Tysiące urzeczonych jeźdźcami i końmi

Rekordowa frekwencja, wielkie emocje, zaskakujące rozstrzygnięcia w najważniejszych konkursach i niesamowite reakcje publiczności urzeczonej szybkością i pięknem koni – tak krótko można podsumować odbywającą się w pierwszy weekend lutego br. VIII CAVALIADĘ w Lublinie, który jest jednym z czterech, obok Warszawy, Krakowa i Poznania, miast na mapie Polski, w którym gości ten prestiżowy cykl międzynarodowych zawodów jeździeckich.


W tegorocznej Cavaliadzie Lublin wzięło udział blisko 200 jeźdźców i ponad 200 koni. Ich rywalizację na parkurze w hali Targów Lublin każdego dnia oglądał niemal komplet publiczności (w piątek i sobotę bilety zostały wyprzedane do ostatniego miejsca). W pierwszym lutowym numerze „Nowego Tygodnia” relacjonowaliśmy przebieg pierwszych dwóch dni zawodów (czwartek, piątek).

Dziś zgodnie z zapowiedzią przekazujemy państwu drugą część relacji z Cavaliady Lublin 2020. Cavaliadową sobotę, 1 lutego rozpoczął konkurs skoków Małej Rundy (120 cm). Zawodnicy z Polski zajęli w nim kolejne miejsca od pierwszego do dziewiątego .Najlepszy obcokrajowiec – Aggelos Toulopuis z Grecji na Callista 14 – był dopiero dziesiąty. Zwyciężyła Natalia Stevnert na Hazelhorsts Diamo. Druga była Konstancja von Mauberg na Gaphira, trzeci Szymon Tęcza na Bueno L.

Następny konkurs – dwufazowy, Średniej Rundy (135 cm) wygrał Mściwoj Kiecoń na Luett Beek Akita przed Hubertem Kierznowskim na Darinie i Niemcem Christophem Lanske na Calestra.

Potem parkurem zawładnęli najmłodsi jeźdźcy. Rozpoczęły się konkursy dla najmłodszych: CAVALIADA Future. Najpierw w konkursie Mini, w którym szły najmniejsze kucyki, potem w Midi, dla kuców większych.

Po obserwacji tak sobotnich, jak i niedzielnych konkursów dla dzieci można stwierdzić, że przy ich obecnym poziomie należy zakończyć dyskusję, czy powinny zostać na CAVALIADZIE, czy też nie.

Dzieci powinny zostać!

Ten pierwotny, dziecinny „żywioł”, który nie wszystkim się podobał to już przeszłość.

Teraz dzieci siedzą na swoich wierzchowcach poprawnie, poprawnie używają jeździeckich pomocy, potrafią prawidłowo „rozliczyć koniowi odskok” przed przeszkodami. Podczas walki o najlepszy czas przejazdu wykonują efektowne skróty między przeszkodami, nagradzane oklaskami przez widzów. I zazwyczaj, po takim skrócie ich kucykom jakoś „pasuje” odległość przy dojeździe do następnych przeszkód , które najczęściej skaczą bez zrzutek, choć nadal jeżdżą bardzo szybko.

Widać też troskę rodziców o pociechy. Młodzi zawodnicy dosiadają np. kuców walijskich czy niemieckich.

W sobotnim konkursie Mini zwyciężyła Natalia Głowacz na Szamanie. Druga była Kornelia Pawłowska na At Last Ravishing Ruby, trzecia Nell Sówka na S-Piorun. W Midi najlepsza była Julia Ganowska na Tiffany przed Martyną Pilem – Perka na Tamizie i Pauliną Pellowską na Jowiszu.

Luzaczka spada z bryczki

Po emocjach CAVALIADY Future nastąpiły jeszcze większe emocje, bo rozpoczęła się druga eliminacja Halowego Pucharu Polski w zaprzęgach czterokonnych. Było bardziej nerwowo niż w eliminacji pierwszej, bo była to ostatnia szansa, aby poprawić swoje miejsce w rankingu. A więc wyścig z czasem uzyskanym przez rywali. Nie zabrakło dramatyzmu.

