Spór przy ambonie. Słowo przeciw słowu

– Prezes spalinową kosa kosił trawę wokół ambony, uniemożliwiając mi sanitarny odstrzał dzików – twierdzi myśliwy. – Wykonywałem prace na swojej działce, a myśliwy wjechał na nią bez mojej zgody i stwarzał dla mnie zagrożenie – ripostuje prezes. Sprawę badają władze okręgowe PZŁ i policja.

Na policję i do biura Zarządu Okręgowego PZŁ w Chełmie wpłynęło zawiadomienie złożone przez myśliwego z koła „Szpak” w Woli Uhruskiej. Twierdzi on, że prezes koła celowo uniemożliwiał mu odstrzał sanitarny dzików poprzez koszenie trawy kosą spalinową. Do zdarzenia doszło 4 września. Tego dnia myśliwy z okolic Świdnika zapisał się na polowanie w ramach sanitarnego odstrzału dzików w Mszannie-Kolonii (gm. Wola Uhruska). Po przyjeździe na miejsce myśliwy zastał na zwyżce przy ambonie prezesa swojego koła – Andrzeja Barczuka. Według myśliwego prezes oznajmił, że to jego pole i on nie życzy sobie, by tu polować.

– Przyjechałem tutaj 80 kilometrów w jedną stronę i stwierdziłem, że nie będę sobie psuł polowania, więc mimo słów Barczuka udałem się na ambonę – opowiada pan Paweł. – Około godziny 19.40 usłyszałem dźwięk kosy spalinowej, a potem ujrzałem prezesa, jak idzie w stronę ambony kosząc trawę. Tę czynność wykonywał do ok. 20.30, a więc już po zapadnięciu ciemności. Obawiając się o swoje bezpieczeństwo, zadzwoniłem na policję. Nim patrol dotarł na miejsce, Barczuk odjechał z pola. Następnego dnia, zgodnie z wytycznymi policjantów, złożyłem zawiadomienie w tej sprawie – wyjaśnia myśliwy.

Zgoła inaczej całą sprawę widzi prezes. – Ambona, na której chciał polować ten pan, stoi na polu, którego jestem właścicielem – mówi Braczuk. – Tego dnia wykonywałem prace pielęgnacyjne na tym polu. Myśliwy, nie pytając mnie o zgodę, wjechał na moją działkę i zaparkował na niej samochód. Powiedziałem kulturalnie, że nie życzę sobie, by tu polował w chwili, gdy ja tu przebywam. Trzeba bowiem wiedzieć, że żaden myśliwy nie ma prawa wygonić rolnika z jego terenu.

Przeciwnie – powinniśmy się szanować nawzajem i sobie pomagać, a nie rzucać kłody pod nogi. Poza tym byłoby to bardzo niebezpieczne dla mnie, bo po zapadnięciu ciemności mógłby mnie wziąć np. za dzika. Drugim aspektem tej sprawy jest fakt, że od jakiegoś czasu z ogrodu na mojej działce ktoś regularnie kradnie warzywa i drewno opałowe składowane na stercie, a samochód tego myśliwego był zaparkowany tuż obok niej. Nie wiem, czy to przypadek, ale nikogo innego tam nie widziałem – dodaje Barczuk.

Sprawa została już zgłoszona do Zarządu Okręgowego PZŁ w Chełmie. Mirosław Sawicki, prezes tej instytucji jeszcze nie zdążył zapoznać się ze szczegółami. – To klasyczny konflikt, gdzie występuje słowo przeciw słowu – mówi. – Będziemy kontaktować się i rozmawiać z obiema stronami. Jeśli uznamy, że któraś z nich naruszyła prawo, zgłosimy sprawę do rzecznika dyscyplinarnego – dodaje Sawicki. (bm)