Bazylika mogła spłonąć

Już raz płonęła, a gdyby nie młody człowiek, przechodzień, który podniósł larum, spaliłaby się znowu. Największy zabytek Chełma, Bazylika Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, omal nie stanął w ogniu. Nie patrząc na własne życie, ks. Jan wdrapał się na rusztowanie, by ratować świątynię, a strażacy dogasili ogień. – Matka Boża czuwała – mówi proboszcz parafii.

Wtorek (28 maja), przed godziną 23. Młodzi ludzie przechodzili obok sanktuarium, gdy jeden z nich, Szymon, spojrzał w górę i w ciemności zobaczył płomienie na dachu bazyliki. Szybko poczuli dym. Chłopak pobiegł zaalarmować księży. Jeden z nich zadzwonił po straż, drugi, ks. Jan, który akurat miał wychodzić, by zamknąć na noc bramy sanktuarium, rzucił się w stronę stojącego przy kościele rusztowania. Nie bacząc na nic, wspiął się na górę, by zlokalizować źródło ognia. Szymon ruszył za nim.

Okazało się, że pracujący przy elewacji kościoła budowlańcy zostawili swoje przybory na dachu, zbyt blisko reflektora oświetlającego bazylikę. Od nagrzanej lampy stopiły się wiadro i plastikowy pojemnik (tzw. kastra murarska). Ksiądz i dzielny młodzieniec zrzucili na ziemię palące się przedmioty, z których roztopiony plastik spływał na dach świątyni i rusztowanie. W tym momencie nadjechały wozy.

– Na szczęście ogień został bardzo szybko zauważony – mówi mł. bryg. Wojciech Chudoba, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Chełmie.

Trzynastu strażaków z gaśnicami w rękach uwijało się jak w ukropie, by nie dopuścić do pożaru dachu najważniejszego chełmskiego zabytku, który już raz przecież spłonął (w XIX wieku). Na miejsce przyjechało też Pogotowie Energetyczne. Odłączono oświetlenie, dogaszono płomienie i sprawdzono z każdej strony poszycie dachu. Po mniej więcej godzinie zagrożenie zostało całkowicie wyeliminowane. Proboszcz parafii, ks. Andrzej Sternik, odetchnął z ulgą.

– Trudno było przewidywać, że coś takiego może się wydarzyć – mówi ks. Sternik. – Matka Boża czuwała, chroniła swój dom. Poza spalonymi wiadrami nie odnotowaliśmy żadnych strat. Dobrze, że w tym czasie przechodzili w pobliżu młodzi ludzie, a ksiądz Jan szybko zareagował. Strażacy byli na miejscu błyskawicznie, dzięki temu ogień nie rozprzestrzenił się na dach.

Proroctwo Nowego Tygodnia?

Zaledwie kilka tygodni temu, po pożarze dachu katedry Notre Dame w Paryżu, informowaliśmy, że Bazylika Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Chełmie jest nieliczną w kraju bez wymaganego systemu sygnalizacji pożarowej („Perły bez ochrony przeciwpożarowej”).

Po francuskiej tragedii dla świata sztuki i kultury polscy konserwatorzy zabytków wzięli pod lupę nasze perełki. Okazało się, że tylko pojedyncze budowle w całym kraju nie są wyposażone w instalacje przeciwpożarowe – wśród nich znalazły się niestety chełmskie kościoły, bazylika i parafia pw. Rozesłania św. Apostołów. Paweł Wira, dyrektor chełmskiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Lublinie, mówił wtedy wprost, że bez instalacji przeciwpożarowej, zabytek jest bezbronny. Z kolei Krzysztof Osiewicz z Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, które odpowiada za monitorowanie systemów zabezpieczeń muzeów i obiektów zabytkowych, wyrażał nadzieję, że instalacje przeciwpożarowe w obu chełmskich kościołach zostaną zamontowane jeszcze w tym roku. I takie też są plany. Niestety, nim weszły w życie, pojawił się ogień na zabytku. Zainstalowane w bazylice czujki nic nie dały, a żywioł opanowano tylko dzięki natychmiastowej reakcji ludzi. Gdyby ogień został zauważony później, zajęłaby się cała świątynia.

Jak wyjaśnia ks. Sternik, bazylika ma gotowy projekt na wykonanie instalacji przeciwpożarowej „z prawdziwego zdarzenia”. Jest on na etapie uzyskania pozwolenia na prowadzenie prac. Procedura jest w toku. (pc, mo)