Sztukmistrze i dużo, dużo więcej!

Lublin nawiedziła elita artystów nowego cyrku. W dniach 22-30 lipca trwała 40. Europejska Konwencja Żonglerska (EJC) – największe na świecie spotkanie żonglerów i ekwilibrystów. W miniony weekend dołączył do niej coroczny Carnaval Sztukmistrzów. Tak oto, w ramach obchodów 700-lecia Lublina, nastąpiła kulminacja wydarzeń z dziedziny sztuki cyrkowej, które obejrzało dziesiątki tysięcy widzów, z Lublina, z Polski, z całego świata.


Znakomitą okrasę wydarzeń dorocznego Carnavalu Sztukmistrzów, w tym szczególnym dla miasta roku, zapewniła gigantyczna impreza nowego cyrku, Europejska Konwencja Żonglerska. Co roku odbywa się ona w innym mieście Europy, w Lublinie już po raz drugi – gdyż poprzednia Konwencja w 2012 r. zebrała mnóstwo pozytywnych ocen.
Główną ideą nowego cyrku jest nieeksploatowanie w tej sztuce zwierząt i wyjście z nią ku ludziom: na ulice, do teatrów i galerii. Powstał szczególny nurt kultury.
Tegoroczną konwencję rozpoczęła 23 lipca parada artystów oraz przedstawienie Noc Ognia. Barwny i roztańczony korowód ruszył z bazy w Parku Ludowym na plac Litewski. Kolorowe stroje, energetyczna muzyka zespołu Sambasim, latające w powietrzu rekwizyty – to wszystko tworzyło aurę letniego, lubelskiego karnawału. Paradę zwieńczył spektakl otwierający 40. European Juggling Convention w wykonaniu grupy Gandini Juggling. A o zmierzchu Noc Ognia – popis aż 30 artystów fireshow z 8 krajów – równolegle na 3 scenach w śródmieściu. Nastąpiły kolejne dni pełne ekscytujących wydarzeń.

Ponad 3000 uczestników

…żonglerów i ekwilibrystów z 60 państw świata przyjęli organizatorzy EJC. Połowę stanowili Niemcy, w setkach zjechali tu Brytyjczycy, Polacy, Hiszpanie, Francuzi i Włosi.
Podczas Konwencji miało miejsce ponad 100 wydarzeń, w większości bezpłatnych dla widzów. Mnóstwo spektakli i popisów w plenerze, prezentacje kunsztu przez wytrawnych żonglerów i warsztaty dla początkujących, zawody monocykli, pokazy street show – „sztuka na ulicach”.
Większość artystów pokonała w drodze do Lublina setki kilometrów, żeby poznać tu innych „wyznawców” jugglingu – by ewentualnie wystąpić na estradzie, nie szpanując, nie epatując swoją sztuką. Ot, dzieląc się nią – tak uzasadniają swój udział w EJC.
Generalnie, zjechali tu spotkać się z innymi „zakręconymi” na tym punkcie, razem poćwiczyć, doskonalić swoje umiejętności, poznać nowe układy. Ludzie w różnym wieku. Od nastolatków po naprawdę wiekowych. A do tego gromada dzieci, z całego świata, bawiących się bezstresowo wśród ciżby żonglerskiej w bazie Konwencji na terenie Targów Lublin SA.
Co ciekawe, uczestnicy swój pobyt musieli opłacić, mieszkać w namiotach, dzielić trudy campingu. Ta kolorowa, różnojęzyczna wioska rozciągała się w wygrodzonej części Parku Ludowego na obszarze 2 hektarów. Można uznać ją za wzorzec otwartości wielokulturowej Lublina.

Od świtu do późnej nocy

…na terenach EJC trwały popisy i całe spektakle – dla „swoich” oraz dla publiki z zewnątrz. Były bezpłatne, wystarczyło pobrać wejściówkę z portalu ejc2017.org.
W specjalnym namiocie Open Stage pokazy, których Lublin jeszcze nie widział. Jak choćby ów Meksykanin, który na nożu trzymanym w ustach ustawiał piramidkę ze szklanych naczyń.
Albo cyrkowe popisy piątki Niemców z grupy Omnivolant (na zdjęciu), którzy dali pokaz wyjątkowych akrobacji na trapezach, wzbudzając owację widzów.
Najmłodsi z wypiekami na twarzy oglądali np. spektakle niemieckiej trupy cyrkowej Zartinka, która skupia uczniów szkół podstawowych i średnich w Hamburgu – efektem są całkiem profesjonalne przedstawienia.
Każdej nocy przestrzeń Parku Ludowego rozświetlały pokazy żonglerki i choreografii fireshow oraz połykaczy ognia. Cóż, konwencja żonglerska to zupełnie inny świat w sercu Lublina. Z obserwacji fenomenu EJC wynika, że…

