Miał kuszę. Czy pozwolenie też?

W ubiegłym tygodniu mieszkaniec gminy Włodawa, który podpalił dom letniskowy prezesa koła PZŁ Kaczuszka, usłyszał zarzut uszkodzenia mienia. Policja twierdzi, że sprawa jest rozwojowa, ale nie zdradza szczegółów. Być może jest to związane z tym, że w zgliszczach domku znaleziono kuszę, na której posiadanie prezes powinien posiadać odpowiednie pozwolenie. Czy dysponował takim dokumentem?

– W myśl polskiego prawa kusza jest bronią i jej posiadanie wymaga odpowiedniego pozwolenia – mówi nadkom. Renata Laszczka-Rusek z KWP w Lublinie. W myślistwie obowiązuje całkowity zakaz polowań z użyciem tego narzędzia. Dlatego nieco podejrzane jest, że znany i szanowany myśliwy, prezes jednego z największych w regionie kół łowieckich, miał takie narzędzie w swoim domku letniskowym w Zbereżu (gm. Wola Uhruska).
Sprawa światło dzienne ujrzała zupełnym przypadkiem. Kilka tygodni temu wyrzucony z koła myśliwy w biały dzień oblał domek prezesa benzyną, po czym go podpalił. Kilku uczestniczących w akcji strażaków zwróciło uwagę, że w zgliszczach leży profesjonalna, włoska kusza. Narzędzie miało spaloną cięciwę i nadpaloną kolbę. Zapytany o znalezisko prezes stwierdził, że kuszę kupił na targu staroci i miała mu służyć jedynie w celach kolekcjonerskich, czyli do powieszenia na ścianie. Podczas drugiej rozmowy telefonicznej, na pytanie, czy miał pozwolenie na kuszę, myśliwy wykrzyczał: „Panie, pocałuj mnie w….” i rzucił słuchawką. Ciekawe, czy równie opryskliwy będzie w stosunku do służb, gdy zapytają go o to samo?
Jeśli te podejrzenia się potwierdzą, prezesowi grozi nie tylko utrata stanowiska i wykluczenie z grona myśliwych, ale też i o wiele poważniejsze konsekwencje. Nielegalne posiadanie kuszy w Polsce jest bowiem traktowane identycznie, jak nielegalne posiadanie broni palnej i jest zagrożone karą od 6 miesięcy do nawet 8 lat więzienia.
W gronie myśliwych polujących m.in. w okolicach Zbereża od jakiegoś już czasu przewiją się opowieści o ustrzelonych bądź znalezionych martwych sarnach czy jeleniach, w których ciele tkwiły bełty. Przy takich okazjach zazwyczaj też wspomina się o tajemniczym kłusowniku, który konno i z kuszą w ręku przemierza leśne ostępy. Oczywiście mogą to być zwykłe plotki, bo nikt nikogo za rękę nie złapał. (bm)