Jak syn pani wójt uratował gminę…

Hubert Kowalik, syn wójt Grażyny Kowalik, został zatrudniony na stanowisku menadżera unijnego projektu realizowanego przez gminę Hanna. Nie było żadnego konkursu, ani naboru. Wójt twierdzi, że szukała innego kandydata, ale nie znalazła i całe szczęście, że zadania podjął się jej syn. Będzie zarabiał 2500 złotych na rękę. Na razie do końca roku. – Może i nie doszło do złamania prawa, ale to zwykłe kumoterstwo – denerwuje się nasz czytelnik z gminy Hanna.

Gmina Hanna od 2017 roku realizuje projekt pn.: „Nadbużańskie zabytki architektury drewnianej w gminie Hanna – ochrona i udostępnianie” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego na lata 2014-2020.

Głównym elementem projektu jest remont unikatowego zabytku architektury drewnianej, jakim jest budynek kościoła z pierwszej połowy XVIII w., oraz modernizacja budynku po byłej szkole podstawowej na potrzeby galerii sztuki ludowej. Wartość całego przedsięwzięcia to 8,5 mln zł, przy czym udział własny gminy to 15 proc. tej kwoty. Aby gmina mogła wystąpić o te środki, proboszcz parafii musiał okresowo przekazać jej świątynię w użytkowanie. Zaplanowane na kilka lat prace idą zgodnie z harmonogramem, a od niedawna nad realizacją projektu czuwa Hubert Kowalik, prywatnie syn wójt Grażyny Kowalik. Został zatrudniony bez konkursu, ani ogłaszania naboru.

Wójt zapewnia, że prawa nie złamała, bo formalnie syna zatrudnił Gminny Ośrodek Kultury i Sportu, więc syn nie jest bezpośrednim podwładnym pani wójt. Jak twierdzi szefowa gminy Hanna, poszukiwała innego kandydata na to stanowisko, rozmawiała w tej sprawie z pracownikami gminy, radnymi i mieszkańcami, ale nikogo nie znalazła i całe szczęście, że jej syn zgodził się na zostanie koordynatorem projektu. – To bardzo odpowiedzialne zadanie, trzeba dopilnować osiągnięcia założonych w projekcie wskaźników i rezultatów oraz odpowiedniej promocji – mówi wójt Grażyna Kowalik.

– Wśród osób, z którymi rozmawiałam, a było ich wiele, nikt się nie zgłosił, a obsadzenie tego stanowiska było pilną sprawą. Wiem, że syn sobie na nim poradzi. Skończył studia, nie jest jeszcze uwiązany obowiązkami rodzinnymi i będzie mógł poświęcić się tej pracy. On od zawsze był zaangażowany w sprawy gminy i kiedy go poprosiłam, żeby nam pomógł, zgodził się.

Tyle, że syn pani wójt, jak ustaliliśmy, nie ma doświadczenia w pracy na podobnym stanowisku, ani nawet zbieżnego z zakresem zadań wykształcenia – ukończył logistykę na jednej z warszawskich uczelni.

Wójt przekonuje jednak, że na pewno sobie poradzi i upiera się, że to w zasadzie dobrodziejstwo dla gminy, że jej syn podjął się tego zadania, rezygnując z lepiej płatnej pracy w Warszawie.

Hubert Kowalik też zapewnia, że sam o tę pracę nie zabiegał, bo w stolicy ze swoim wykształceniem mógł liczyć na lepszą. – Nie uśmiechało mi się wracać ze stolicy do Hanny, ale obiecałem, że jeśli nie znajdzie się nikt na to stanowisko, to się zgodzę i tak się stało – mówi syn wójt Kowalik.

– Nie przyszedłem, żeby tu zarabiać kasę. Jestem po to, by pomóc w poprowadzeniu tego projektu, a zwłaszcza w promocji jego efektów, bo są do spełnienia bardzo wyśrubowane wskaźniki wzrostu liczby turystów odwiedzających nasze zabytkowe obiekty po ich odrestaurowaniu z projektowych funduszy. Chcę rozpromować to, co udało się zrealizować dzięki projektowi, by mojemu następcy było już łatwiej.

Jako szef projektu Hubert Kowalik będzie zarabiał 2500 zł na rękę. Umowę ma do końca roku i – jak twierdzą wójt i jej syn – raczej nie będą jej przedłużać.

Czytelnik, który poinformował nas o sprawie jest jednak święcie oburzony i nie wierzy w opowieści o intensywnych poszukiwaniach przez wójt i GOKiS kandydata na menadżera projektu, które nie przyniosły rezultatu.

– Dlaczego nie ogłoszono konkursu, nie zamieszczono ogłoszenia na stronie czy w mediach? Na pewno znalazłby się ktoś z odpowiednimi kwalifikacjami i doświadczeniem i syn pani wójt nie musiałby poświęcać swojej kariery w stolicy dla kiepskiej posadki na prowincji – drwi nasz informator. – Dla mnie to przypadek zwykłego nepotyzmu – konkluduje. (bs)

Przepisy można obejść

Zgodnie z przepisami w gminach zatrudnienie urzędników odbywa się na podstawie ustawy o pracownikach samorządowych. Zgodnie z art. 26 osoby pozostające z sobą w stosunku pokrewieństwa do drugiego stopnia włącznie lub powinowactwa pierwszego stopnia oraz w stosunku przysposobienia, opieki lub kurateli nie mogą być zatrudniani w samorządach. Wójt nie może więc zatrudnić m.in. dziadków, rodziców, teściów, rodzeństwa, dzieci i wnuków, a także żony, jej rodzeństwa, jej rodziców oraz dzieci i wnuków.

Taki zakaz jest jednak stosowany, tylko jeśli powstałby między wspomnianymi osobami stosunek bezpośredniej podległości służbowej. Chodzi o sytuacje, gdy jeden z krewnych lub powinowatych jest przełożonym drugiego, ale także gdy np. wójt ustala zakres obowiązków dla pracowników, a wśród nich jest np. jej syn. W urzędzie w Hannie taki przypadek formalnie nie ma miejsca, gdyż bezpośrednim przełożonym syna pani wójt jest dyrektor GOKiS.­­