Teatr wyzwolony: klasycznie i niepokornie

Czego nie zobaczy i nie usłyszy widz, wybierając się do lubelskiego Teatru Muzycznego na premierę „Krainy uśmiechu”? Tandetnych dekoracji, podstarzałych amantek i podtatusiałych lowelasów, mamroczących w mankiet wymuszone żarciki na zasadzie „wiemy, że to tylko operetka, więc nie musimy się starać”. A co zobaczymy i usłyszymy? Tę samą urokliwą muzykę Franza Lehara, ale podaną lekko, naprawdę zabawnie i przede wszystkim z inscenizacyjnym nerwem.


Pomysł ściągnięcia do operetki młodej, ambitnej i zadziornej reżyser z pomysłami, Joanny Lewickiej – okazał się strzałem w dziesiątkę. Naraz zespoły, które od dłuższego już czasu budziły niepokój widzów, czy poradzą sobie z czymkolwiek niebędącym składanką przebojów, przypomniały sobie, że nie tylko umieją grać, śpiewać, tańczyć, ale także radzą sobie ze złożoną materią dramatyczną, którą z libretta wykrzesała pani reżyser.

To się po prostu bardzo dobrze ogląda (i słucha), choć w efekcie tworzy morderczą dawkę blisko trzyipółgodzinnego przedstawienia. A to ogromne wyzwanie dla chóru i baletu, bo twórcy spektaklu postawili na minimalizm dekoracji i scenografii, a więc to na czynniku ludzkim spoczywa konieczność całkowitego przykucia uwagi widza.

Ale i chór, w świetnych wejściach zbiorowych, jak i balet, znakomicie poprowadzony zwłaszcza w suitach, radzą sobie z tym zadaniem doskonale. Po raz pierwszy od dawna „gra” też scena naszego lubelskiego Teatru, której głębia nie była dotąd należycie wykorzystywana. Wystarczyło trochę wizji artystycznej, dużo ciężkiej pracy pod kierunkiem kierownika chóru, prof. dr hab. Grzegorza Pecki i okazało się, że można odnieść sukces.

Dla wzruszeń i dla… uśmiechu

Można i to dużo więcej. Znakomicie broni się inscenizacja, nowoczesna, co jednak nie razi w zderzeniu ze ździebełko konserwatywną muzyką. Są pomysły, które wzruszają (znakomicie refleksyjne wprowadzenie małej Lizzie), są momenty do śmiechu (wejścia niezawodnego Andrzeja Witlewskiego jako Fu-Liego), są zaiste imponujące, jak cała konwencja złotego kaftana/płaszcza, zastępującego całą niemal sceniczną dekorację na początku II aktu. No ale przede wszystkim, to jest Teatr Muzyczny, ktoś to musiał zagrać i zaśpiewać. Z solistów wybił się zwłaszcza nowy tenor lubelskiej sceny – Sławomir Naborczyk w partii Su Czonga.

Zgrabnie przedstawia się też nowy sopran – Paulina Janczaruk jako Mi, no a wiadomo, że do operetki chodzi posłuchać się Doroty Laskowieckiej, która i tym razem nie zawodzi jako Liza, mając mocną konkurencję w postaci zmienniczek – Anny Barskiej i samej dyrektor, Kamili Lendzion. Nie tylko jednak obsadę ma lubelski Teatr nadobną, a zdolną, ale i orkiestrę znakomicie poprowadzoną przez szefa artystycznego placówki, Przemysława Fiugajskiego.

Po latach zawirowań i nadmiernej chyba ostrożności, lubelski Teatr Muzyczny naprawdę wraca do lubelskiej publiczności. Daje jej to, co ta najbardziej lubi, uznany tytuł operetkowy, ale nadaje mu jednocześnie szczerą wizję i upiększa gamą talentów. Czego chcieć więcej? TAK