W ferworze walki Wiesław Sadowski zgubił bat. Ale nic to, jego czwórka wspaniale reagowała na głos powożącego i pierwszy nawrót efektownie ukończyła bez bata. Dramatyzm zmagań rósł. Podczas przejazdu Ireneusza Kozłowskiego z bryczki wypadła luzaczka Helena Kozłowska, córka powożącego. Dziewczyna przez chwilę jechała na plecach za bryczką, trzymając się jej jedną ręką. A po chwili z powrotem sama wskoczyła na bryczkę! Niestety zejście luzaka na trasie kosztowało ekipę 5 sekund karnych i niższe miejsce w ogólnej klasyfikacji. Po zakończonym przejeździe, widać było, że Helena żałuje swojego upadku. Ale pocieszył ją tata przytulając i całując, co widzowie nagrodzili oklaskami.

Jeszcze większy dramat przeżył Adrian Kostrzewa. Podczas ewolucji jego zaprzęg zaczepił o element kolejnej przeszkody, jeszcze nie pokonanej. Sędziowie zatrzymali czas, aby obsługa toru naprawiła przeszkodę. Ale konie lipiańskie, powożone przez zawodnika, od wieków hodowane do karet austriackich Habsburgów, MUSIAŁY być szybkie. Nadrobiły stratę, co dało ekipie ostatecznie trzecie miejsce. Zwyciężył Piotr Mazurek, drugi był Wiesław Sadowski.

Po tych emocjach nastąpił kolejny widowiskowy Konkurs Sztafet. Startowały w nich ekipy złożone z zawodnika Mini, Midi i jeźdźca na dużym koniu. Gdy jeden zawodnik kończył przejazd, natychmiast ruszał następny. Wygrał zespół w składzie: Kornelia Pawłowska na At Last Lavishing Ruby, Lena Czeszejko – Sochacka na Miłek Ponysport i Aleksandra Lusina – Gołaś na Camel IG. (Dla pani Aleksandry start w lubelskiej CAVALIADZIE to powrót do czynnego sportu po macierzyńskiej przerwie po urodzeniu dwóch pięknych córeczek. Oprócz tego, że potrafi wygrywać na parkurze, to czasem komentuje zawody jeździeckie w telewizji.).

Drugie miejsce przypadło Natalii Głowacz na Szamanie, Irenie Bigaj na Lotosie i Mateuszowi Kiempie na Jak Chef. Trzecie miejsce zajęli Natalia Kręgielska na Santa, Martyna Pilem – Perka na Tamizie i Marek Lewicki na Itoulon B.

Prezentacje koni i pokazy jeździeckie

Później nastąpił blok wydarzeń, na które widzowie bardzo czekali – to pokazy. Najpierw na parkurze pojawiły się klacze i ogiery arabskie oraz angloarabskie ze Stadniny Koni w Białce k/Krasnegostawu. Były prezentowane pod siodłem i w zaprzęgu. Wzbudziły duże zainteresowanie nie tylko znawców, ale także dzieci, które tłumnie podeszły do bandy hipodromu po selfie z pięknymi końmi. A te, obyte z publicznością na pokazach zdawały sobie nic z tego nie robić.

Tymczasem na hipodromie pojawiły się amazonki ze szkoły woltyżerki VOLTEO z podwarszawskiej Starej Miłosnej. Najmłodsza w ekipie ma zaledwie 8 lat. Dziewczyny pokazały ćwiczenia na koniu w galopie i w stępie, indywidualne i grupowe – po 2 uczestniczki. Po technice i swobodzie wykonania tych trudnych elementów, widać było jak są wygimnastykowane.