To naprawdę szczęśliwi ludzie

I swym nastrojem obdarzali wszystkich zwiedzających teren EJC. Fascynujące przeżycia miały tu zwłaszcza dzieci. Urzeczone zjawiskiem Magda i Pola Parka (7 i 6 lat) krążyły po tym campusie przez kilka godzin pod opieką dziadków. Dziewczynki na długo utknęły w obu wielkich halach, gdzie setki osób jednocześnie trenowały żonglerkę czy akrobacje na przyrządach. W zdumienie wprawiały je skoki na batucie, cyrkowcy śmigający na monocyklach, w końcu gremialne chodzenie na szczudłach – z grą w piłkę nożną, tzn. „szczudłową” włącznie.
A na zewnątrz świat jakby z krainy fantazji. Ponad głowami przechodniów latały maczugi, kółka czy piłki. Nie tylko. „W grze” było wszystko, co żonglerzy mieli pod ręką: szklane kule, butelki, puszki z piwem, czapki i kapelusze. Można było godzinami stać, patrząc jak oni to robią – bez przygotowań i znajomości z partnerem, ot, z biegu…
Niczym muzycy w jam-session. Pola i Magda, już ośmielone, wzięły udział w niektórych ćwiczeniach. Pobierały nauki od mistrzów: 25-letniego Karla Englhofera z Wiednia i 20-letniej Luci Lesakovej z Czech.
Karl uczył je żonglerki „latającymi patykami”, a Luci – techniki hula-hoop.
Dziewczynki stwierdziły, że zamówią przez Internet przyrządy do ćwiczeń i będą trenowały.
Mali widzowie chłonęli atmosferę nie tylko świetnej zabawy, ale również otrzymali lekcję tego, że nabycie pewnych umiejętności wymaga cierpliwości, współpracy itp.
Do szczęśliwych maluchów należała m.in. 2-letnia Liwia (na zdjęciu), której mama Aneta Dembek-Moszczyńska z Gdyni spędzała w Lublinie, jak to sama określiła, cyrkowy urlop u boku męża Łukasza

Prawdziwa komuna żonglerów

– Podobało mi się jak moje dzieciaki próbują coś robić, np. salto. I ktoś podchodzi do nich, pokazuje jak to wykonać, patrzy czy robią to bezpiecznie… Sam z siebie. Nikt go o to nie prosi – mówiła Karolina Koguciuk, zafascynowana atmosferą konwencji.
– Patrząc na kulturę tych ludzi, stojących karnie w różnych, zawsze długich kolejkach, można czuć respekt wobec ich wewnętrznego spokoju i pogody – komentowała Magdalena Zając. Jej wrażenia podzielali inni widzowie: że nawet w nocy, korzystając z uroków wspólnych biesiad przy alkoholu, uczestnicy konwencji bawili się świetnie, bez agresji, złośliwości, nagannych zachowań. To wszystko w wielotysięcznym tłumie – zauważali turyści.
Marcin Skrzypek z Forum Kultury Przestrzeni mówi: – To wszystko można chłonąć bez końca, obserwowanie nowego cyrku daje niezwykłą przyjemność. Można tu przyjść jak do uzdrowiska, pooddychać aurą dobrej energii. Zachwyca atmosfera takich imprez, spontaniczność i życzliwość tych ludzi. Mamy tutaj znakomite wzorce postępowania dla młodzieży.
Na EJC panował twórczy nieład, ale i klimat bezpieczeństwa, swobody. Ludzie ci, nie znają się bliżej, ale po prostu kochają to, co robią i to ich łączy. Ich aktywność wyklucza nielubienie kogokolwiek. Można ryzykować stwierdzenie, że gdyby w każdym kraju przeważali ludzie tego pokroju, na świecie nie byłoby wojen… że są niczym dzieci-kwiaty na swych wielkich festiwalach jak Reno czy Woodstock.
– Te spotkania mają niezwykłą moc, warto doświadczyć tych wrażeń, choćby napatrzeć się na tak pozytywnych ludzi z całego świata – podsumowują obserwatorzy.

