Chełmianka Polską Matką Teresą

Najgorzej jest, gdy umiera dziecko. Wtedy brakuje słów, aby pocieszyć matkę, więc płacze razem z nią z bezsilności. Ale zdarzają się też cuda i to one dają jej nadzieję i siłę, aby każdego dnia wstawać przed wschodem słońca i kontynuować swoją misję w Afryce. – Jestem tu, aby kochać i służyć – mówi pochodząca z Chełma siostra zakonna Alicja Kaszczuk ze Zgromadzenia Sióstr Małych Misjonarek Miłosierdzia. Chełmiankę nazywają Polską Matką Teresą z Kalkuty.

Siostra Alicja Kaszczuk od 2007 posługuje w Kenii. Codziennie ma do czynienia ze śmiercią, chorobą, głodem i ludzkim cierpieniem. Z biegiem lat nauczyła się przyjmować z pokorą to, co przyniesie kolejny dzień misji i nie zrażać się niepowodzeniami. Jako młoda dziewczyna, uczennica Szkoły Podstawowej nr 3 w Chełmie, a następnie II LO, marzyła o pracy na misji. Jak mówi – chciała być tam, gdzie nikt nie chce pracować i służyć tym, którzy nie mogą się odwdzięczyć, bo nie mają zupełnie nic. Obecnie jest przełożoną placówki misyjnej w wiosce o nazwie Laare. Jej poświęcenie i wieloletnia praca na rzecz najuboższych w Laare zostały docenione w 2015 roku, kiedy to podczas obchodów Dnia Polsko-Afrykańskiego w Sejmie RP otrzymała statuetkę „Przyjaciela Afryki” w kategorii społecznik.

* * *
– Magdalena Hawryluk: – Kiedy poczuła Siostra, że jej powołaniem jest działalność misyjna? Czy takie pragnienie dojrzewało latami, czy pojawiło się w określonym momencie życia?
– Siostra Alicja Kaliszczuk: – O pracy misjonarki myślałam od zawsze. Powołanie zakonne przyszło później. Myślałam o wyjeździe na misję, ale nie planowałam wstępować do zakonu. Uczestniczyłam w spotkaniach Katolickiego Stowarzyszenie Młodzieży. Grupa działała przy kościele pod wezwaniem Świętego Kazimierza w Chełmie i przez kilka lat tam kształtowała się moja wiara i tam dojrzewało powołanie. Jeden z księży pracujących w tym czasie w parafii zabrał mnie na rekolekcje do sióstr w Lublinie. Poznałam ich posługę wśród trędowatych w Indiach i ich misyjną działalność w Ekwadorze. Wtedy po raz pierwszy zapragnęłam iść tą drogą. W szkole średniej napisałam list do jednego ze zgromadzeń misyjnych. Pisałam w nim o swoich pragnieniach, marzeniach o misjach. Schowałam jednak ten list głęboko na dno szuflady i zupełnie o nim zapomniałam. Interesowałam się działalnością misyjną Kościoła. Dużo czytałam na ten temat, szukałam, poznawałam. Kiedyś, robiąc porządki, znalazłam list, o którym zupełnie zapomniałam. Przeczytałam go i uświadomiłam sobie, że w zasadzie prawie nic się nie zmieniło. Prawie, bo tak naprawdę zmieniła się po latach cena znaczka. To, co było w liście, było w stu procentach tym, co czułam i czego przez cały czas pragnęłam całym sercem.
– Zgromadzenie Sióstr Małych Misjonarek Miłosierdzia posługuje w wielu krajach. Jak to się stało, że Siostra trafiła na misję do Kenii?
