Wueską na koniec świata!

Zrobił to! Marcin Wrona z Izbicy pod Krasnymstawem, motocyklem WSK z 1985 r., po przejechaniu ponad 3,5 tys. kilometrów dotarł na Przylądek Północny (Nord Kapp) w Norwegii, najdalej wysunięte na północ Europy miejsce, w które można dostać się na kółkach! Po drodze zwiedził Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, a wracając Szwecję. Do domu wrócił po 4 tygodniowej podróży i przejechaniu ponad 7 tys. kilometrów.

Marcin Wrona mieszka w Izbicy, na co dzień pracuje w firmie meblarskiej, jest konstruktorem. Pisaliśmy o nim już we wrześniu, 2018 r., kiedy swoją wysłużoną Wueską dotarł do Berlina i Pragi. Tamta wyprawa była piękna i pełna przygód, ale to, czego Marcin dokonał w ostatnim czasie, przeszło oczekiwania wszystkich, także jego samego. Marcin postanowił bowiem dojechać z małej miejscowości pod Krasnymstawem na Przylądek Północny (Nord Kapp) w Norwegii, najdalej wysunięte na północ miejsce w Europie, w które można dostać się autem, motocyklem czy rowerem. W jedną stronę to ok. 3,5 tys. kilometrów!

„Panie, to się psuło na potęgę”

– Wychowałem się na motocyklach PRL-u. Zawsze miałem do nich sentyment i wzbudzały we mnie mnóstwo pozytywnych wspomnień. Zawsze marzyłem o podróżach i o starych motocyklach – rozpoczyna swoją opowieść o wyprawie na Nord Kapp Marcin Wrona. Jak zauważa mieszkaniec Izbicy, motocykle WSK nie cieszyły się dobrą opinią, a przywara „panie to się psuło na potęgę” była często powtarzana.

– Wszędzie, gdzie tylko pojechałem moim motocyklem, słyszałem to hasło. Pomyślałem, że trzeba jego prawdziwość zweryfikować w dłuższej wyprawie. Słyszałem o panu Marku Michelu, który na właśnie takim motocyklu objechał świat i dokonał tego w 115 dni. Skoro jemu udało się to osiągnąć to, czemu mnie miałoby się nie udać? – opowiada Nowemu Tygodniowi.

Mekka podróżników

Marcin miał już na koncie kilka mniejszych wypraw, m.in. wspomniane Niemcy i Czechy, i bez większych problemów jego WSK rocznik 1985 pokonywała wyznaczony dystans. A skoro tak to, czemu go nie wydłużyć? – Wtedy wpadł mi do głowy pomysł zdobycia mekki podróżników, jak często mówi się o Nord Kapp. Jest to najdalej wysunięty punkt na północ Europy, do którego można dojechać na kołach.

Przylądek Północny znajduje się w Norwegii i każdego roku odwiedza go cała masa turystów z całego świata – mówi Marcin. 32-latek zaplanował trasę przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Norwegię, Danie, Szwecję, jednak czas jaki miał na pokonanie dystansu był ograniczony i ostatecznie musiał zrezygnować z odwiedzenia Danii oraz stolicy Szwecji, Sztokholmu.

Pierwsze problemy i pijany spawacz

Wyruszył w drugiej połowie czerwca. – Już pierwszego dnia napotkałem problemy pogodowe. 60 km od Izbicy, w Lublinie, ulewa uziemiła mnie na ponad trzy godziny. Nie zamierzałem jednak nocować tak blisko domu, wiec podjąłem decyzje o jeździe w deszcz. Niestety nie udało mi się dojechać do granicy z Litwą tak, jak planowałem i zatrzymałem się u rodziny mojego kolegi niedaleko Białegostoku.

Kolejny dzień przywitał mnie słońcem i mogłem kontynuować jazdę w bardziej komfortowych warunkach, jeżeli w ogóle można mówić o komforcie jadąc Wueską – śmieje się Marcin. Pierwszą zagraniczną stolicą, jaką odwiedził nasz rozmówca, było Wilno na Litwie, skąd mężczyzna ruszył w stronę Rygi, stolicy Łotwy. Po kilkudziesięciu kilometrach od Wilna miał jednak pierwszą poważną awarię. Pękło ogniwo w łańcuszku sprzęgłowym, w dekielku powstał wielki otwór.

– Łańcuszek na wymianę mam, ale co z deklem? Miałem przy sobie klej do metalu, ale klej może przecież nie wystarczyć. Usunąłem jednak awarię błyskawicznie i czekałem na wyschnięcie kleju. Po godzinie podjechało do mnie dwóch Litwinów, którzy zaproponowali pomoc. Przetransportowali mnie z motocyklem do mieszkania jednego z nich, dali nocleg i wyżywienie, a w zamian chcieli tylko bym dotrzymał im towarzystwa podczas wspólnego świętowania, akurat na Litwie obchodzili jakieś święto.

Następnego dnia jeden z moich litewskich przyjaciół oznajmił, że znalazł spawacza, który pospawa dekiel sprzęgłowy – opowiada Marcin. Po przybyciu do warsztatu okazało się, że spawacz jest pijany. – Miał chyba ze 2 promile, ale podjął rękawice i wykonał, co prawda mało profesjonalny, ale jednak szczelny spaw mojego dekla. Tego samego dnia wyruszyłem do Rygi, gdzie dotarłem na 22.00 – dowiadujemy się.

