Gorący jarmarkowy czas

Do Lublina na trzy dni zjechali twórcy ludowi z całej Polski i wielu krajów Europy. Przez weekend 17-19 sierpnia Stare Miasto gęsto zapełniły kupieckie kramy. Jarmark to jednak nie tylko handel i oferta gastronomiczna, ale też bogaty program artystyczny

Idąc Krakowskim Przedmieściem na doroczny wielki targ, stwierdzamy, że rozlał się on szeroko nawet na remontowany deptak. W weekendowe popołudnia i wieczory trudno było przejść ulicami Bramową czy Grodzką.

Zainteresowanie Jarmarkiem z roku na rok wzrasta. Rejestracje pojazdów parkujących wzdłuż ulic śródmieścia pochodzą z całej Polski, także kilku krajów zza wschodniej granicy. Widzimy całe autokary turystów przybyłych na te trzy dni spotkań z ludową kulturą.

– Już nas to nie dziwi. Po raz 12. mamy tu największe po tej stronie Wisły wydarzenie dedykowane kulturze tradycyjnej i wiejskiej – twierdzi Grzegorz Rzepecki, dyrektor Warsztatów Kultury w Lublinie organizujących ten festiwal.

Koronka w roli głównej

To motyw przewodni tegorocznej edycji. Podziwiano koronki polskich i zagranicznych artystów, pełen wachlarz wzornictwa i technik widoczny na jarmarku, ale też na wystawie tematycznej, ukazującej dorobek bodaj najlepszego ośrodka tej sztuki w Polsce. To Koniaków, który reprezentowały Lucyna Bytow i Mariola Wojtas. Opodal ich stoiska silna konkurencja – był nią kram Czesławy Lewandowskiej z Ostrołęki – okrzyknięto ją „królową koronki kurpiowskiej”, szydełkowej.

Temat studiowano w Letniej Szkole Koronczarstwa oraz praktykowano na warsztatach przy stoiskach twórców ludowych. Wychodziły stamtąd prawdziwe arcydzieła. I na nic zda się tu opis tych misternych ornamentów – lepiej czynią to zdjęcia naszego fotoreportera.

Podobnie pająki… Nieodłączny element Jarmarku Jagiellońskiego, które przez stulecia zdobiły domostwa, a dziś znów są w modzie. Taki największy, biały pająk goście jarmarku mieli nad głowami, przechodząc przez Bramę Krakowską. Autorami pająków ze słomy, drewna i bibuły są Małgorzata i Tomasz Krajewscy. Ich stoisko cieszyło się dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że potrafią świetnie opowiadać o swych wyrobach. Mijaliśmy też kramy rękodzieła, gdzie królowała wiklina, lalki motanki i drewniane zabawki, ludowe wycinanki, wyroby z suszonych kwiatów. W sumie na Starym Mieście można było zobaczyć dzieła kilkuset najlepszych twórców ludowych prezentujących unikatowe rzemiosło.

Szaleństwa wokół kury

Jarmark Jagielloński trudno sobie wyobrazić bez spotkań z wielką, miedzianą kurą na kółkach – to symbol i maskota festiwalu. Plac po Farze był miejscem koncertów i zabaw towarzyszących tej mobilnej kurze. Zapewniała to kapela Timingeriu z Wrocławia – rodzinny zespół, grający żywiołowy, prowokujący do tańca mix muzyki żydowskiej, cygańskiej i bałkańskiej. Tworzył nieskrępowaną atmosferę zabawy i pląsów, bo wokół owej kury odbywały się też popisy aktorów Teatru Makata. To grupa profesjonalnych aktorów. Ich spontaniczne występy są z pogranicza teatru, happeningu czy wręcz wygłupów, stosownych do takiej ludycznej imprezy. Aktywność trupy łączy się z żywym tłem muzycznym.

