W pętli emocji

Wychowawczyni kazała mi się powiesić. (…) Nie chciała mnie wpuścić do środka, a na dworze było bardzo zimno, a ja miałem tylko kurtkę i pod nią cieniutką bluzkę, kazała mi czekać na policję. Czekałem 2 godziny. Taką wiadomość otrzymaliśmy 18 listopada od podopiecznego chełmskiego domu dziecka.


„Do nas dzieci nie trafiają wtedy, gdy są niegrzeczne. Trafiają, jeśli to rodzice są niegrzeczni. Jak twój tatuś będzie grzeczny, to nigdy tu nie trafisz” – tak jedna z pracownic chełmskiego domu dziecka powiedziała kiedyś chłopcu, którego przywiózł tam ojciec z przesłaniem: „Tu cię zostawię, jak będziesz niegrzeczny”.

I nie podlega to żadnej dyskusji. Dzieci, które trafiają do domu dziecka, w żaden sposób nie są winne temu, że się tam znalazły. Często jednak to, co działo się w ich domach, pozostawia na nich wielkie piętno. Za każdym z nich stoi inna historia, inny życiowy dramat, który, niestety, nie ułatwia im później budowania relacji, funkcjonowania w społeczeństwie i radzenia sobie z emocjami. Czy podopieczny chełmskiego domu dziecka pod ich wpływem wystosował do nas list? Czy podkoloryzował opowieść, chcąc zwrócić na siebie uwagę? Czy zrobił to na złość? A może wołał o pomoc?

Kazała mi się powiesić

W niedzielę wieczorem (18 listopada) nastolatek napisał do nas dwie wiadomości za pośrednictwem Facebooka. Najpierw prywatną, do której dostęp mieli wyłącznie pracownicy redakcji „Nowego Tygodnia”. A kilkadziesiąt minut później podobną treść opublikował na naszym profilu już w taki sposób, że mogły ją przeczytać osoby postronne. Na reakcję nie trzeba było długo czekać.

Post, w którym padały oskarżenia, jakoby któryś z pedagogów kazał chłopakowi się powiesić i mimo mrozu nie wpuszczał go do budynku, wywołał spore poruszenie. Zaczęły się sypać komentarze i „lajki”. Jeszcze tego samego wieczoru publiczna wiadomość znikła. Jak się później okazało, to sam autor ją usunął. Z uwagi na charakter sprawy i ze względu na dobro podopiecznych placówki, nie publikujemy jej w całości.

To jest biedne dziecko

O wyjaśnienie, co wydarzyło się tego dnia w placówce, poprosiliśmy dyrektor Annę Tokarską.

– Jest mi trudno streścić tę całą sytuację, bo problem jest głębszy – zaczyna i opowiada nam o – łagodnie mówiąc – „niepoprawnym” zachowaniu nastolatka. Incydenty dotyczą zarówno innych podopiecznych, jak też wychowawców, zdarzają się też w szkole. Chłopak, gdy trafił do domu dziecka, miał już dozór kuratora.

– 18 listopada spadł śnieg. Po południu wychowawczyni zabrała dzieci na dwór, żeby się pobawiły. Gdy mieli już wracać, podopieczny schował sobie do kieszeni śnieżkę i przy drzwiach uderzył nią wychowawczynię w twarz. Jak zobaczyła, że ma w ręce kolejną, zamknęła drzwi. Powiedziała, że go wpuści, gdy ją wyrzuci. Wtedy zamiast śnieżki poleciały w nią obraźliwe sformułowania.

To wszystko trwało dłuższą chwilę. Wreszcie wychowawczyni powiedziała, że jeśli podopieczny się nie uspokoi, to wezwie policję. Ostatecznie skończyło się na tym, że po utarczkach słownych nastolatek został wpuszczony do środka. Z tego zdarzenia została sporządzona notatka służbowa. Posiadamy także nagranie z monitoringu – informuje dyrektor. – Potem była wiadomość do was. Cały czas z nim pracujemy. Następnego dnia po tych zdarzeniach w celu wyjaśnienia tej sytuacji podjęliśmy kolejne kroki w celu pomocy temu chłopcu, w którym uczestniczyła jego mama, a także terapeuta i psycholog placówki oraz asystent rodziny. To jest biedne dziecko, wiele przeszedł – dodaje.

A co z kwestią rzekomych słów o powieszeniu? – Nie wyobrażam sobie, żeby takie słowa padły z ust jakiegokolwiek naszego pracownika do podopiecznego. Proszę mi wierzyć, że celem wszystkich wychowawców jest dobro dzieci. To poufne i bardzo delikatne sprawy, nie chciałabym ich upubliczniać, ale mam podejrzenie, dlaczego podopieczny właśnie takie zdanie włożył w usta wychowawczyni. W tym zakresie zajmują się nim terapeuci. – wyjaśnia A. Tokarska. (mg)