Kosztowna wędzonka

Warta około 1,5 tys. zł paczka ze swojską wędzonką miała dotrzeć do Niemiec w maksimum cztery dni. Nie dojechała nigdy, a firma kurierska, która podjęła się zlecenia, ani trochę nie poczuła się do winy. – Pokazali mi wyroby Tarczyńskiego, wmawiając mi, że są moje – mówi zszokowana zachowaniem przedsiębiorcy kobieta. Sprawą zajął się sąd.

– Zaczęło się przed Wielkanocą – mówi pani Krystyna. – Szukałam firmy kurierskiej, by nadać paczkę z przetworami dla siostry, która mieszka w Prudniku nad granicą z Czechami. Tak trafiłam na E-pakę. Już następnego dnia siostra dostała przesyłkę – tak, jak obiecywał pan z chełmskiego oddziału. Byłam zachwycona – opowiada kobieta.

Idąc za ciosem, 72-letnia chełmianka zdecydowała się nadać przed świętami jeszcze dwie przesyłki – ponownie do siostry, ale też brata mieszkającego w Niemczech. – Brat uwielbia moje wędzonki, więc spakowałam im kiełbasę, szynkę, polędwicę, boczek, schab. Wszystko domowe, ekologiczne, świeżutkie i zamknięte w hermetycznym opakowaniu. Dorzuciłam mu nawet kiełbasę krakowską i konserwy, które lubi. Dopytywałam pana z E-paki, czy na pewno dojdzie przed świętami, to kazał mi się nie martwić. Zapewniał, że w ciągu trzech – czterech dni roboczych przesyłka będzie na miejscu.

Doradził mi nawet, żebym zapakowała więcej, bo nie opłaca się nadawać paczki do dziesięciu kilogramów. Moja ostatecznie ważyła prawie dwadzieścia cztery. W piątek znajomy dostarczył paczkę do siedziby i przywiózł mi potwierdzenie nadania. Zdziwiłam się, że wartość przesyłki do ubezpieczenia pan z E-paki wycenił bez mojej wiedzy na pięćset złotych, podczas gdy prawdziwa jej wartość opiewała na półtora tysiąca. Na paczce umieścił też naklejkę „artykuły gospodarcze”.

Pani Krystyna, która ma już swoje lata, nie korzysta z Internetu. Drogę, w którą wyruszyła paczka do brata, śledziła zatem siostra z Prudnika (do niej przesyłka dotarła już następnego dnia). Wszystko szło dobrze, do czasu. W środę paczka przestała się poruszać i nagle zniknęła. Rzekomo była gdzieś na terenie Niemiec, około 20 km od miejsca docelowego, ale gdzie dokładnie, tego nikt nie wiedział. – No i się zaczęło. Zaczęłam wydzwaniać do pana z E-paki, a gdy przestał odbierać, pojechałam do firmy.

Okazało się, że oni nie wożą sami, a zlecają transport innym firmom kurierskim, a w tym przypadku było to DPD. Pan z Chełma skontaktował się z szefem E-paki w Łukowie i w ten sposób dowiedziałam się, że moja paczka została zalana i uszkodzona. Pan próbował mi wmówić, że może soki się wylały, tylko że w paczce nie było żadnych soków… Zażądałam dostarczenia jej na moją odpowiedzialność w takim stanie, w jakim jest. Zwodzili mnie, nie chcieli też zwrócić mi przesyłki.

Gdy zażądałam zdjęcia rzekomo uszkodzonej paczki, przysłali mi fotografię zupełnie innej z przetworami Tarczyńskiego, na wierzchu której leżał list przewozowy z mojej paczki – bezczelnie zerwany spod folii i położony na nie mojej przesyłce. Pan z E-paki kazał mi napisać reklamację do DPD, że to nie moja paczka, a ja tłumaczyłam, że nie mam zamiaru, bo umowę zawierałam z nim, a nie z DPD. Koniec końców DPD odpowiedziało, że towar nie podlega reklamacji, bo żywność znajduje się u nich na liście wyłączonej z transportu. Byłam zła – pan z chełmskiej E-paki nie powiedział wcześniej słowa na ten temat, nie widziałam żadnego regulaminu, nic – opowiada rozżalona pani Krystyna.

Kobieta zażądała zwrotu wartości utraconej paczki, ale chełmski przedstawiciel firmy nie poczuwał się do winy. Oszukana chełmianka zgłosiła sprawę policji, ale – jak opowiada – mundurowych bardziej interesowało to, skąd pozyskała mięso na wędzonkę i czy aby na pewno nie zamierzała handlować, bo w ten sposób sama łamałaby prawo. Poszkodowana otrzymała pismo z odmową wszczęcia postępowania i w lipcu skierowała do sądu pozew przeciwko chełmskiemu przedsiębiorcy.

Sąd zaś skierował sprawę do mediacji. Po dwóch miesiącach obie strony doszły do porozumienia i na początku października Sąd Rejonowy w Chełmie po rozpoznaniu na posiedzeniu niejawnym wydał postanowienie o zatwierdzeniu ugody, zgodnie z którym kobieta otrzymała zwrot 900 zł za zagubioną paczkę. Powódka ma też otrzymać 70 zł zwrotu za opłaty sądowe. – Finansowo jestem przegrana, bo nie dość, że sama paczka była o wiele cenniejsza, to wykosztowałam się na napisanie pozwu etc. Ale to już nie chodzi o to, a o zasady. Niech inni wiedzą, żeby nie spotkało ich to, co mnie – podkreśla.

Niedawno chełmianka znów robiła wędzonkę, ale tym razem postanowiła osobiście zawieźć przysmaki siostrze z Prudnika. (pc)