści. W trakcie walki wpadają w furię. Przykładowo, gdy atakujący owczarek dostanie cios, zacznie piszczeć. Rottweilery nie czują bólu, a obrona ofiary wyzwala w nich jeszcze większą agresję – opowiadał nam o specyfice tej rasy zaraz po zdarzeniu Mariusz Kluziak, starszy inspektor Chełmskiej Straży Ochrony Zwierząt.

Mimo tych wszystkich rewelacji służby raczej do nie zamierzają wystąpić do sądu o zabranie (teraz już tylko jednego) psa od starszego pana. Pogryzionej zostaje tylko dochodzenie swoich roszczeń na drodze cywilnej. (pc)