Zabiły dla zabawy lub nauki

Wilki urządziły sobie krwawą jatkę. Wpadły na pastwisko i zabiły 10 owiec. Zjadły tylko cztery. Pracownicy RDOŚ badający miejsce kaźni ocenili, że rzezi dokonała wataha złożona z ok. 10 osobników. Co ciekawe, wszystko działo się w biały dzień.

Gospodarstwo pana Mariusza ze Starego Stulna (gm. Wola Uhruska) położone jest między lasem a rzeką Bug. W dzień owce pasą się na częściowo otwartych pastwiskach, na noc zamykane są w wolierze ogrodzonej wysoką metalową siatką, na której porozwieszane są fladry. Bezpieczeństwa zwierząt pilnuje pięć specjalnie szkolonych psów pasterskich.

Powszechnie uważa się, że wilki to bardzo inteligentne drapieżniki, które wiodą głównie nocny tryb życia. Ale gdy zachodzi potrzeba lub jest taka możliwość, atakują także w dzień. Tak też stało się w niedzielę (22 listopada). Watahę skusiły pasące się na otwartym terenie owce. Wilki wpadły między nie i urządziły prawdziwą rzeź. Zabiły aż 10 owiec, czyli o wiele więcej, niż były w stanie zjeść.

Mógł ponieść je zew zabijania, ale o wiele bardziej prawdopodobne jest, że wataha uczyła swoje młode polowania. Ostatecznie wilki zjadły lub napoczęły cztery owce. Sześć zostało zagryzionych, ale nie były nawet nadjedzone. Inspektorzy Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, którzy przyjechali do pana Mariusza na wizję lokalną, stwierdzili, że masakry dokonała wataha złożona z przynajmniej dziesięciu wilków, a więc całkiem duża. Wizyta RDOŚ w miejscach, gdzie wilki zabijają inwentarz gospodarski, jest podstawą do uzyskania odszkodowania przez właściciela. Nie jest to jednak ani proste, ani szybkie.

W tym roku pan Mariusz stracił kilkadziesiąt owiec, które zagryzły wilki. Najwięcej wiosną, a dopiero dwa tygodnie temu dostał pieniądze za zagryzione wtedy zwierzęta. – Papierologia w takich wypadkach jest olbrzymia – mówi. – Aby starać się o odszkodowanie, hodowca nie tylko musi spełnić szereg wymogów, ale też udowodnić, że do zdarzenia doszło za dnia, a w dodatku liczyć na dobrą wolę inspektorów – dodaje hodowca. Jak mówi, gdyby ataki wilków były przypadkami jednostkowymi, nawet nie bawiłby się w zgłaszanie do RDOŚ.

On jednak tylko w tym roku stracił zbyt dużo zwierząt, by móc pozwolić sobie spisać je w straty. – Problem z wilkami jest z roku na rok większy – mówi. – Ich populacja stale rośnie, ale pseudoekolodzy i inni aktywiści cały czas torpedują jakiekolwiek próby wprowadzenia odstrzałów regulujących ten gatunek w Polsce i właśnie dlatego hodowcy coraz częściej muszą liczyć straty związane z atakami tych drapieżników – tłumaczy hodowca. (bm)