Mocny akcent na pożegnanie

Porywający 2-godzinny show stworzyli artyści wyselekcjonowani do Gali Finałowej EJC. Salę Centrum Spotkania Kultur szczelnie wypełniała publiczność – trzykrotnie. Wielką scenę zmieniono tu w arenę cyrku. Na niej 11 wybranych numerów, które wyrywały widzów z czerwonych foteli – do permanentnej owacji na stojąco.
Najpierw 4 Chińczyków z Tajwanu i ich wyrafinowane sztuczki z niesfornym przyrządem – diabolo. Później szalony żongler obręczami, Gon Fernandez z Hiszpanii. Następnie, na wielkim kole zwanym „cyr”: akrobatyczny i komiczny popis Duo Andre-Leon (Belgia/Francja). Z kolei żonglerka maczugami, podszyta magią, w wykonaniu skromniutkiej Anni Küpper z Niemiec. A po niej ekwilibrystyka i taneczna erotyka Angelique Ross (Australia), która na wirującym trapezie czuła się jak na sali balowej.
Siewcy ognia Pyroterra z Czech dali krótką rewię pirotechniki, a Szwedzi z duetu Baltic Seamen dowiedli, że nie tylko dziewczyny mogą być dobre w wyczynach na rurze – konkretnie na maszcie. W zdumienie, że można ogarnąć w locie 18 maczug na raz, wprawiło wszystkich męskie trio Jonglissimo z Austrii – mistrzostwo jugglingu!
Miłosny taniec na trapezie, pełen finezyjnej ekwilibrystyki, był udziałem rosyjskiej pary Turkeev – istna poezja nowego cyrku. Inny mistrz jugglingu Wes Peden z USA dał pokaz panowania nad 12 piłeczkami w locie. Zjazd EJC pożegnało Duo Sons ze Szwecji w popisie akrobatyki najwyższej próby, kręcąc salta na huśtawce w roli trampoliny. To wszystko przy aplauzie tysiąca widzów – za perfekcyjnie zharmonizowany spektakl, ze zjawiskową muzyką w tle.
Organizacja wydarzenia jest dziełem Fundacji Sztukmistrze. Gigantyczną pracę menedżerską, wielce potrzebną temu miastu, wykonali Joanna Reczek-Szwed i Jakub Szwed – szefujący Fundacji i ekipie organizacyjnej przedsięwzięcia. To pasjonaci nowego cyrku i prawdziwi ambasadorzy tej sztuki już nie tylko w Lublinie, a w całej Polsce i na kilku kontynentach. Za naszym pośrednictwem dziękują oni setce współpracowników oraz kilkuset woluntariuszom i animatorom „ruchu nowego cyrku”, którzy przyłożyli swoje ręce do sukcesu tej wielkiej imprezy.

Dojmujące przeżycia Carnavalu

Atmosfera magii panowała w mieście również z innej przyczyny. Od ubiegłego czwartku odbywały się kolejne spektakle klownady, przedstawienia ulicznych żonglerów, pokazy ekwilibrystów, popisy akrobatów na ziemi i w powietrzu, oraz koncerty muzyki w ramach Carnavalu Sztukmistrzów.
Carnaval zaczął Mantega Isernhagen – artysta łączący w swym programie „Wonder Drink” żonglerkę nietypowymi rzeczami. Podczas występów na placu przed Centrum Kultury żonglował szklankami, butelkami, bryłami lodu i co tam miał pod ręką.
Z kolei Theatre Irrwish – grupa artystów z Austrii, u stóp pomnika Unii Lubelskiej przedstawiła swój repertuar w 2 śmiesznych, a chwilami dziwnych i poważnych spektaklach. Jeden o panach na szczudłach, odzianych we fraki, swym szaleństwem bawiących publiczność. Drugi, o równie zwariowanych włóczęgach-akrobatach prezentujących wzruszające scenki z życia ulicy.
Również na placu Litewskim Kacper Wydmański – młody polski cyrkowiec, o mrożącym krew repertuarze. Żonglując maczugami jednocześnie oswobadzał się z kaftanów i łańcuchów z kłódkami. Z kolei Krystian Minda zdumiewał wszystkich połykając… miecze.
Carnaval to także prześmieszne koncerty. Taki właśnie dała m.in. urocza babcia Sari Mäkelä z Finlandii w skeczu „The Great Granny Show”, oklaskiwana w kilku lokalizacjach.
Duży format Carnavalu zapewniło przedstawienie „Galileo” kompanii Deus ex Machina z Francji. 6 ekwilibrystek krążyło w tanecznych ewolucjach na platformie zawieszonej ok. 25 m ponad placem Zamkowym, wywołując zachwyt ok. 20 tys. widzów.
W sobotę, już po godz. 23 pod Trybunałem fireman Styczyński najpierw połykał balonik odpustowy ok. 1 metra, później ział ogniem z ust – pewnie by go móc strawić.
Wysoko, ponad głowami obserwatorów trwało drugie życie Carnavalu – popisy w ramach Urban Highline, 300 śmiałków z 30 krajów, którzy wiele razy w ciągu tych dni kroczyli niczym po deptaku na rozpiętych wysoko taśmach, zaczepionych m.in. na Bramie Krakowskiej, Wieży Trynitarskiej i Trybunale Koronnym.
W niedzielę wielu artystów powtarzało swoje występy. Tej kulminacji sztuki cyrkowej najwyższej próby jubileuszowy Lublin długo nie zapomni.
Marek Rybołowicz