Takie buty!

Ci, którzy przychodzą do niego z ulicy, nie dowierzają. „To pan tu robi buty? Taki młody? Niebywałe”. Znajomi, którzy wyjechali do pracy w wielkich korporacjach, podziwiają, że się na to zdecydował. „Własna firma przed trzydziestką? Winszuję odwagi.” Rodziców rozpiera duma „Poszedł w ślady ojca.”. A on sam o sobie wiele mówić nie chce. Skromny, pracowity, pyta: „To może pokażę swoje najnowsze renowacje?”


W Chełmie i powiecie chełmskim w latach trzydziestych ubiegłego wieku istniało 90 zakładów szewskich, z czego 28 w samym mieście. Usługi świadczyli także cholewkarze i rymarze. Tych na powiat było 27. To wciąż mogą być jednak niepełne dane, bo jak czytamy w II Sprawozdaniu Izby Rzemieślniczej w Lublinie za rok 1931, wówczas dochodziło do procederu „nielegalnego wykonywania rzemiosła”. Ale nawet, gdyby były to liczby niedoszacowane, to w odniesieniu do dzisiejszych czasów, są nad wyraz pokaźne.

Gdy zabraknie szewców, kto będzie klął?

Szewstwo wymienianie jest dziś w gronie tzw. zawodów ginących. Kiedyś zakłady zajmujące się naprawą obuwia można było spotkać na każdym rogu. Dziś można je policzyć na palcach. A jeśli nawet już takowy znajdziemy, przypuszczamy, że spotkamy tam starszego rzemieślnika. Z reguły nikt nie spodziewa się, że jego butami zajmie się 27-latek.
– Zdarza się, że klienci dopytują, czy to aby na pewno ja jestem tu szewcem. Odpowiadam, krótko: to właśnie ja – mówi Marcin Tymochowicz.
Pomysł na założenie takiego biznesu pojawił się u młodego chełmianina nie bez kozery – szewcem jest jego ojciec. Chociaż jeszcze kilka lat temu wzbraniał się od tej profesji.
– Próbowałem innych zawodów, wyjeżdżałem do pracy za granicę. Ale wróciłem i postanowiłem, że spróbuję. Przez rok zagrzałem miejsce u taty w zakładzie. Wtedy złapałem bakcyla. Wiedziałem, że to jest to, co chcę robić w życiu. Z tym, że na własną rękę.
Okazało się jednak, że założenie i przede wszystkim utrzymanie własnej firmy, nie jest wcale takie proste.

Szewski poniedziałek? Nie ma mowy…

Marcin swoje pierwsze kroki skierował do pośredniaka, licząc na to, że tam uzyska pomoc przy założeniu działalności. Aby otrzymać finansowe wsparcie na start, musiał przejść specjalistyczny kurs w swoim zawodzie. I tu pojawił się problem, bo w regionie takich szkoleń nie było.
– Zresztą, kto by się dzisiaj chciał uczyć na szewca – pomyślałem wtedy. I gdy już byłem blisko od tego, żeby zrezygnować ze swoich planów, dostałem telefon od mamy. Znalazła informacje o kursie dla mnie – wspomina Marcin.
Chełmianin bez problemu ukończył szkolenie, skorzystał z programu Urzędu Pracy, który umożliwił mu rozpoczęcie działalności. Znalazł lokal, kupił sprzęt (i chociaż szybko się to wylicza, wszystko trwało miesiącami) – aż wreszcie rozpoczął rozkręcanie biznesu. Dziś mija już trzeci rok działalności jego firmy, którą prowadzi pod szyldem „Szewc Tymek”.
– Nie będę zgrywał chojraka. Początkowo bałem się, czy to wszystko wyjdzie. Całe szczęście – udało się. Chociaż muszę przyznać, że było i wciąż jest to okupione ciężką pracą. O przysłowiowych „szewskich poniedziałkach” nie ma mowy – żartuje Tymochowicz. I opowiada, że gdy trzeba, to w zakładzie siedzi do późnych godzin nocnych.
Są jednak efekty. W sieci wśród opinii od osób, które skorzystały z usług 27-letniego szewca przeważają słowa: profesjonalnie, dokładnie, a do tego szybko i pełna kultura.

Innowacje – renowacje i klasyk Singer

Oprócz standardowych usług szewskich, takich jak: wymiana fleków, naprawa uszkodzonych obcasów, czy wymiana zelówek czy suwaków, Marcin oferuje też inne usługi.
– Rozciągam obuwie wzdłuż i wszerz, pozbywam się z nich zapachów i dezynfekuję je za sprawą maszyny do ozonowania. Robię też kompleksowe renowacje – wylicza i pokazuje nam, jak wyglądały buty, które przynieśli do niego klienci, a jak wyglądają po jego zabiegach. Aż trudno uwierzyć, co można zrobić ze starych adidasów…
I chociaż 27-latek wprowadza do swojego zakładu innowacje i zdaje się być „współczesną wersją szewca”, o klasyce nie zapomniał. W jego zakładzie widzimy niebywałą maszynę do szycia – starego Singera.
– Kupiłem go od 80-letniej kobiety, która używała go jako podstawkę na donicę. Mówiła, że to zabytek rodzinny. Szewcem był i korzystał z niego jej pradziadek. Zatem pewne jest, że Singer ma co najmniej sto lat. Jest niezawodny i mam nadzieję, że taki pozostanie przez następnych kilkadziesiąt lat. Oczywiście, w moim zakładzie – dodaje szewc. (mg)

 

UDOSTĘPNIJ