Granica wstydu i bezdomności

– Ten problem nigdy nie zniknie, bo psy przychodzą do nas z Ukrainy – broni się wójt Dorohuska. Przejście graniczne to królestwo porzuconych i niechcianych zwierząt. Koczują na parkingu, przed wejściem do sklepu czy baru, wokół oczekujących w kolejce na odprawę. Brudne i głodne, a nierzadko chore. Członkowie stowarzyszenia robią, co mogą, ale domy tymczasowe pękają w szwach.

Gmina Dorohusk, a dokładniej rejon przejścia granicznego z Ukrainą, to obecnie najgorszy pod względem bezdomności zwierząt obszar w powiecie chełmskim. Psy wałęsają się po drodze, wokół oczekujących w kolejce samochodów, na przygranicznym parkingu. Nikt się nimi nie interesuje. Tylko w ostatnich miesiącach członkom Stowarzyszenia Chełmska Straż Ochrony Zwierząt udało się zabrać stamtąd 15 psów i jednego kota.

– Co chwilę na granicy są porzucane psy. Ludzie po prostu je wywożą, bo wiedzą, że tam jest skupisko i liczą, że może nikt nie zauważy kolejnego w tłumie. Niektórzy mają problem z przewiezieniem przez granicę, bo np. nie mają wymaganych dokumentów, to wypuszczają psa z auta i sami jadą dalej bez żadnych problemów – opowiadają inspektorzy z CSOZ.

Waldemar Madej, zastępca dyrektora Lubelskiego Zarządu Obsługi Przejść Granicznych, zapewnia, że od dawna nie dotarła do nich informacja o wałęsających się po przejściu psach. Tłumaczy też, że w ich gestii leży sama infrastruktura, zaś w Dorohusku powstało przecież pomieszczenie z klatkami dla zwierząt towarzyszących, które z różnych przyczyn nie mogą wjechać do Polski. Ani razu jednak nie było konieczności, by któreś zwierzę zostało w nim umieszczone. Podróżnymi z psami w pierwszej kolejności zajmują się celnicy, którzy w razie potrzeby wzywają powiatowego lekarza weterynarii. – Możliwe, że celnicy cofnęli podróżnego i tamten wypuścił psa – dodaje mimo wszystko.

O tym, że większość bezdomnych i porzuconych psów przybywa zza granicy, przekonany jest również wójt Dorohuska Wojciech Sawa. – Ten problem nigdy nie zniknie, bo psy przychodzą do nas z Ukrainy. Nie jesteśmy w stanie wyłapać wszystkich, bo budżet gminy by tego nie wytrzymał – tłumaczy wójt.

Tylko za ostatni kwartał gmina zapłaciła chełmskiemu schronisku prawie 6200 zł. Miesięcznie wychodzi ponad 2 tys. zł. Poza kosztami utrzymania (średnio 10 psów miesięcznie) samorząd płaci schronisku za odłowienie (ostateczna kwota uzależniona jest też od rodzaju interwencji i ilości przebytych kilometrów) oraz ewentualne leczenie zwierząt. To wszystko sprawia, że aby nie obciążać budżetu urzędnicy decydują się na alternatywne rozwiązania. – Przykładowo gmina otrzymuje zgłoszenie do dziesięciu psów, ale zleca odłowienie tylko czterech czy pięciu – tych najbardziej niebezpiecznych.

Przejęci losem sfory bezpańskich zwierząt ludzie dzwonią do CSOZ, która działa pro bono i na własną rękę próbuje znaleźć wikt i opierunek dla czworonogów. – Niektóre z tych psów są u nas, a dużo zginęło już pod kołami. Niektóre, jak się dowiedzieliśmy, siedzą tam od lat. Dosyć często dostajemy stamtąd zgłoszenia, szczególnie gdy się pojawiają szczeniaki – jak te urodzone pod starym samochodem na parkingu, potem przeniesione do budy, gdy samochód został odholowany. Swego czasu też zgłaszaliśmy problem gminie, ale niewiele to dało.

Pojawiały się informacje, że psy trudno złapać, a to otwarty teren, albo że to prywatne zwierzęta – przyznają animalsi. – Na początku planowaliśmy złapać te zwierzęta tylko po to, żeby chociaż poddać je zabiegom i żeby więcej się nie rozmnażały, ale gdy powoli, małymi kroczkami zaczęły się otwierać na nas, to szkoda nam było je z powrotem odwozić i skazywać na dalszą walkę o przetrwanie. I tak cztery dorosłe psy nadal są pod naszą opieką. Nadal są wycofane i nie wiemy, kiedy tak naprawdę będą w stu procentach gotowe do adopcji, ale to, jaką przeszły przemianę, było tego warte.

To się nigdy nie skończy

Pod koniec kwietnia z granicy stowarzyszenie zabrało cztery dorosłe psy, w tym sukę z pięcioma szczeniakami. Innym razem znaleźli i zabrali same szczeniaki. Potem był szczeniak ze złamaną łapą, zanikiem mięśni i pilną potrzebą operacji. Wszystkie maluchy znalazły nowe domy, ale dorosłymi i wycofanymi psami mało kto chce się zająć. Miesiąc temu Lexi, bo tak dostała na imię zabrana z granicy suka, trafiła do domu tymczasowego. Kilka miesięcy w hotelu dla zwierząt, a teraz w DT, generuje jednak koszty, na które nie stać wolontariuszy z Chełmskiej Straży Ochrony Zwierząt. Dlatego proszą o wsparcie i udział w zbiórce: https://www.ratujemyzwierzaki.pl/uratowane-z-granicy.

– Dalej jest tam mnóstwo psów i bardzo chcemy zająć się resztą, w pierwszej kolejności suczkami, ale niestety ciągle jesteśmy wstrzymywani brakiem miejsc. Nie mamy swojego schroniska, nasze domy tymczasowe są zapchane, na hotele z kolei już nas nie stać, a ten graniczny problem, mamy wrażenie, nigdy się nie skończy. Kolejne zwierzęta są wyrzucane, a i z przeprowadzonego wywiadu środowiskowego wiemy, że okoliczni mieszkańcy też niejako mają w tym swój udział, bo nie pilnują własnych zwierząt. Psy, które mają właścicieli, latają razem z tymi dzikuskami. Wiemy o jednym, który często staje się tatusiem dla kolejnych szczeniąt. (pc)