Tydzień w Estonii i chłód Skandynawii

W stolicy Łotwy Marcin skontaktował się z żoną, która do Estonii, do ich znajomych nadała paczkę z dodatkowymi łańcuszkami sprzęgłowymi. – Ostatecznie okazało się, że nie były mi one potrzebne, motocykl już się nie psuł. Musiałem jednak czekać w Estonii na tą paczkę, co trwało prawie tydzień.

Nie żałuję jednak, bo zwiedziłem całą Estonię! Po odebraniu paczki dotarłem na Finlandię. Już pierwszego dnia odezwali się do mnie Polacy, którzy zaproponowali mi za darmo nocleg w Helsinkach. Okazuje się, że mamy nawet wspólnych znajomych – mówi mieszkaniec Izbicy.

Marcin zauważa, że pogoda w Skandynawii jest zupełnie inna niż w Polsce. Jest tam dużo chłodniej i pada bardzo zimny deszcz. Podróż w taką pogodę jest bardzo trudna i mecząca. – Po przekroczeniu koła podbiegunowego jest już naprawdę zimno. Na domiar złego zgubiłem portfel z pieniędzmi i dokumentami.

Po przeanalizowaniu całej trasy doszedłem do wniosku, że zostawiłem go na dystrybutorze, kiedy tankowałem. Wróciłem na stację, ale wszystko było już zamknięte. Czekałem do rana na krześle tarasu restauracji, ponieważ padał deszcz i nie było możliwości rozbicia namiotu. Na szczęście rano okazało się, że portfel został schowany przez pracownika restauracji i tam go odebrałem.

Kryzys

Marcin przyznaje, że właśnie po przygodzie z portfelem dopadł go pierwszy poważny kryzys psychiczny. Było bardzo zimno, nasz rozmówca był zmęczony nieprzespaną nocą, jechał bardzo wolno. – Pomyślałem sobie wtedy, że chyba nie dam rady dalej jechać. Zatrzymałem się w motelu z prysznicem i sauną, standardowym wyposażeniem każdego domu w Skandynawii, by odpocząć.

Następnego dnia, 7 lipca, poczułem się jak nowonarodzony i gotowy do działania. Pogoda, co prawda była jeszcze gorsza niż dnia poprzedniego, ale nie poddałem się. Po kilkudziesięciu kilometrach aura zmienia się diametralnie, zrobiło się ciepło, a ja dostałem zastrzyk kolejnej energii. Sam w to nie wierzę, ale pokonałem tego dnia 450 km i dotarłem na Nord Kapp ok. 21.30! – mówi Marcin.

Na końcu świata

32-latek przyznaje, że widok z urwiska na Północnym Przylądku był powalający. Emocje szybko jednak opadły, gdy do fana jednośladów dotarło, że to nie kres, a zaledwie połowa jego podróży. Przecież trzeba jeszcze jakoś wrócić do domu! – Po nocy spędzonej na Nord Kapp ruszyłem w dłuższą drogę powrotną. Cały czas dostawałem od ludzi mieszkających w Norwegii wiadomości z zaproszeniem na nocleg.

Oczywiście z kilku propozycji skorzystałem. W drodze powrotnej zwiedziłem Lofoty oraz Drogę Troli. Motocykl wytrzymał nawet bardzo strome i trudne podjazdy. Na jednym z kempingów, na który zostałem zaproszony przez rodaków okazało się, że jeden z pracujących tam Polaków mieszka 5 km od Izbicy!

Tęsknota za domem

Starsza o 2 lata od swojego kierowcy WSK budziła niemałe zainteresowanie. Przy każdym postoju Marcina zaczepiali jacyś ludzie, pytając go, co to za motocykl i skąd jedzie. Jeden z kierowców ciężarówki, Polak pracujący w Norwegii, zatrzymał się na autostradzie i rozmawiał z Marcinem kilka minut. – Poczułem wtedy jeszcze większą tęsknotę za domem. Postanawiałem wracać.

Dostałem wiadomość, że pewien fan starej motoryzacji pracuje na promie i może mi pomóc w przepłynięciu ze Szwecji do ojczyzny. Oczywiście skorzystałem z tej propozycji. Ostatnie dwa dni wyprawy były bardzo intensywne, by dotrzeć na prom pokonałem 580 km, a ostatniego dnia z Gdyni do domu przejechałem 637 km w 14 godzin. Jest to mój absolutny rekord – dowiadujemy się.

Żona i dzieci Marcina były szczęśliwe z jego powrotu, ale i zaskoczone, że nastąpił tak szybko. Pesymistyczny wariant zakładał, że podróż zajmie nawet 7 tygodni. Ostatecznie trwała cztery. W miesiąc mieszkaniec Izbicy przejechał ponad 7500 km. Odwiedził siedem krajów.

– Wyprawa była dla mnie bardzo trudna i wymagająca. Raczej nie zdecydowałbym się na powtórkę tego typu motocyklem. Wybrałbym motor, którym mogę pokonać dużo większy dystans w ciągu jednego dnia. Jeżeli ktoś chciałby tam pojechać takim motocyklem, to niech to dobrze przemyśli.

Pogoda na północy jest bardzo nieprzewidywalna, trzeba mieć dużo samozaparcia żeby podróżować w takich warunkach WSKą. Temperatura jest bardzo niska, w granicach 8 stopni, a odczuwalna to około 5 stopni, jeżeli nie pada. Kiedy pada deszcz, to czuje się, że jest 0 stopni, a na motocyklu spędzałem około 10-12 godzin dziennie – podkreśla Wrona.

Marcin już planuje kolejne wyprawy swoją wysłużoną WSK 125. – Myślę, że będą dłuższe niż te dotychczasowe, ale nie w tak chłodne miejsca świata – śmieje się.

Karol Garbacz