Ostatni legionista – tak wykuwała się niepodległość

POW w Siennicy Różanej

Gdy spotkałem Józefa Marciniaka miał on prawie 100 lat. Urodził się 5 października 1898 roku w Wincentowie, gmina Siennica Różana, powiat krasnostawski, województwo lubelskie. Tak zostało zapisane w księgach parafialnych. W dokumentach urzędowych wpisano, że urodził się dwa lata później. Jedno jest pewne – był wtedy jednym z nielicznych żyjących legionistów. Był sprawny fizycznie i umysłowo. Jeździł na rowerze po zakupy do odległego o 3 km sklepu. Chętnie opowiadał o legionach, bo to przecież była jego młodość, najpiękniejsze lata. Wprawdzie burzliwe i wojenne, ale jakże szczęśliwe. A że Józefowi Marciniakowi pamięć dopisywała jego opowieści mają wartość kronikarskiego przekazu.

Wszystko zaczęło się w 1917 roku w Krasnymstawie, który wówczas leżał w zaborze austriackim. Powstawała tam Polska Organizacja Wojskowa, której pierwszym komendantem był Franciszek Żurek. Do organizacji garnęli się prawie wszyscy, szczególnie młodzież. Wstąpił do niej również Józef Marciniak. Do końca nie wiedział czy ktoś doniósł władzom, czy to wszystko przez to, że był młody i silny, faktem jest, że austriaccy żandarmi zabrali go z domu i wywieźli do Puław. Tam wraz z innymi więźniami kopał rowy i budował umocnienia. Trwała przecież I wojna światowa. Dwa razy uciekał z tej niewoli. Za pierwszym razem uciekło ich kilku.

Już byli w Lublinie, poczuli się wolni i stali się mniej ostrożni. Schwytano ich i odesłano do Puław. Za karę wisieli powieszeni za ręce na drzewie. Za drugim razem udało się. Ominęli Lublin i polami, z daleka od uczęszczanych dróg, przekradli się do domu. Nie było jednak dane Józefowi Marciniakowi pomieszkać w domu rodzinnym. 11 listopada 1918 roku ogłoszono dla POW alarm „do broni”. Otrzymali zadanie – rozbroić w Krasnymstawie Austriaków. Później było zgrupowanie w Krupem. Ze zgrupowania, uformowani już jako wojsko, wrócili do Krasnegostawu.

W tym czasie przyjechał do Krasnegostawu ppor. Pieńkoś. Wziął jedną kompanię, żeby przejąć koszary w Hrubieszowie. Z tą kompanią rozpoczął swoje wojowanie Józef Marciniak. W Hrubieszowie byli dwa tygodnie. Później poszli odbijać z bolszewickich rąk Włodzimierz Wołyński. Z Włodzimierza wyruszyli do Porycka. Tam dowództwo objął mjr Lis-Kula. Wtedy byli już regularnym wojskiem. Kompania z Krasnegostawu otrzymała nazwę I kompanii szturmowej i organizacyjnie należała do I pułku piechoty legionów.

W Kowlu legioniści pod dowództwem mjr Lisa-Kuli wzięli do niewoli wycofujących się Niemców. Wtedy otrzymali wiadomość z Warszawy, że Józef Piłsudski został zwolniony z niemieckiej niewoli. Z samym komendantem rozmawiał mjr Lis-Kula, którego wtedy telefonicznie Piłsudski awansował do stopnia pułkownika. Z Kowla ruszyli do Torczyna zabezpieczyć mienie poaustriackie. Tam śmiertelną ranę otrzymał Lis-Kula. – Żołnierze po śmierci dowódcy płakali jak małe dzieci – relacjonował po latach Józef Marciniak.

Już pod rozkazami nowego dowódcy, Rydza Śmigłego, legioniści ruszyli na Litwę – w rodzinne strony komendanta Piłsudskiego. Józef Marciniak szedł w straży przedniej. Zapamiętał z tamtych działań, że ludność cywilna witała ich jak wybawców i pomagała we wszystkim. Bolszewicy rzadko strzelali, raczej parli do walki na bagnety, przed czym wystrzegali się legioniści. Później dopiero okazało się, że bolszewicy byli bardzo źle uzbrojeni i brakowało im amunicji. Dalej szlak bojowy Józefa Marciniaka wiódł z Litwy, przez pińskie błota aż do Kijowa.

– Do Kijowa wchodziliśmy o świcie – relacjonował tamte wydarzenia Józef Marciniak. Na naszej drodze nie było nikogo. Doszliśmy do samego Dniepru. Pamiętam, że przy brzegu od naszej strony stały dwa statki wycieczkowe. Ja byłem na punkcie obserwacyjnym w pobliżu mostu. Bolszewicy umocnili się na drugim brzegu rzeki. Wtedy już byłem plutonowym. Właśnie gdy miałem służbę przy moście przyjechał samochodem Piłsudski. Pierwszy raz go wtedy widziałem. Obszedł placówki i warty. Podszedł do mnie, zapytał o sytuację, odpowiedziałem, że jest dobrze. Powiedział, żeby cały czas obserwować most i poklepał mnie po plecach.

Później był odwrót. Cofali się przez lasy i bagna. Gdy doszli do Równa, okazało się, że w mieście są już bolszewicy. Później był Lublin, Trawniki, Warszawa, Toruń. Bolszewicy byli już na Wisłą. Wtedy do akcji weszła kawaleria i znów zaczęło się wypieranie Rosjan na wschód. Plutonowy Józef Marciniak ze swoim oddziałem znów znalazł się na Litwie. Tam ranny, ewakuowany został do szpitala w Białymstoku. Później rannych przewieziono do szpitala w Warszawie. Koniec wojny zastał plutonowego Marciniaka w warszawskim szpitalu. Tam też dowiedział się, że Piłsudski z wojskiem doszedł, aż za Niemen.

Po wojnie czas był na to, żeby zająć się sobą. Ożenił się pan Józef w 1924 roku po sąsiedzku, w Krupem. Nie oznaczało to jednak pełnej stabilizacji. Żona wpadła na pomysł, żeby sprzedać ojcowiznę i przenieść się w inne strony. Kupili na Białorusi majątek Orzechowo koło Brześcia. Wtedy to była Polska. Myśleli, że tak będzie zawsze. Było tego 14 morgów lasu.

Karczował las, przygotowywał ziemię pod uprawę, a tu nowa wojna i nowy rozdział w życiorysie. W 1944 roku Niemcy, cofając się, palili wszystko, co napotkali na swojej drodze, a ludność pędzili za Bug. Wtedy Józef Marciniak osiadł w Stężycy Łęczyńskiej koło Krasnegostawu. Mieszkał tam aż do śmierci w domu, do którego wprowadził się w 1945 roku i w którym niewiele się od tamtego czasu zmieniło.

Z burzliwej wojennej młodości zostały panu Józefowi pamiątki cenne dla każdego wiarusa. Krzyż Walecznych nadany rozkazem 23/21 24.07.1921, Krzyż Obrońcy Ojczyzny 1918-1920 i medal z 1939 roku. W sierpniu 1990 roku awansował do stopnia podporucznika. Józef Marciniak zmarł 1 lipca 2001 roku w Stężycy. Pochowany został na cmentarzu parafialnym w Stężycy Nadwieprzańskiej.

Juliusz Stachira