Pasja – króliki

Nie gra na konsoli, nie dłubie przy samochodach, nie ślęczy godzinami przed telewizorem, oglądając sport, ale ma za to… ponad 70 królików przeróżnych ras, o których wielokrotnie głośno było na krajowych i zagranicznych wystawach. O przydomowym chowie królików rozmawiamy z hodowcą Danielem Bałabuchem z Chełma.

Jego wielka pasja swój początek miała już w dzieciństwie. Ojciec Daniela Bałabucha hodował króliki. – Próbował mnie tym zarazić i udało mu się. Ale dopiero, gdy kończyłem szkołę średnią – wspomina Daniel.
Początkowo zajmował się tym tak, jak ojciec, na niewielką skalę, dla przyjemności. Z czasem bardzo się w to zaangażował. Dziś należy do Lubelskiego Związku Hodowców Królików Rasowych, gdzie pełni funkcję skarbnika, a za swoim domem ma dziesiątki klatek zapełnionych rasowymi królikami.
– W pewnym momencie zdałem sobie wtedy sprawę, że to tak, jakbym miał świetny samochód i trzymał go tylko w garażu. I postanowiłem zacząć je pokazywać – mówi Daniel.
Gdy go odwiedzamy, najpierw zaprasza nas do domu i pokazuje półki uginające się od pucharów przywiezionych z polskich i zagranicznych wystaw. Wśród nich są m.in.: puchar zdobyty w ubiegłym roku w Kielcach za mistrzowską kolekcję w kategorii rex średni jednobarwny, tegoroczny z Wielunia championat kolekcji w kategorii wiedeński niebieski oraz puchar za tytuł mistrza wystawy w Sitnie w 2017 roku. I mnóstwo innych.
Królicze piękności chełmianina wymagają jednak sporo pracy. Jego hodowla liczy obecnie kilkadziesiąt królików w rasach: olbrzym belgijski czarny, wiedeński niebieski, baran francuski hawana, castorex, karzelek hawana oraz rex pomarańczowy, niebieski i czarny. Opieka nad zwierzętami pochłania średnio dwie godzinny dziennie. Nie licząc cotygodniowego czyszczenia klatek.
– Najtrudniej jest przed wystawą. Często z hodowcami żartujemy, że ocena królika jest tam bardziej szczegółowa niż w konkursach miss. Pod uwagę brane są waga, budowa ciała, jakość i barwa sierści, pielęgnacja. Minusowe punkty dostaje się np. za wystające łopatki, czy niedokładnie poobcinane pazurki. Królik musi się też odpowiednio zaprezentować. Zatem na kilka dni przed konkursem całe popołudnia spędzam w króliczarni, żeby wszystkie dobrze przygotować – mówi chełmianin.
Jak sam podkreśla, choć to piękna pasja, nie da się z tego wyżyć. – Tu nie ma mowy o zarobkach. Gdy mówię znajomym, że sprzedałem jednego królika za np. 500 zł, to patrzą na to w kategorii dochodowego biznesu. A to wcale nie jest tak. Wszystkim, którzy chcą na tym zarobić daję maksymalnie rok. To są z reguły osoby, które – jak to w biznesie – próbują na wszystkim oszczędzać: kupują tańszą paszę, nie kupują szczepionek, oszczędzają na klatkach. I co najważniejsze – nie przykładają do tego serca. To szybko wychodzi – mówi Daniel.
Choć wydawałoby się, że hodowla królików, czy jakichkolwiek innych zwierząt, ma już za sobą lata świetności. Okazuje się jednak, że dzisiaj przeżywa renesans.
– W Lubelskim Związku Hodowców Królików Rasowych zaczynaliśmy w dwadzieścia osób. Dziś jest już ponad 90 członków. A co ciekawe, dołącza do nas mnóstwo osób młodych, nawet licealistów – informuje chełmski hodowca.
Czy to oznacza, że młodzi przerzucą się ze zbierania Pokemonów na smartfonach na prawdziwe hodowle? – Pewnie masowo nie wykonają takiego ruchu, ale z pewnością, wyszłoby im to na zdrowie – żartuje Daniel. Zaraz dodaje, że nie chodzi tylko o zdrowie fizyczne (w końcu hodowla to często ciężka, fizyczna praca), ale także o to duchowe. Ta pasja uczy bowiem odpowiedzialności, sumienności, a także troski o innych. (mg)