Oni zabili mi syna

„Tato, ja wychodzę. Długo nie będę” – powiedział tego feralnego, październikowego popołudnia. Niecałe dwie doby później ciało Tomasza C. znalazła za domem matka jednego z zabójców. Brat rozpoznał zakatowanego na śmierć mężczyznę po kurtce. Twarz, w chwili znalezienia zwłok, nie nadawała się już do identyfikacji.

– On mieszkał naprzeciwko nas, ale nie znałem go. Tomek też się z nim nie kolegował, był zresztą szesnaście lat starszy. Tylko raz był w naszym domu, rok wcześniej. Tomek przyprowadził go, zakrwawionego, żeby się umył, bo podobno wywrócił się na rowerze – tak o Marcinie D. (24 lata), mordercy swojego syna, mówi ojciec Tomasza C.

Po godz. 15, 25 października 2016 roku, po obiedzie Tomasz C. pożegnał się ze swoim ojcem i wyszedł. Nie mówił dokąd się udaje, a ojciec nie kazał się spowiadać dorosłemu bądź co bądź synowi. Tomek obiecał, że wróci wcześnie. Nie wrócił nigdy.

Nie wiadomo do końca, dlaczego Tomasz pojechał do domu Stanisława D. (60 lat) w Rogatce pod Dubienką, gdzie przebywali akurat bratanek gospodarza – Marcin D. z Chełma i jego koledzy: Marcin G. i Adrian L. z Chełma oraz miejscowy Adam K. Po wszystkim 20-letni wówczas Marcin D. próbował przekonać sędziego, że dwa lata wcześniej pożyczył Tomaszowi 30 tys. zł i tego wieczora bezrobotny mężczyzna przyjechał rzekomo spłacić dług, ale okazało się, że nie miał ze sobą pieniędzy. Ani oskarżenie, ani sąd nie uwierzyli.

Ustalono, że obaj mężczyźni stali w kuchni Stanisława i palili papierosy. W pewnym momencie Marcin zaatakował. Rzekomo „nie wiedział, co go poniosło”. Ważący niemal dwa razy mniej od agresora Tomasz C. nie miał szans na równą walkę. Marcin zawołał kolegów od kieliszka. Nie potwierdzono jednoznacznie, czy pobity i skopany przez wszystkich zdołał sam wyczołgać się z domu, czy oprawcy wyciągnęli go na zewnątrz za ręce i nogi. Pewne jest, że kilkaset metrów od domu Stanisława D. Tomasz wył z bólu, a bandyci dalej się nad nim pastwili. Zmasakrowanego porzucili na łące za domem jednego z nich (Adama K.), kilkadziesiąt metrów od drogi, po czym wrócili do domu Stanisława i dalej pili alkohol. Wcześniej zabrali mu portfel, klucze od domu i telefon.

– Długo nie wracał. Najpierw pomyślałem, że jak to młodzi, gdzieś się zasiedział, może u jakiejś dziewczyny. Następnego dnia wiele razy dzwoniłem, ale telefon nie odpowiadał. Zacząłem się martwić. Już miałem zgłaszać zaginięcie, ale nie zdążyłem… – opowiada łamiącym się głosem ojciec zabitego.

Ciało 36-letniego mężczyzny znalazła 27 października matka Adama K., gdy wyszła na spacer z psem. Natychmiast wezwała służby. Na pomoc jednak było już dawno za późno. Mężczyzna zmarł, zachłysnąwszy się własną krwią. Miał wytarte włosy na skórze głowy, całkowicie wybitą szczękę, napuchniętą i siną twarz – nie sposób było rozpoznać denata. W kieszeni policjanci znaleźli świstek papieru, na którym widniało nazwisko C. Brat Tomasza zidentyfikował go… po kurtce.

W trakcie sekcji zwłok ujawniono 9 ran kłutych na nogach i rękach ofiary. Policjanci zabezpieczyli z domu Stanisława D. trzy noże. Do dziś nie wiadomo, kto i czym zadał ciosy. Żaden z piątki oskarżonych nie przyznał się do użycia niebezpiecznego narzędzia, a badania śladów pobranych z zabezpieczonych noży nic nie dały.

Powieka nie drgnęła

Cała piątka trafiła do aresztu tymczasowego. Adam K. i Adrian L. po zaledwie ośmiu miesiącach wyszli na wolność i przed sądem odpowiadali z wolnej stopy. Początkowo wszyscy usłyszeli zarzuty pobicia ze skutkiem śmiertelnym, później jednak sąd przystał na zmianę kwalifikacji czynu, o co zawnioskował prokurator. Wszyscy poza gospodarzem odpowiadali za najcięższą zbrodnię – zabójstwo człowieka.

Przez 23 rozprawy żaden z oskarżonych nie wyraził skruchy. Choć pełniący rolę oskarżyciela posiłkowego ojciec Tomasza siedział na sali rozpraw ze skierowanym w ich stronę zdjęciem syna, nawet nie drgnęła im powieka. Raz tylko Marcin D. wstał i powiedział, że nie będzie zeznawał, ale chce tylko przeprosić rodzinę Tomasza. Z kolei Adam K. próbował przekonać oskarżenie i sąd, że wówczas nie było go w ogóle w domu Stanisława D., co potwierdzić miały jego matka i babka.

Marcina D., który jako pierwszy zaatakował i pełnił rolę prowodyra, Sąd Okręgowy w Lublinie skazał na 12 lat więzienia (z zaliczonym aresztem od 28.10.2016 r.), Marcina G., Adriana L. i Adama K. – na 10 lat z zaliczonym okresem pobytu w areszcie śledczym. Stanisław D. został uznany winnym pobicia ze skutkiem śmiertelnym i skazany na 6 lat pozbawienia wolności (z uwzględnieniem aresztu od 27.10.2016 r.). Sąd orzekł też od oskarżonych po 25 tys. zł nawiązki na rzecz rodziny Tomasza C. Wszyscy zostali zwolnieni z kosztów sądowych, decyzją sądu wydatkami obciążono Skarb Państwa.

Rodzina Tomasza domagała się dla Marcina D. 25 lat więzienia, prokuratura – 15 lat. Po złożonej zarówno przez nich, jak i obrońców oskarżonych apelacji, Sąd Apelacyjny w Lublinie zmienił wyrok w części dotyczącej Marcina D. oraz jego wujka. W stosunku do Stanisława D. sąd zmienił kwalifikację czynu i skazał 60-latka na 2,5 roku więzienia za nieudzielenie pomocy pobitemu Tomaszowi. Natomiast, aby pogodzić żądania oskarżycieli, Marcinowi D. sąd podwyższył karę do 14 lat pozbawienia wolności.

Gwałt na imprezie

Jak się okazuje, po tym, jak pierwszy i ostatni raz Tomasz przyprowadził do domu Marcina D., obaj znaleźli się na tej samej imprezie. To właśnie na tej imprezie, kilka miesięcy przed zabójstwem, Marcin miał zgwałcić dziewczynę. Tomasza już wtedy nie było, wyszedł wcześniej. Taką właśnie odpowiedź, że o niczym nie wie, miał dać policjantom, którzy wezwali go na przesłuchanie do komendy. Czy Marcin wiedział, jaka była treść zeznań Tomasza? Czy zaatakował go po alkoholu, bo był przekonany, że znajomy z osiedla potwierdził słowa dziewczyny o gwałcie na imprezie? – To mogło być powodem, ale nigdy się nie dowiemy. W sprawie jest wiele niejasności – mówi ojciec zabitego. (pc)