– A.K. – Wstępując do Zgromadzenia dostałam zapewnienie, że wyjadę na misję. Trochę to trwało, ale czekałam cierpliwie. Chciałam jak najlepiej przygotować się do wyjazdu. Złożyłam śluby wieczyste, skończyłam studia i powiedziałam: Oto jestem Panie poślij mnie! Nie wiedziałam, gdzie pojadę, czy na wschód, czy do Afryki. Byłam otwarta na wszystkie propozycje. Miałam jedną odpowiedź: pojadę tam, gdzie mnie potrzebują. Pojechałam do Włoch na naukę języka i ostateczne przygotowanie do pracy misyjnej i tam właśnie otrzymałam posłanie: kierunek Kenia. Przez pierwszy rok pracowałam w ośrodku dla dzieci chorych na AIDS i to od nich uczyłam się życia. Dramat nieuleczalnej choroby, świadomość tej sytuacji i ogromne pragnienie, by dobrze przeżyć każdy dzień, bo może to już ten ostatni, były siłą motorową dla naszych dzieciaków. Nieświadomie inspirowały mnie do codziennej pracy, do znoszenia trudów misyjnych warunków z radością. Wiele z tych dzieci odeszło już i wiem, że to one wspierają mnie z nieba. Dzięki nim żyję.
– Jak wygląda „zwykły” dzień Siostry na misji?
– A.K. – Dzień w misji to pobudka przed wschodem słońca, bo na równiku słońce wschodzi niezmiennie około szóstej i około osiemnastej zachodzi. W kaplicy jesteśmy już po piątej rano, później o szóstej trzydzieści msza święta, śniadanie i praca. Praca codziennie jest inna, bo nie wiadomo, kiedy trzeba będzie sprawdzać dzieciom zeszyty w szkole, kiedy ktoś wpadnie zdyszany do misji, błagając o pomoc dla umierającego dziecka. Nie wiadomo też, kiedy zabraknie jedzenia na stepach i trzeba będzie iść na sawannę i popędzić nasze wielbłądy w bardziej urodzajne pola sawanny. Nie możemy za dużo planować, choroby, głód, brak dostępu do wody wyznaczają nam plan działania na jeden dzień a i tak zaskakują często już po południu. Nauczyłam się przyjmować to, co daje dzień i nie zrażać się niepowodzeniami. Jestem tu, by kochać i by służyć. To nie nasza zasługa, że urodziliśmy się w Polsce, w Chełmie, mamy dostęp do wody, do edukacji, mamy co jeść, ale to też nie ich wina, że przeciągająca się susza niszczy wszystkie uprawy w naszej wiosce, że matki idą po dwadzieścia kilometrów, by na plecach przynieść dwudziestolitrowy bukłak wody, że brak im jedzenia dla ich dzieci, że cierpią widząc, jak ich dzieci gasną, odchodzą. Często moją jedyną pomocą jest moment, że płaczę z bezsilności razem z nimi. Czasami nasza pomoc dociera za późno.
– Jaka była najtrudniejsza sytuacja, z którą się Siostra zetknęła?
– A.K. – Śmierć dziecka. Każde dziecko odchodzące w ramionach zrozpaczonej matki to dla mnie bardzo trudne doświadczenie. Nie znajduję słów, by pocieszyć te kobiety. Wiem, że same głodowały, by nakarmić swoje dzieci. Często jednak dzieci umierają, bo są słabsze. Wtedy malaria, tyfus lub zapalenie płuc są dla nich śmiertelną chorobą. Są bowiem tak słabe, że przyjmowanie lekarstw, gdy organizm jest wycieńczony i osłabiony, to też ryzyko. Są za słabe, by walczyć. Ja zawsze do końca mam nadzieję i wierzę w cuda. Te cuda dokonują się tu codziennie. Są namacalne i realne tak, że nie zabijają we mnie nadziei. Dużo więcej jest więc tych radosnych doświadczeń i cudownych momentów, gdy dzieciaki odzyskują siły, nabierają mocy i biegają radosne po misji, ciesząc matki i powodując łzy wzruszenia w moich oczach.
– Jak wygląda życie tych ludzi, jak wygląda Wasza pomoc?
