Wodny porządek

Zasadniczo chodziło o psikus – odebranie samorządom województw kompetencji w zakresie gospodarki wodnej. Przypadkiem jednak rządowi wyszła zupełnie przytomna reforma, to znaczy zintegrowanie dotychczasowych trzech różnych i słabo współpracujących instytucji w jeden Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej.


Pomysł wydawał się banalnie prosty – nikt jakoś przez ostatnie parę dekad się za niego nie wziął. Z bliżej nieznanych przyczyn po „transformacji ustrojowej” w Polsce ktoś inny odpowiadał za główne rzeki, ktoś inny za pomniejsze, a jeszcze ktoś inny za umocnienia przeciwpowodziowe i na przykład wylewy tych pierwszych. W efekcie nie tylko nie było do końca jasne kto odpowiada za konsekwentną ochronę – no i kto ma płacić odszkodowania za zalewy, permanentne zwłaszcza w zlewni niesfornego Wieprza. Problem był podnoszony wielokrotnie, jakoś jednak nikt nie chciał posunąć się z kompetencji i trzeba było PiS-owskiej brutalności, żeby się nie patyczkować z gąszczem sprzecznych uprawnień.
Teraz Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej ma zebrać do kupy rozproszoną odpowiedzialność i mieścić się w Lublinie albo w Puławach. Tego dokładnie nie wiadomo. Właściwie niczego jeszcze nie wiadomo, ale wojewoda Przemysław Czarnek i poseł Artur Soboń już zdążyli (osobno!) odtrąbić swój sukces. Nie jest jednak do końca jasne, jak nowa instytucja, której powstanie uchwalił Sejm, miałaby wyglądać poza faktem, że przejmie kompetencje m.in. podległego dotąd marszałkowi Wojewódzkiego Zarządu Melioracji i Gospodarki Wodnej oraz pracowników tej instytucji, rekrutowanych dotychczas głównie spośród zwolenników PSL, co raczej nie cieszy sympatyków tego ugrupowania.
Już dziś kombinowanym zarządzaniem polityką wodną w regionie zajmuje się ok. 130 osób. Po reformie liczba ta musi wzrosnąć nawet do ponad 200. Na nabory spoza dominujących partii politycznych raczej nie należy liczyć… TAK