Zabrali drogę i nie chcą oddać!

„Obcy” na ulicę Skośną w Nowym Krępcu wjechać nie mogą

Minęło pół roku, a mieszkańcy ul. Skośnej, Kasztanowej i Szerokiej w Nowym Krępcu nadal mają prywatne ulice, po których obcym jeździć nie wolno. Mimo że wójt gminy Mełgiew sam określa, że sytuacja jest absurdalna, do dziś, wbrew deklaracjom, niewiele w tej sprawie zrobił. Wojewoda i starostwo umywają ręce. – Nikt „z góry” nie przyjdzie i nie załatwi sprawy, jeśli problem jest na poziomie lokalnym – kwitują problem.
O sprawie „zawłaszczenia drogi” w Nowym Krępcu pisaliśmy w październiku ubiegłego roku. Problem pojawił się, kiedy na ulicach Skośnej, Kasztanowej i Szerokiej, prowadzących przez przylegającą do Świdnika willową dzielnicę, stanęły znaki zakazu ruchu. Od tej chwili mogli z tych ulic korzystać tylko właściciele działek i służby komunalne. Taka sytuacja nie spodobała się szczególnie tym, którzy skracali sobie drogę, jadąc w kierunku Świdnika. – Mamy do tego prawo! To droga wybudowana za publiczne pieniądze, więc wszyscy możemy z niej korzystać – denerwował się nasz czytelnik.
– Ale też za nasze pieniądze – odpowiadali mieszańcy Kasztanowej i Skośnej. – Kilkanaście lat temu pojawiła się możliwość sfinansowania tej inwestycji ze środków unijnych. Żeby ją wykorzystać, sami złożyliśmy się na wkład własny. Ludzie dawali po tyle, po ile mieli. Udało się i dzięki temu mamy równą nawierzchnię. Owszem, droga jest publiczna, ale my również za nią płaciliśmy – mówiła jedna z mieszkanek ul. Kasztanowej.

Niebezpiecznie?

Pieniądze, które mieszkańcy dołożyli na przebudowę drogi, nie są jednak jedynym powodem, dla którego wnioskowali o wyłączenie drogi z ogólnego użytkowania. Głównym było ich bezpieczeństwo. Tłumaczyli, że kierowcy, skracający sobie drogę w kierunku Świdnika, nie respektowali ograniczeń prędkości. – Co z tego, że można tu jechać nie więcej niż 40 km/h, kiedy samochody potrafiły jechać Kasztanową „80” i więcej – skarżył się jeden z mieszkańców Kasztanowej.
– Czy ktokolwiek, choć przez chwilę, rozważał inne rozwiązanie? Czy poproszono policję o zwiększenie patroli? Czy wystarczyła jedna skarga, aby ulice zamknąć? – oburzają się mieszkańcy sąsiednich ulic. – Idąc tym tropem rozumowania można zamknąć niemal każdą drogę. A zaręczam, że nawet w Nowym Krępcu są ulice z większym ruchem samochodów niż Kasztanowa. Teraz mieszkańcy, zachęceni tym przykładem, powinni zacząć składać wnioski o zakaz wjazdu na ich drogi. Chociaż trzeba przyznać, że na pozytywne ich rozpatrzenie nie mają co liczyć. Chyba, że mieszkają u nich takie VIP-y jak przy Kasztanowej…

VIP-y, czyli…

Przedstawiciele gminy jak mantrę powtarzają, że decyzja o wyłączeniu drogi zapadła po interwencji mieszkańców, którzy bali się o swoje bezpieczeństwo.
– Pod wnioskiem o to, aby w taki sposób przeorganizować ruch drogowy w tym miejscu, podpisało się 20 mieszkańców – mówi Ryszard Podlodowski, wójt gminy Mełgiew. Wniosek dostarczył do Urzędu Gminy Jarosław Marcinek, radny tej gminy, który, jak się okazuje, sam mieszka na ul. Kasztanowej. Nieoficjalnie mówi się, że to właśnie radnemu najbardziej przeszkadzał ruch „tranzytowy” tuż przed domem. Kiedy spytaliśmy go kilka miesięcy temu, czy słyszał już o tym, że ludzie komentują wprost, że radny sobie zrobił prywatną drogę, odpowiadał krótko: – Absurd! Powinienem z tym pójść do prokuratury i wszcząć postępowanie o zniesławienie.
Co ciekawe, radny Marcinek to nie jedyna osoba związana ze światem polityki, która ma dom przy ul. Kasztanowej. Mieszka tam także były poseł Andrzej Mańka. Wójt gminy Mełgiew zapewniał nas jednak, że poseł Mańka absolutnie nie miał z tym nic wspólnego.

Wszystkim się nie dogodzi

Po publikacji pierwszego artykułu w tej sprawie przedstawiciele gminy zapewnili, że sprawa będzie miała ciąg dalszy. Mieli o zdanie zapytać mieszkańców.
– Konsultacje cały czas trwają – przekonuje wójt. – Sprawa jest jednak bardzo trudna. Ciężko o kompromis. Jeśli zdejmiemy znaki zakazu wjazdu, to przyjdą mieszkańcy, zaczną się skarżyć, że Kasztanową i Szeroką chodzą dzieci, matki z wózkami i że w końcu dojdzie do tragedii. Ale jak zostawimy znaki, nie ucichną komentarze o kuriozalnym zakazie – mówi R. Podlodowski.
Dlatego jako rozwiązanie wójt proponuje przebudowę ulic. – Trzeba by tę drogę poszerzyć, dodać chodniki, zrobić mniej kolizyjny wyjazd. Prowadziliśmy już wstępne rozmowy w tej sprawie. Wierzę, że udałoby się to zrobić na zasadzie wspólnego zrozumienia. My przygotowalibyśmy dobry wniosek, aby uzyskać finansowanie na przebudowę z zewnątrz, a mieszkańcy wydaliby nam zgodę na władanie gruntem albo chociaż odroczyli płatności w czasie – mówi wójt.
Na to jednak potrzeba dużo czasu i pieniędzy.

Starostwo i wojewoda rozkładają ręce

Ostatecznie decyzję w sprawie ul. Kasztanowej i Szerokiej „przyklepało” starostwo, z tym że stanowczo się od tej sprawy odcina. – Nie odpowiadamy za politykę prowadzoną w kwestii organizacji ruchu drogowego w gminach. Naszym zadaniem jest jedynie sprawdzenie, czy projekt jest zgodny z przepisami, a kwestie tego, czy jest zgodny z potrzebami społeczności lokalnej, rozstrzyga zarządca drogi, czyli wójt gminy – tłumaczy Jarosław Drozd, naczelnik wydziału infrastruktury drogowej w świdnickim starostwie.
Podobnie stanowisko w tej sprawie prezentuje Lubelski Urząd Wojewódzki. – Nie ma drogi na skróty – mówi Radosław Brzózka, rzecznik prasowy wojewody. – Nikt „z góry” nie przyjdzie i nie załatwi sprawy, jeśli jest problem na poziomie lokalnym. Z całą pewnością zarówno gmina, jak i powiat, powinny uważnie zapoznać się ze słusznym interesem wszystkich grup mieszkańców. Potrzeba zdrowego rozsądku, roztropności. O to do samorządowców i mieszkańców apeluje wojewoda na co dzień i od święta – dodaje rzecznik.
Wiele wskazuje jednak na to, że jedynym sposobem na zniesienie kuriozalnych znaków jest stanowczy protest mieszkańców. – Może trzeba będzie wyjść na ulicę i strajkować, ewentualnie zaczekać do kolejnych wyborów samorządowych… – kwituje nasz czytelnik. (mg)