– A.K. – Żyjemy wśród ubogich, bo żyjemy dla ubogich, to do nich należy nasza misja. Często w bogatej, konsumpcyjnej Europie słyszę komentarze, że ludność Afryki jest leniwa, że nie chce im się pracować, że nie ma co im pomagać, bo sami muszą sobie pomóc. Boli mnie ta opinia, gdyż mieszkając tutaj razem z nimi, doświadczam dramatu biedy i często jestem zupełnie bezsilna, a do leniwych nie należę. Mam świadomość, że to nie moja zasługa, że urodziłam się w Polsce. Mieszkałam w bloku z dostępem do elektryczności i bieżącej wody, obowiązek szkolny był czasem przykrym obowiązkiem, bo nie zdawałam sobie sprawy jakim jest dobrodziejstwem. Kończyłam studia już w zakonie i wszystko to, czego nauczyłam się przez te lata, owocuje dzisiaj. Tutaj naprawdę garstka szczęśliwców ma przywilej kończenia szkoły średniej, niewielu marzy o studiach. Edukacja w Kenii kosztuje. I tak, jak nie jest moją zasługą to, że urodziłam się w Polsce, w Chełmie, tak też nie jest ich winą to, że urodzili się w zapomnianej odległej wiosce afrykańskiej, gdzie koszmar biedy, głodu i śmierci zagląda im do zapadających się chałup budowanych z krowiego łajna i czerwonej afrykańskiej ziemi. To jest Boża tajemnica, dlaczego cierpimy, ale też Bóg odkrył przed nami jej sens na tyle, iż możemy zrozumieć, że kto wyciąga rękę w stronę cierpiącego, otrzyma wieczną zapłatę. Patrząc z tej perspektywy myślę, że czasem to oni są większymi szczęśliwcami niż my. Jak wygląda życie w wiosce? Każdy dzień dla większości mieszkańców jest walką o przetrwanie, ale jednocześnie jest to dzień pełen radości i wdzięczności za wszystko. To niesamowite, jak ci ludzie w całej swej biedzie potrafią być wdzięczni i ile szczęścia jest w ich sercach i oczach za każdy nawet najmniejszy dar. Pracują w pocie czoła, zasiewając pola kukurydzą i fasolą, a później przedłużająca się pora sucha niszczy całe uprawy. Susza jest tu dramatem, niszczy uprawy, zabija bydło, powoduje liczne choroby z powodu braku higieny i niedożywienia. Najbardziej cierpią dzieci. To właśnie dla tych najmniejszych jest nasz projekt w misji Laare. W chwili obecnej ponad półtora tysiąca dzieci, dzięki wsparciu z Polski, otrzymuje codziennie ciepły posiłek i – co najważniejsze – ma możliwość pójścia do szkoły. To dla nich największa radość i marzenie. Już od najmłodszych lat dzieciaki widzą, jak dużo mogą, gdy potrafią czytać i pisać. Są też ogromnym wsparciem dla swych rodziców, którzy z reguły są analfabetami i wiele razy boją się pójść na bazar, by zakupić coś do jedzenia, bo są oszukiwani i okradani. Nasze dzieci wiedzą, że jedyną szansą na wyrwanie się z tego kręgu biedy i cierpienia jest edukacja, a pójście do szkoły to furtka do lepszego świata. Chcemy im w tym pomóc i cieszy nas każda adopcja na odległość, której podejmują się w Polsce nasi dobrodzieje. Każda adopcja to realna pomoc w życiu dziecka. My tutaj, bez tego wsparcia byłybyśmy zupełnie bezradne.
– Czy czuje się Siostra spełniona?