W pewnym momencie jedna z zawodniczek, stojąc na galopującym koniu w postawie mostka, zrobiła pełny wymyk i… zupełnie zmieniła układ swojego ciała. Widzowie, zwłaszcza ci zazwyczaj „fotelowi’ kręcili głowami z niedowierzaniem.

Po pokazie woltyżerki na hali pojawili się jeźdźcy z Grupy Kaskaderskiej Dariusza Tomaszewskiego. Na co dzień uczestniczą w realizacji wielu filmów i seriali. Dwie urodziwe dziewczyny i trzech mężczyzn pokazało elementy dżygitówki – kozackiej odmiany woltyżerki do wykorzystania bojowego. Służyła do wykonywania uników przed ciosami szabli przeciwnika, by zaraz potem niespodziewanie i skutecznie zaatakować go, szybko zmieniając swoje położenie na koniu. Niesamowite wrażenie na widzach zrobiło szczególnie przejście pod brzuchem galopującego konia, powtórzone kilka razy.

Pokazy zorganizowały wspólnie Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa i Lubelski Związek Hodowców Koni.

Ostatnim sobotnim punktem programu CAVALIADY był konkurs szybkości Speed and Music. Tu też było dramatycznie. Startowało 40 koni. Przez większą część konkursu na prowadzeniu utrzymywał się Dominik Słodczyk dosiadający Drako. Roszady w czołówce zaczęły się drugiej części zmagań. Najpierw Dominika z pozycji lidera zdetronizował Christoph Lanske na Chaleen 3. Kolejne przejazdy to kolejne przetasowania na czołowych miejscach. O zwycięstwie zadecydował przejazd Marka Lewickiego na Cornet’s Sunshine i ta para wygrała konkurs. Drugi był Antoni Strzałkowski na Limelight van Het Maressahof, trzeci Andrzej Opłatek na Odile Du Sofflet. Dominik Słodczyk musiał zadowolić się dopiero siódmym miejscem.

Rzuć serce za przeszkodę!

Niedzielę, ostatni dzień CAVALIADY rozpoczął konkurs Małej Rundy (125 cm). Wygrał go Kamil Grzelczyk na Seniorze. Drugie miejsce zajął Litwin Ignas Marauskas na Bebe, trzecie Marek Lewicki na La Pezi a następnie… najważniejszy konkurs lubelskiej CAVALIADY – Grand Prix Lublina! Został rozegrany na zasadzie konkursu zwykłego z rozgrywką. Gospodarz toru Arkadiusz Wecwert postawił 12 różnych przeszkód, o wysokości 145 cm. Konie musiały oddać 15 skoków. Tempo niezbyt wyśrubowane, norma czasu 78 sekund. Parkur wydawał się niezbyt trudny. Na starcie 47 koni, jednak do rozgrywki zakwalifikowało się tylko ośmioro zawodników. Pięciu jeźdźców po strąceniu sporej ilości przeszkód zrezygnowało z kontynuowania swoich przejazdów. W rozgrywce ilość przeszkód zmniejszono do siedmiu…

Przedostatni przejazd… Siedemnastoletnia juniorka Ola Kierznowska rusza. Jej czternastoletnia gniada Badorette pędzi na przeszkody, posłusznie wykonuje karkołomne skróty, po których oddaje kolejne skoki „na czysto”. Ostatnia przeszkoda! Też bez punktów karnych! Wrzask i gwizdy radości widzów i burza oklasków! Czas 36,12 sekundy, przy normie czasu 52 sekundy w rozgrywce! Jest jeszcze jedna amazonka. To koleżanka Oli z kadry juniorów, Joanna Suska na klaczy Tokajer. Startuje, jedzie podobnie szybko. Koniowi też wszystko pasuje…Zalicza jednak zrzutkę na ostatniej przeszkodzie!

