Z Bogiem trzeba się kłócić?

Książka „Z Bogiem trzeba się kłócić?” jest już dostępna w sprzedaży

Taki spór sugeruje wchodząca właśnie na rynek książka krakowskiego wydawnictwa Esprit, w której Tomasz Terlikowski pyta, a ojciec Filip mówi o: pracy w hospicjum, pomocy w przeprowadzaniu chorych na drugą stronę i osobistych cudach wynikających z jego posługi.

Wstąpił do zakonu by naśladować Franciszka, który stał się ikoną Chrystusa i jednocześnie chciał „odbudowywać Kościół”. Wszak to istota franciszkańskiego powołania. Bohaterem książki jest ojciec Filip Buczyński OFM – założyciel i prezes Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia, zakonnik, psychoterapeuta, certyfikowany psychoonkolog i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego. Rozmawia z nim Tomasz P. Terlikowski – publicysta, filozof i działacz chrześcijański, autor wielu publikacji o tematyce wiary.

W głębokiej i poruszającej narracji ojciec Filip opowiada o swej fascynacji św. Franciszkiem, o kulisach prowadzenia hospicjum perinatalnego, walce o życie każdego dziecka. Odnosi się też do sensu cierpienia. Zakonnik we wzruszający sposób udowadnia czytelnikom jak to każdy z nas może stać się narzędziem bożego miłosierdzia. Sam zaświadcza o małych i dużych cudach, na które powinniśmy otworzyć nasze oczy i serca.

Buczyński zaliczył 6 lat wolontariatu na oddziałach hematologii, a od 25 lat pełni swoją misję prowadząc hospicjum. W ten niezwykły sposób przez ponad trzy dekady służy nieuleczalnie chorym dzieciom oraz ich rodzicom. Jego hospicjum pomaga im w walce z chorobą i towarzyszy w odchodzeniu z tego świata, wspiera małych pacjentów na ich ostatniej drodze, a rodzicom okazuje oparcie w procesie przeżywania żałoby.

Terlikowski pyta

– Dlaczego akurat Mały Książę? – Zdarzało się, że czytałem pacjentom tę książkę. W istocie jest raczej dla dorosłych niż dzieci. Traktuje o odpowiedzialności za przyjaźń, tajemnicy umierania, towarzyszenia w odejściu. I wpadliśmy na pomysł by to było hospicjum „Małego Księcia” – odpowiada o. Filip.

– Co jest najtrudniejsze w codziennej pracy hospicyjnej? Na to pytanie można by oczekiwać wielu gorszych odpowiedzi. Tymczasem Buczyński twierdzi, że przeraża go postawa roszczeniowa rodzin. On i jego zespół miewa czasem refleksję, że to opiekunowie dużo bardziej kochają powierzone im dziecko niż jego rodzina. Dziecko bywa zaniedbane, rodzice Bóg wie co chcą… Bo, ich zdaniem, hospicjum winno zająć się wszystkim – jeśli już opiekuje się dzieckiem. Tymczasem to rodzic jest opiekunem prawnym i pobierane zasiłki musi przeznaczyć na jego potrzeby. Nagle okazuje się, że dla chorego nie ma pieniędzy. – Jedziemy tam w południe, a dziecko jest głodne. Pytam, dlaczego? Matka odpowiada, że skoro hospicjum przyjeżdża i przywozi jedzenie, po co ma karmić dziecko – mówi ojciec Filip. I przytacza inną skandaliczną historię: – Przyjeżdżam do dziecka z rurką tracheotomijną, a tam nie ma kto odessać mu zalegającą w płucach wydzielinę, inaczej umrze. Bo matka zniknęła gdzieś na pół dnia, ojciec z nimi nie mieszka. Drzwi pozostawione otwarte, w domu tylko drugie, młodsze dziecko – wyjaśnia kapłan. I zarządza interwencję służb.

To nie są łatwe decyzje

Personel jest zobowiązany wtedy wezwać policję – taka procedura, lecz wówczas mały pacjent trafia do Izby Dziecka, a tam nie ma dla niego warunków. Wskutek takich wizyt należy szukać rodzinę, najpierw ojca pacjenta. – Tak było i w tej sytuacji. Najpierw zlokalizowaliśmy ojca, niestety mieszkał za daleko. Na szczęście w tej samej miejscowości przebywała jego siostra. Ściągnęliśmy ją i została z dziećmi. A matkę ostrzegłem, że jeśli choć raz się to powtórzy, oddamy sprawę do sądu rodzinnego – wspomina zakonnik.

I przytacza dramatyczne sytuacje również na oddziale stacjonarnym. Jak wtedy, gdy dziecko leży tu w bardzo złym stanie. Personel telefonuje więc do matki – ona mówi, że jej się nie chce jechać, bo to daleko. – Pani dziecko jest w ciężkim stanie, a pani nie było trzy miesiące. Może mama odwiedziłaby swoje dziecko? – namawiają. – No dobra, będę jutro – odpowiada mamusia. Następnego dnia przyjeżdża, siedzi przy dziecku dziesięć minut i próbuje wyjść. Wtedy ją zatrzymuję: – Hola, hola, proszę siadać. Bierze pani wszystkie zasiłki na dziecko, które przebywa pod naszą opieką, czy tak? – pytam. Cisza. – Ja dobrze wiem, ile pani dostaje. To prawie 3 tys. zł. Czy pani choć jeden pampers tu przywiozła? – naciskam. Cisza. Wtedy przechodzę do ataku: – Nalegam, by w tygodniu była pani średnio sześć godzin u swego dziecka. Jeśli nie, zgłoszę to do służb, które odbiorą wszystkie świadczenia. – Oczywiście nigdy bym tego nie zrobił, lecz próbuję pomóc dziecku. Jest przy nim personel, są wolontariusze, a i tak płacze za matką – mówi kapłan. – My to pilnujemy. Wiem, że rodziców nie wychowam, ale chcę pomóc dziecku. Jest przeszczęśliwe, gdy siedzi przy nim mama. To są bolesne sytuacje.