– A.K. – Tak, tutaj jest mój dom. Wrosłam w ten krajobraz, zasmakowałam ich biedy. Same mieszkałyśmy w domu bez elektryczności przez dwa lata. Do dzisiaj nie mamy dostępu do wody, zbieramy deszczówkę w porze deszczowej i dowozimy wodę z odległej o dwadzieścia kilometrów rzeki w porze suchej. Razem z siostrami i ubogimi obsadziliśmy ręcznie w wiosce kilkanaście hektarów pola fasoli i kukurydzy. Po wielu miesiącach oczekiwania nie zebraliśmy nawet garści fasoli, bo wszystko wyschło na wiór, gdy brakowało deszczu. Ale świadomość, że mogę pomóc, że moja obecność zmienia choć trochę realia w wiosce, daje mi siłę i pozwala wierzyć, że to wszystko ma sens. Mogę patrzeć na uśmiechnięte, umorusane, ale szczęśliwe buzie moich maluchów. Dzięki pomocy darczyńców, która do nas trafia, dwunastoletni Chris, który nie miał siły chodzić, bo ważył jedenaście kilogramów, biega do szkoły z plecakiem. Malutki półtoraroczny Jeremy, znaleziony w rozpadającej się chacie na posłaniu z ciałem swojego nieżywego braciszka, który umarł z głodu, a matka bojąc się, że wioska ją ukamienuje, uciekła, zostawiając chłopca samego, dziś biega po misji. Łapie za habit siostry i woła o jeszcze jednego cukierka. Czternastoletnia Brenda, która została zgwałcona, raniutko przybiega do misji, zostawiając nam małe zawiniątko a w nim śpiącego kilkumiesięcznego synka i biegnie do szkoły, by usiąść w ławce w klasie szóstej i choć na chwilę jeszcze cieszyć się beztroskim dzieciństwem.
– Jak chełmianie mogą pomóc?
– A.K. – Przede wszystkim poprzez wsparcie adopcji i wszystkich misyjnych projektów. Marzy mi się, aby wypisując listy od dzieci do ich adopcyjnych rodziców wpisywać na kopertach znane mi z dzieciństwa ulice i kod naszego miasta. Mamy kilka adopcji z Chełma i to naprawdę niesamowite uczucie, bo wtedy wiem, że ktoś bliski jest tu ze mną. Adopcja to koszt utrzymania dziecka w naszej misji, czyli zapewnienie im jedzenia, środków higieny, posłanie i opłaty za szkołę, ubezpieczenie i pomoc medyczna. To koszt siedemdziesięciu złotych miesięcznie. Tak naprawdę to koszt życia jednego z tych najmniejszych. W szkołach średnich opłaty są większe, więc adopcja dziecka ze szkoły średniej kosztuje sto pięćdziesiąt złotych. Jeśli ktoś nie jest w stanie płacić regularnie, a chciałby pomóc, to jest możliwość adopcji bezimiennej. Wtedy tytułem przelewu nie wpisuje się imienia swego dziecka, tylko „adopcja bezimienna w Laare”, a ja mam możliwość natychmiastowej pomocy, gdy zgłaszają się do nas rodziny w sytuacji skrajnego ubóstwa, głodu i chorób i muszę reagować, zanim znajdę im stałych darczyńców. Każda nawet jednorazowa wpłata z dopiskiem „misja Laare” to dla nas ogromna pomoc, więc proszę o wsparcie chociażby jednorazowe, byśmy mogli razem dawać nadzieję i życie. Ogromną potrzebą jest także wsparcie naszego nowego projektu, domu studenta, który pragnę wybudować, aby nasze dzieciaki znalazły bezpieczny kąt w stolicy, gdy pójdą na studia. O wszystkich projektach w misji Laare można dowiedzieć się więcej ze strony fundacji, która nas wspiera: www.czynmydobro.pl w zakładce projekty misyjne. Tam też są zdjęcia dzieci oczekujących na adopcje.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magdalena Hawryluk

Dla tych, którzy chcą wesprzeć misję w Laare, podajemy dane do wpłaty:
Fundacja Księdza Orione Czyńmy Dobro
ul. Lindleya 12, 02-005 Warszawa
numer rachunku: 14 1240 1053 1111 0010 4353 6691 (Bank Pekao SA)
tytułu wpłaty: Misja Laare
Dla przelewów z zagranicy: Kod SWIFT (BIC): PKOPPLPW, IBAN:PL

Komentarze