Wiceprzewodniczący z niechlubną kartoteką?

Stanisław Kieroński

Jak poinformował Dziennik Wschodni prokuratorzy IPN skierowali do sądu wniosek o wszczęcie postępowania lustracyjnego wobec Stanisława Kierońskiego i wydanie orzeczenia stwierdzającego, że złożył on niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne. Według prokuratorów IPN Kieroński w latach 1980-1983 był kontaktem operacyjnym SB wynagradzanym za pomoc drobnymi podarkami. Kieroński w rozmowie z Dziennikiem zapewnił, że nigdy nie był tajnym współpracownikiem i na nikogo nie donosił, a ktoś po 40 latach „szyje mu buty”.

O ustaleniach prokuratorów IPN i skierowaniu do sądu wniosku o stwierdzenie, że Stanisław Kieroński złożył nieprawdziwe oświadczenie lustracyjne Dziennik Wschodni poinformował przed tygodniem. Sprawa z Kierońskim miała wyjść przez przypadek, bo oświadczenie jakie złożył kandydując w 2010 roku do sejmiku województwa zostało w 2020 roku wylosowane przez komputer do prześwietlenia w rutynowej procedurze weryfikacji oświadczeń składanych przez osoby ubiegające się sprawowania funkcji publicznych. Prokuratorzy, dokonując kwerendy dokumentów znajdujących się w archiwach IPN, mieli natknąć się na materiały, według których Kieroński, miał być kontaktem operacyjnym SB.

Z wniosku o lustrację, do którego dotarł Dziennik Wschodni wynika, że SB zainteresowała się Kierońskim w 1980 roku, kiedy ten miał objąć stanowisko dyrektora Szkolnego Domu Kultury (później MDK) przy ul. Królewskiej w Lublinie, a służby bezpieczeństwa prowadziły wówczas inwigilację sąsiadującego z SDK klasztoru jezuitów i w budynku SDK miał zainstalowaną aparaturą podsłuchową. – „Jeden z oficerów ustalił, że Kieroński w czasie studiów na filologii polskiej UMCS brał czynny udział w wydarzeniach marcowych ’68. MO odbyła z nim wówczas rozmowę profilaktyczno-ostrzegawczą. Po studiach i rozpoczęciu pracy Kieroński „zmienił swój stosunek do ustroju socjalistycznego i stał się jego wielkim zwolennikiem.

Wstąpił też do PZPR”. Ponieważ bezpiece nadal zależało na dostępie do instalacji podsłuchowej i skrzynki, postanowiła pozyskać dyrektora do pomocy przy operacyjnym zdobywaniu informacji w charakterze kontaktu operacyjnego. 20 października doszło do spotkania, podczas którego sierżant Zdzisław Ungert pozyskał Kierońskiego do pomocy w określonych czynnościach prowadzonych przez Służbę Bezpieczeństwa. Własnoręcznie napisał i nieczytelnie podpisał zobowiązanie do zachowania tajemnicy faktu i treści rozmów prowadzonych z funkcjonariuszem SB. Już następnego dnia Kieroński został zarejestrowany jako kontakt operacyjny o pseudonimie K.S. – cytuje fragment wniosku lustracyjnego DW.

Jak donosi dalej Dziennik, według zgromadzonego przez prokuraturę IPN materiału, Kieroński od października 1980 roku do sierpnia 1983 roku miał odbyć 20 spotkań z sierżantem Ungertem. W ich trakcie wprowadzał do budynku MDK grupy instalacyjne bezpieki. Zapewniał też tym grupom tzw. legendę, czyli, że są to np. hydraulicy do konserwacji grzejników. Fizycznie zabezpieczał ich pobyt przed kontaktem z osobami postronnymi i informował o planowanych pracach remontowych, podczas których mogłoby dojść do zdekonspirowania założonego podsłuchu.

W zamian Kieroński miał otrzymać od sier. Ungerta dwa kryształowe wazony, pokojową antenę telewizyjną, zapalniczkę gazową, ozdobną kasetę i linoryt z widokiem Zamku Lubelskiego, a także SB miała zapłacić za Kierońskiego mandat w wysokości 500 zł, jaki milicja wystawiła mu za złe parkowanie. Współpraca ze służbami miała się zakończyć w momencie objęcia przez Kierońskiego stanowiska zastępcy kierownika Wydziału Nauki, Oświaty i Postępu Technicznego w Komitecie Wojewódzkim PZPR.

W rozmowie z Dziennikiem Wschodnim Stanisław Kieroński, dziś emeryt, działacz Nowej Lewicy i wiceprzewodniczący Rady Miasta Lublin z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka, zapewnił, że złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne, jako dyrektor MDK miał sporadyczny kontakt z funkcjonariuszami SB, ale nigdy z SB nie współpracował i na nikogo nie donosił, a w kierowanej przez niego placówce faktycznie trwał remont i kręciły się tam różne ekipy budowlane i mnóstwo ludzi, ale on nie miał pojęcia, że wśród nich są funkcjonariusze bezpieki, a w budynku zainstalowany jest podsłuch.

– Ktoś po 40 latach uszył mi buty, trudno powiedzieć z jakiego powodu – stwierdził w rozmowie z reporterem DW, wiceprzewodniczący rady miasta.

Złożenie nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego nie jest zagrożone karą. Skutkuje jednak pozbawieniem pełnionej funkcji publicznej i zakazem jej pełnienia w przyszłości.

RD