Nigdy nie krzyczałeś na Boga?

Tak prowokuje Terlikowski. – Miewam poczucie ogromnej bezradności w sytuacjach granicznych, gdy widzę dużo cierpień, bóle neuropatyczne. Tak bywa w mukowiscydozie, gdy dziecko umiera wskutek uduszenia czy przy zaniku mięśni. Wtedy jest we mnie mnóstwo bólu, współczucia dla dziecka, rodziny. I nie zrozumiem: dlaczego tak być musi – odpowiada zakonnik. Nie buntuje się, lecz po ludzku nie jest w stanie tego pojąć. – Wtedy trzeba mi pokory wobec Boga, znalezienia miejsca w szeregu. Jeśli tego nie zrobię, nie będę mógł dalej pomagać, ani stanąć w Jego obliczu z nieustanną pretensją.

I dlatego, zdaniem ojca Filipa: z Bogiem trzeba się kłócić, bo to zakłada partnerską z Nim relację, to znaczy, że traktujemy Go poważnie. A gdy On milczy, to znaczy odpowiedź jest odroczona – przyznaje zakonnik. Czasem mierzy się z milczeniem Boga i zastanawia, jaki sens ma cierpienie. Bo gdyby postawić pytanie o sens, pozostaje cisza. – Jeśli czegoś nie rozumiem w perspektywie doczesnej, próbuję na to patrzeć z perspektywy wiecznej: celu, dla którego Bóg powołał człowieka, życia w niebie. To jest cel, a wszystko inne to stacje pośrednie.

– I nigdy nie miałeś dość? – drąży publicysta. – Owszem mam dość, kiedy łamię w sobie prawa wynikające z natury. […] Rozmyślam, czy przypadkiem nie śpię za mało, odżywiam się nieodpowiednio. Po prostu mam prawie 60 lat i świadomość, że energetycznie jestem trochę inny niż gdy miałem lat 40.

Misjonarz dobrej nadziei

Działalność ojca Filipa, jego wieloletni trud przynosi owoce. Już sam dobrotliwy uśmiech, zrozumienie dla potrzebujących, gotowość niesienia pomocy nieuleczalnie chorym dzieciom, a także ich rodzicom – to wszystko wystarczy za promocję jego dzieła.

– Ile osób współpracuje, by to wszystko ogarnąć? – Jest zespół medyczny, logistyczny, administracja, prawnicy, psycholodzy. W sumie 150. Ale i wolontariusze, którzy bardzo nam pomagają. Jest na przykład pewien pan, który ma hurtownie elektryczne w całej Polsce, zapewnia nam darmo żarówki. Inny mężczyzna, właściciel wielkiej galerii handlowej, pomaga w logistyce, robi reklamy, a jak trzeba użycza nam samochody. Wiedza i kompetencje moich pracowników, jak i wolontariuszy czy współpracowników są bezcenne. Prowadzimy też aptekę, w której trzeba zachować szczególne standardy, gdyż wydaje się tam również leki narkotyczne – podsumowuje misjonarz dobrej nadziei.

Na obwolucie książki czytamy m.in.:

– Ojciec Filip niezwykle poruszająco, a zarazem z właściwym dla siebie poczuciem humoru, mówi o tajemnicach radzenia sobie z chorobą i cierpieniem, trudnościach pracy w hospicjum, lecz przede wszystkim o cudach, których był świadkiem. Każda rozmowa z nim daje radość i nadzieję. Doświadczą tego wszyscy, którzy zanurzą się w treść książki – pisze w swej rekomendacji Magdalena Różczka, aktorka biorąca udział w licznych akcjach charytatywnych.

– Tym, co go określa, jest miłość bliźniego. To właśnie ją nieustannie okazuje cierpiącym, odchodzącym i tym wszystkim, których los zaprowadził przed otwarte drzwi Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia – miejsca wyjątkowego, w którym o. Filip świadkuje tym trudnym chwilom; miejsca, które promieniuje wrażliwością na los drugiego człowieka – pisze z kolei Leszek Mądzik, lubelski twórca teatralny. – Przystań stworzona przez o. Filipa przynosi ukojenie. Ślad, jaki zostawia dziecko przegrywające walkę o życie, zostaje utrwalony w drzewie posadzonym na pamiątkę jego odejścia. Tych drzew jest wiele. Nie tylko szumią one od wiatru, lecz także tworzą muzykę modlitwy za tych, którzy są już po tamtej stronie i wzmacniają naszą wiarę w misję o. Filipa.

Książka ta, nawet jeśli zawiera nieco chaotyczny zapis rozmowy, powstała dużym wysiłkiem jej autorów i jest dowodem pełnego ich zaangażowania w szczytny cel.

Wydawnictwo Esprit istnieje, by poprzez wartościowe książki wspierać czytelników w przemianie ich życia na lepsze. Bo dobra książka to nie tylko sposób na spędzenie wolnego czasu, lecz także konkretne odpowiedzi na ważne pytanie, jakie stawia nam współczesny świat. Detale oferty wydawnictwa na witrynie www.esprit.com.pl.

Marek Rybołowicz