Muzyka z pieczęcią tradycji

Artyści polskiej estrady podjęli ciekawą próbę współbrzmienia z ludowym muzykowaniem w projekcie Re:tradycja – to był największy koncert festiwalu. Odbył się w piątek na dziedzińcu zamku. To produkcja specjalna Warsztatów Kultury na Jarmarku Jagiellońskim, podczas której, jak co roku spotkali się znani polscy wokaliści z mistrzami muzyki tradycyjnej. I tak Paulina Przybysz razem ze śpiewaczką ludową Marią Pęzik z Gałek Rusinowskich sięgnęły po repertuar z mikroregionu kajockiego (Radomskie) w towarzystwie śpiewaczek z zespołu „Gołcunecki” i kapeli braci Pańczaków. Pieśni wielkopolskie (z Biskupizny) prezentowały śpiewaczka Anna Chuda w duecie z Barbarą Wrońską – estradową gwiazdą folkowego grania. Rzeszowskie pieśni brawurowo wykonały Helena Szpytma z Markowej i odmieniona na tę okoliczność Natalia Kukulska. Natomiast Wojciech Mazolewski – wyrazisty basista jazzowy, zapoznał się z muzyką regionu Lasowiaków poprzez granie w kapeli Jurka Wrony. Wyjątkowe w tym projekcie jest to, że artyści uczą się od siebie i inspirują nawzajem, będąc w relacji mistrz-uczeń. Ich muzyka przestaje być tylko jednym gatunkiem muzycznym, a zyskuje brzmienie na styku kultur wiejskiej i miejskiej. Tradycyjnie wyszukaną scenografią ozdobił ten wieczór Jarosław Koziara.

Świetni grajkowie z zagranicy

Na żywo usłyszeliśmy muzykę Cypru, Norwegii czy marokańskie brzmienia, nie ruszając się z Lublina. Ciekawą propozycją był także zespół łączący tradycję Francji, Bułgarii i Mongolii. Niezawodnie spisali się reprezentanci Ukrainy.

Na zamkowej scenie oczarował wszystkich zespół Monsieur Doumani. Tworzą go Grecy cypryjscy z Nikozji: Antonis Antoniou grający na tzourasie, Angelos Ionas – gitarzysta oraz Demetris Yiasemides – puzon i flet. Łączy ich umiłowanie muzyki tradycyjnej tamtego rejonu świata – czerpią inspirację z życia społeczeństw i niestabilnej kondycji współczesnego świata.

Z przyjemnością słuchaliśmy również tria Violons Barbares, które tworzą: Bułgar, Francuz i Mongoł. Zręcznie łączą mongolskie skrzypce morin chuur, bułgarską gadułkę oraz bębenki. Do tego jakież umiejętności wokalne… W repertuarze grupy są utwory ludowe, które zabierają słuchacza w podróż mongolskim stepem, przy dźwiękach galopujących dzikich koni, ale też romantyczne nuty muzyki francuskiej, aż po bałkańską melodyjność pieśni z Bułgarii.

A na mniejszych scenach?

Przed Trybunałem Koronnym miał miejsce egzotyczny występ grupy Cherifa. Ubrani w tradycyjne stroje Marokańczycy wykorzystują ludowe instrumenty charakterystyczne dla ich rejonu świata: to loutar (lutnia o trzech strunach), violent i liczne bębenki. Utwory wykonywane przez zespół traktują o życiu codziennym, konfliktach społecznych, miłości, potrzebie tolerancji. Wszystko to w języku tamazight z regionu Atlasu Średniego.

W sali Warsztatów Kultury z kolei trio Drewo przybliżało słuchaczom ludowe pieśni ze wschodniej Ukrainy. Nadiya Rozdabara, Nina Rewa i Jurij Fedynsky specjalizują się w pieśniach ludowych z Połtawy. Jako akompaniament brzmią tradycyjne ludowe instrumenty, jak kobza, bandura czy teorban.

Wirydarz klasztoru dominikanów był idealnym miejscem dla popisu trzech dziewczyn z grupy Raabygg. Prowadziły one słuchaczy ścieżkami muzyki ludowej wprost z wiosek południa Norwegii. Każda z nich gra na kilku instrumentach razem proponując wyjątkowe muzyczne aranżacje. Ich muzyka jest chropawa, lecz także delikatna, wesoła i taneczna.