A to oznacza, że zajmie tylko ósme miejsce. Teraz trybuny oszalały! „Rzuć serce za przeszkodę” – mawiają do młodych zawodników starsi jeźdźcy. I Ola tak zrobiła! Wygrała z trenerem kadry narodowej seniorów Krzysztofem Ludwiczakiem na Cross Blue. Pan Krzysztof uzyskał gorszy czas (38,26 sekundy) i tym samym nie obronił tytułu zwycięzcy Grand Prix Lublina z ubiegłego roku. Trzecie miejsce wywalczył Seweryn Murdzia na Ula Bajou K. Niektórzy żałowali, że nie postawili pieniędzy na zwycięstwo Oli, bo na CAVALIADZIE była firma bukmacherska, której piękne hostessy namawiały do zawierania zakładów. Dumny z sukcesu córki był jej tata – Hubert Kierznowski, też uczestniczący w CAVALIADZIE.

Po tych emocjach nastąpiła nieco spokojniejsza dla widzów kolejna edycja CAVALIADY Future. W konkursie Mini najlepsza była Natalia Głowacz na Szamanie, druga Berenika Biela na Halnym, trzecia Paulina Słoniec na Pysi. Siwa Pysia, mierząca zaledwie 118 cm, była najmniejszym koniem tegorocznej lubelskiej CAVALIADY, ale z przeszkodami radziła sobie nader dzielnie, skacząc je w niezłym tempie. W Midi wygrała Julia Ganowska na Tiffany, przed Luną Kowalonek na Borsalino i Leną Czeszejko – Sochacką na Miłek Ponysport.

Ostatnim konkursem CAVALIADY była rywalizacja w ujeżdżeniu. Ośmioro zawodników rywalizowało w programie dowolnym z muzyką na poziomie Intermediate I. Piękno ruchu koni i piękna, specjalnie dobrana muzyka. Zawodników oceniało troje uznanych sędziów, z prof. Sławomirem Pietrzakiem, byłym prezesem Stadniny w Janowie Podlaskim na czele, ale piszący te słowa miał dylemat, czy lepsza była Litwinka Sandra Sysojewa, czy może Polka Ilona Janas. Sędziowie zdecydowali o zwycięstwie Sysojewej na Furst. Druga była Ilona Janas na Zi-Zi Top, trzecia Joanna Jawor na Cinnamon.

Wspaniałą atmosferę podczas konkursów, jak zwykle stworzył bezkonkurencyjny spiker i zarazem dyrektor sportowy CAVALIADY Szymon Tarant. Jego spikerski talent i olbrzymia wiedza o jeździectwie, zawodnikach i ich koniach to prawdziwa mieszanka wybuchowa, przyciągająca publiczność.

Zawodom jak zwykle towarzyszyły targi jeździeckie… Kupiłam siodło – taką wiadomością zelektryzowała znajomych Joanna Bat, miłośniczka koni i jeździectwa. Wszyscy popędzili zobaczyć ów zakup! Okazało się, że pani Asia kupiła sobie malutkie, srebrne kolczyki w kształcie siodła! Inną ciekawostką targów była na stoisku czeskiego wystawcy damska torebka, też zrobiona jak siodło. Cena 199 euro. Ale i tak największym powodzeniem cieszyły się artykuły jeździeckie codziennego użytku i końskie przysmaki.

Kawał pięknej historii

Tegoroczna CAVALIADA przypadła na czas szczególnego jubileuszu, bo pod koniec ubiegłego roku Lubelski Związek Hodowców Koni świętował stulecie swojego istnienia. Powstał w 1919 roku. Zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wznowiła swoją działalność Sekcja Chowu Koni przy Lubelskim Towarzystwie Rolniczym. Prezesem został Antoni Budny z Bychawy, (Do dziś ma w Bychawie swoją ulicę, w uznaniu zasług na rzecz rozwoju rolnictwa). Najważniejszym wówczas zadaniem była odbudowa lubelskiej hodowli koni po stratach I wojny światowej. Udało się to dość szybko, bo już w 1922 r odbyła się w Lublinie duża wystawa, na której zaprezentowano 190 koni należących do 34 hodowców.

