Sztukmistrze znów zachwycili

Kolejna edycja Carnavalu Sztukmistrzów nie zawiodła miłośników sztuki cyrku w wydaniu ulicznym. Największy i najgłośniejszy z lubelskich festiwali przyciągnął jak zwykle rzesze artystów z Polski i całego świata oraz dziesiątki tysięcy widzów. To zasługa pracowników Warsztatów Kultury w Lublinie – głównego organizatora imprezy.


Rozpalony tropikalnym słońcem plac Litewski od ubiegłego czwartku gościł akrobatów, buskerów i klaunów. W kilku swych występach znakomitą zabawę zapewniał Imre Bernath z Budapesztu. Organizował sobie „scenę” dla wielu komicznych zdarzeń wciągając do gry mnóstwo dzieci oraz przypadkowych przechodniów. Zręcznie manipulował ludźmi w roli pomagierów, by na koniec wykonać trudne salto nad głowami pozyskanych do współpracy widzów lądując szczęśliwie na betonowe płyty. Stąd tytuł jego programu „Social salto”.

Niewiele mniejszą siłę nacisku społecznego wykazywała Mona Circo z Argentyny angażując do akcji publiczność. Tu jednak w gagach i monstrualnych wygłupach służyły jej monocykl oraz bicz. Również akrobacje na rowerze i klaunada z muzyką na żywo były udziałem duetu Cia Alta Gama. Ich pełen śmiechu spektakl ukazywał związki międzyludzkie od strony marzeń i miłości.

Sztukmistrzami bywają i muzycy. W czwartek i piątek wieczorami pyszną zabawę słuchaczom zapewnił kwartet The Beez (z Berlina) w patio kamienicy (ul. Grodzka 7). Niemieccy artyści – w wieku senioralnym – swą energią dowiedli, że ich występ muzyczny z Carnavalu mógłby był z powodzeniem odbyć się na festiwalu Inne Brzmienia. Zaprezentowali bogaty repertuar coverów muzyki pop, mieszankę wszelkich stylów – od ognistego country po przeboje zespołu Queen.

Sobota podczas Carnavalu

…była dniem, w którym działo się najwięcej. Wówczas można było podziwiać m.in. slacklinerów (linochodów) spacerujących na największej wysokości, pomiędzy biurowcami nad ulicą Wieniawską. Już od środy śmiałkowie ci – najlepsi na świecie w tej konkurencji – walczyli z grawitacją na 19 taśmach. 12 z nich było rozpiętych między Trybunałem Koronnym a kamienicami tworząc główną arenę pokazu ich umiejętności.

Największe show

Na koniec dnia miało miejsce największe show tegorocznego festiwalu (odgrywane również w piątek): Les Lendemains & Les Philébulistes w spektaklu „La Tangente du bras tendu”. Wówczas plac Zamkowy o zmroku gromadził znacznie więcej widzów niż choćby stadion Arena. 10 francuskich artystów pokazało tu program stricte cyrkowy: akrobacje na latających trapezach o najwyższej skali trudności, istne „salta mortale”. Co ciekawe, do ekwilibrystyki służyły im liczne drabiny. Całość występu okraszała barwna scenografia… z ubrań. I trudno w tym wszystkim doszukać się lejtmotywu, jakim miała być postać symbolicznego dyktatora – podnoszona w opisie spektaklu. Polityczne sugestie przyćmiewał jednak kunszt artystów.

Najjaśniejsza gwiazda festiwalu

…to moim zdaniem ciemnoskóra Tatiana-Mosio Bongonga – dwukrotnie na placu Litewskim. Jej występ to nie tylko popis sprawności fizycznej i balansu na linie. Bo też nie była to taśma służąca slackliner’om. 25-metrowy odcinek prawdziwej liny artystka pokonywała boso bez zabezpieczeń, nie licząc tyczki służącej łapaniu równowagi. Potrafiła w tych warunkach robić szpagaty i przewrotki, dreptać a nawet tańczyć. Kilka metrów nad kamiennym placem chwilami miała miejsce niemal sesja yogi, medytacja naznaczona charyzmą artystki. Ów napowietrzny spektakl firmuje kompania Cie Basinga z Francji, której muzycy tworzyli niezapomniane tło gitarowe i zjawiskowy śpiew do spektaklu.

Tego dnia oraz w niedzielę na trasie przez Stare Miasto przetaczał się Asphalt Theater – trupa złożona z żonglerów, akrobatów, muzyków. Ci artyści w swych popisach byli uosobieniem ruchu, wchodzili w żywy kontakt z publicznością tworząc zaskakujące połączenie teatru i klaunady. Podobnie jawiły się kilkakrotne występy na fundamentach dawnej fary 9 żywiołowych muzyków KermesZ à l’Est – klezmersko-bałkańskiej orkiestry dętej, z Belgii.

Po zmroku zaś każdego dnia na pl. Łokietka i pod trybunałem trwały pokazy żonglerki ogniem zwane fire-show.

Marek Rybołowicz