Zaraza nędzy

Stracił pracę tuż przed emeryturą. Był jedynym żywicielem czteroosobowej rodziny. Nie mają oszczędności, bo z minimalnej pensji trudno było coś odłożyć. – Będziemy żyć na minusie i modlić się, żeby nikt z nas nie zachorował, bo na leki nie wystarczy. Takiej biedy nigdy nie zaznaliśmy – mówi nasza Czytelniczka, dodając, że w jej otoczeniu jest coraz więcej rodzin w takiej sytuacji.

Kilka miesięcy po wybuchu epidemii nasza Czytelniczka zadzwoniła do redakcji, aby opowiedzieć o podbramkowej sytuacji, w której znalazła się jej rodzina. Jej mąż był pracownikiem gospodarczym w jednej z gmin powiatu chełmskiego. To było zatrudnienie w ramach prac interwencyjnych. Miał przepracowane dziewięć miesięcy, gdy w gminie konieczna była kwarantanna.

Potem umowy już mu nie przedłużono. Mężczyzna – jedyny żywiciel czteroosobowej rodziny – korzystał z tzw. dodatku solidarnościowego. Małżeństwo miało nadzieję, że po trzech miesiącach przebywania na tym dodatku uda się przejść na zasiłek dla bezrobotnych. Ale nie wliczono tego do stażu pracy uprawniającego do zasiłku. Małżeństwo ubolewało, bo gdyby nie epidemia, pewnie udałoby się zachować ciągłość pracy i źródło utrzymania. Obecnie rodzina znajduje się w fatalnej sytuacji materialnej.

– Mężowi do emerytury brakuje niecałych dwóch lat – mówi nasza rozmówczyni. – Ja jestem na KRUS-ie, ale z niewielkiej gospodarki nie ma praktycznie dochodu. Mamy dwoje dzieci, jedno od niedawna dorosłe. Pięćset plus otrzymywane na młodsze z dzieci to obecnie jedyne źródło utrzymania. Za to kupujemy chleb. Jak to nie wystarczy, przyjdzie nam żyć na minusie. Nie mamy oszczędności, bo za minimalne wynagrodzenia wcześniej udawało się ledwie wiązać koniec z końcem.

Nie było z czego odłożyć na czarną godzinę. Sytuacja jest bardzo ciężka, takiej biedy jeszcze nie zaznaliśmy. Modlimy się, aby żadna choroba nas nie spotkała, bo nie będzie za co leków wykupić. Wśród rodziny i znajomych też coraz więcej podobnych przypadków. Kilku kolegów męża też straciło pracę. Ostatnio odwiedził nas kuzyn, który pracował jako mechanik, ale też właśnie został bez zatrudnienia.

Wysokie koszty, opustoszałe lokale

Z podwyżki pensji minimalnej (od stycznia 2021 r.) cieszy się wielu pracowników, bo z najniższej krajowej i tak trudno utrzymać rodzinę. Ale jest druga strona medalu, bo dla pracodawców to dodatkowy wydatek.

– Znajomy właściciel firmy budowlanej musi ciąć koszty i ograniczać liczbę pracowników, bo koszty działalności rosną, a to nie idzie w parze z dochodami – mówi jeden z samorządowców powiatu chełmskiego. – Pracownicy, którzy mieli zagwarantowane świadczenia, pozwalające im przetrwać, odeszli już z pracy. Właściciel firmy zastanawia się, czy nie lepiej mu wydzierżawić sprzęt, w który przez tyle lat inwestował, a samemu też ewentualnie zostać podwykonawcą i pracować u innych. Widać, że sytuacja wielu przedsiębiorców staje się coraz cięższa.

Nie wszystkich stać na kontynuowanie działalności. W Chełmie widać coraz więcej opustoszałych lokali usługowych. Chełmska Spółdzielnia Mieszkaniowa ogłasza, że ma w swoich zasobach kilka takich lokali do wynajęcia. To dlatego, że w ostatnich czasie niektórzy usługodawcy zrezygnowali ze swoich działalności.

– Mieliśmy ostatnio kilka przypadków rezygnacji z wynajmu lokali użytkowych, a wpływ na taki stan rzecz ma zapewne sytuacja i trudności, z którymi mamy do czynienia w całym kraju – mówi Maciej Cieślak, zastępca prezesa ChSM.

Klientów o połowę mniej

Epidemia uderzyła m.in. w branżę gastronomiczną. W jednym z artykułów w poprzednim wydaniu „Nowego Tygodnia” chełmski restaurator mówił, że z dostaw na wynos z trudem wychodzi „na zero”, a niektórzy jego koledzy z branży już zastanawiają się nad zamknięciem swoich restauracji. To, co dzieje się w gastronomii, a także zamknięcie szkół, ma wpływ na inną branżę – taksówkarską. Tadeusz Sawicki, prezes Taxi Fino w Chełmie, który w zawodzie taksówkarza ma ponad 40-letnie doświadczenie, mówi, że to wyjątkowo ciężkie czasy. Klientów jest o połowę mniej.

– Najbardziej odczuwalne jest dla nas zamknięcie szkół oraz restauracji – mówi prezes Sawicki. – Po wybuchu epidemii niektórzy taksówkarze zdecydowali się zawiesić działalność. Inni ograniczyli godziny swojej pracy. Dotyczy to zwłaszcza tych, dla których ta działalność to dodatkowe źródło dochodu. Jednak ci, dla których praca na taksówce jest jedynym źródłem utrzymania rodziny, pracują nadal, licząc, że sytuacja wkrótce się poprawi, a klientów przybędzie. Skorzystaliśmy ze wsparcia w ramach tarczy antykryzysowej i to pozwoliło nam przetrwać. Staramy się stosować reżim sanitarny – maski, dezynfekujemy wnętrze po każdym kliencie. (mo)