W okresie międzywojennym przede wszystkim hodowano konie dla wojska. Zasilały one 40 pułków kawalerii, dywizjony artylerii konnej i tabory. Rotacja rumaków była spora, bo czas ich służby w wojsku wynosił około 7 lat. Zbyt był – tylko w 1937 r, wojsko kupiło 839 koni. W 1928 r Sekcja Chowu Koni zmieniła nazwę na Związek Hodowców Lubelskiego Konia Szlachetnego.

Kolejne wystawy koni odbywały się w Lublinie już cyklicznie, aż do 1939 r. Najlepszymi ówczesnymi stadninami były: Łosiów z Piotrowic, Wołłk-Łaniewskich z Bronic, Pleszczyńskich z Węglina, Piaszczyńskich ze Snopkowa i Rohlandów z Żabiej Woli.

Pewną formą oporu przeciw hitlerowskim okupantom było rejestrowanie przez inspektorów Związku każdej klaczy jako hodowlanej, na życzenie właściciela. Konie hodowlane były zwolnione od poboru do wojska, prac drogowych i leśnych na rzecz okupanta i dostawały przydziały paszy. Niemcy nie zorientowali się dlaczego liczba klaczy hodowlanych na Lubelszczyźnie nagle wzrosła do 10 tysięcy!

Ale wycofujący się Niemcy zabrali z Lubelszczyzny wiele cennych koni. Jednym z nich był ogier Ramzes, urodzony w 1937, w stadninie hrabiny Marii Plater – Zyberg, w Wojcieszkowie. W Niemczech trafił do stadniny barona Klemensa von Nagel, gdzie stał się ojcem wielu wybitnych niemieckich koni sportowych.

W okresie powojennym, w latach 1957 – 1975 prezesem Związku był profesor Ewald Sasimowski z lubelskiej Akademii Rolniczej. Ówczesny sekretarz Jan Morawski i Ryszard Kaczyński – inspektor hodowlany, a później kierownik biura Związku, byli jednymi z założycieli Lubelskiego Klubu Jeździeckiego.

W okresie PRL-u Związek doświadczył licznych zawirowań organizacyjnych, w tym decyzji o odebraniu uprawnień do prowadzenia hodowli w terenie. Przywrócono je w 1983 roku. W roku 2000 przywrócono nazwę Lubelski Związek Hodowców Koni.

Dużym wyzwaniem dla Związku było wdrożenie unijnych przepisów o ewidencji i rejestracji koni. Co roku pracownicy LZHK wydają około 6 tysięcy paszportów koni, opisują nowo urodzone źrebięta, uczestniczą w przeglądach hodowlanych, organizują imprezy hodowlane. Najbardziej prestiżową jest Narodowy Championat Młodzieżowy Koni Rasy Małopolskiej, organizowany od 1998 w Białce k/Krasnegostawu. Konie lubelskich hodowców co roku z powodzeniem biorą udział w Wojewódzkiej Wystawie Zwierząt Hodowlanych w Sitnie k/Zamościa oraz w wystawie ogólnopolskiej. Sukcesy były też na wystawach zagranicznych – w Austrii, Francji i Belgii. Hodowcy ze Związku uczestniczą też w imprezach popularyzujących robocze użytkowanie koni, takich jak choćby pokaz orki konnej w lubelskim skansenie.

Aktualnie do Związku należy ponad 800 hodowców z całego województwa lubelskiego, zrzeszonych w 18 kołach terenowych. Ten rozległy teren musi obsłużyć ledwie kilkoro etatowych pracowników Związku. Ich pracami od wielu lat kieruje dyrektor mgr inż. Jacek Kozik, który doskonale prowadził sobotnie pokazy na CAVALIADZIE.( Lubelskie Biuro Związku znajduje się przy ul. Mełgiewskiej, w pobliżu byłej fabryki samochodów).

Jan Achremowicz