Od piątku do niedzieli na placach Starego Miasta można było spotkać innych muzyków. Bardzo esencjonalnie brzmiała kapela dudziarsko-skrzypcowa Manugi z Bukówca Górnego. Ci górale świetnie też śpiewają. Na równi dziarsko cięły skrzypkami od ucha kapele: Zdzisława Marczuka z Zakalinek, Biskupianie z Domachowa oraz Diabubu z Łodzi. W przestrzeni między straganami Jarmarku ciągle czuliśmy rytm jakim tętniła kiedyś polska wieś.

Jarmark to także całkiem spontaniczne występy uliczne. Najmłodsi bodaj muzycy imprezy to rodzeństwo Bondarzów z Lublina: Adam (lat 13), Olek (11) i Ania (3). Dzięki nim ul. Grodzka rozbrzmiewała dźwiękami bębenków i grzechotek – w zamian za datek do ojcowego kapelusza. Brawa dla „Bondarz Family” za młodzieńczą przedsiębiorczość i urozmaicenie brzmień festiwalu!

Jarmark domeną kobiet?

Jak pokazuje nasz krótki sondaż, duża część gości festiwalu pochodzi z regionu lubelskiego.

– Na kramach i stoiskach Jarmarku dominują panie w średnim i starszym wieku. W swych dziedzinach rzemiosła czy rękodzieła znajdują one znakomite zajęcie, niekiedy profesję dającą im możność przetrwania na trudnym rynku pracy – zauważa Ewa Musiał, działaczka ruchu ludowego z Kocka.

– Znaczenie tej imprezy, choćby tylko dla aktywizacji tzw. pań domu w mniejszych miastach, miejscowościach, wioskach jest istotne. Odwiedzając Jarmark, poznają dobre wzorce i praktyki by realizować własne talenty, pasje. Można tu podpatrzyć pomysł na własne życie, nawet na ścieżkę kariery, jeśli o takiej da się mówić po 50-tce, 60-tce. Ten przedział wieku na rynku pracy stanowi obecnie największy problem wsi – mówi Iwona Maczewska-Borny z Parczewa, lokalna aktywistka, regionalistka. – Obserwując na tej imprezie zapał kobiet w ich działaniu zaczynam wierzyć w odmianę losu mieszkanek tzw. prowincji. Wracam do domu z pomysłami, które przedstawię gospodyniom w powiecie parczewskim, radzyńskim, łukowskim i bialskopodlaskim. Zabrakło mi na Jarmarku debaty o tym problemie. To konkret, bo samotne z różnych przyczyn kobiety stanowią dziś w społeczności wiejskiej problem, choć główny tkwi w emigracji zarobkowej mężczyzn. One zaś zostają i muszą być podporą swych gospodarstw – dodaje pani Iwona.

Jarmarkowe potańcówki

Niepowtarzalny klimat panował w tanecznym zakątku ul. Jezuickiej przed dawnym Teatrem Andersena. Na obszernym wybiegu z desek mogło pomieścić się nawet 100 par. I każdej nocy, niemal do świtu, wirowało tam w pląsach dziesiątki osób. Znakomitą muzykę zapewniała Orkiestra Jarmarku Jagiellońskiego. Grane przez nich polki, oberki, podróżniaki, marsze, walce i fokstroty podrywały do pląsów trzy pokolenia taneczników. W podobnym klimacie do potańcówek przygrywała Warszawska Orkiestra Sentymentalna – siedmiu muzyków prezentujących repertuar wojenny i okresu międzywojnia, nie rezygnując z klasycznych wątków muzyki ludowej.

Na scenie wystąpiła także Kapela Braci Pańczaków, reprezentując muzykę Polski centralnej, Kapela Zdzisława Marczuka – wybitnego multiinstrumentalisty i samouka z Polesia Lubelskiego. Z kolei Kapela Gołoborze zagrała nam do tańca melodie z dorzecza Prosny – mikroregionu w Wielkopolsce. Do szalonego wirowania w rytm oberków, polek, mazurków i kujawiaków wiodły też uczestników: Trio WoWaKin, Rodzinna Kapela Mażurki, Kapela Dudziarska Manugi, Kapela Diabubu oraz ukraińska US Orchestra.

Marek Rybołowicz