Znajomi zabójcy z Chełma planowali masakrę

Do czego zdolni są młodzi ludzie, którym szkoła kojarzy się głównie z przemocą, prześladowaniem i cierpieniem, a jedynym bezpiecznym miejscem jest Internet? Gdy puszczają hamulce, kierowani chęcią zemsty mogą zrobić coś naprawdę strasznego, np. zorganizować zamach, w którym zginą dziesiątki osób.

– W wyniku ustaleń policjantów z wydziału do walki z cyberprzestępczością funkcjonariusze z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw Komendy Stołecznej Policji zatrzymali czterech nastolatków. Najstarszy ma siedemnaście, dwóch – szesnaście, jeden – piętnaście lat – potwierdza aspirant sztabowy Mariusz Mrozek z Komendy Stołecznej Policji w Warszawie.

Oficjalnie potwierdzone zostało, że zatrzymani w nocy 30/31 stycznia, w swoich domach na terenie stolicy oraz przyległych miejscowości, uczniowie planowali podłożyć ładunki wybuchowe w jednym z techników na warszawskiej Pradze. Mrozek odmawia jednak komentowania doniesień RMF, jakoby to chełmska policja wpadła na trop młodych terrorystów, dzięki prześledzeniu kontaktów i historii wpisów z zabezpieczonego komputera i telefonu Łukasza W. (14 l.) z Chełma – ucznia SP nr 4, który zabił swoją macochę i ciężko ranił jej syna.

Według nieoficjalnych ustaleń, wszystkich łączyło jedno – w realnym życiu byli uważani za dziwaków, czuli się podle, byli wyszydzani i prześladowani w szkole. Poznali się w Internecie, utrzymywali kontakty od co najmniej jesieni (czyli od czasu, gdy dorośli zauważyli u Łukasza W. drastyczną zmianę zachowania), na forum wymieniali się spostrzeżeniami i podsycali nienawiść do świata.

Wszystkich też łączyła fascynacja masakrą w liceum Columbine – jednego z największych w amerykańskiej historii masowych morderstw w szkole. Zresztą jeden z warszawskich nastolatków miał „w sieci” funkcjonować jako „Eric Harris” (nazwisko mordercy z Columbine).

Łukasz W. z Chełma podpisywał się jako „Reb” (pseudonim Harrisa, skrót od Rebel, czyli Buntownik). Tak jak Harris młodzi uczniowie praskiego technikum planowali – po feriach – wysadzić szkołę z zemsty na tych, którzy się nad nimi znęcali. W Internecie znaleźli podobno przepis na konstrukcję bomb rurowych i kupili kilka kilogramów różnych substancji (m.in. saletrę i siarkę). Mieli sporządzić 3 ładunki i zdetonować w lesie w Rembertowie na obrzeżach Warszawy (1 bomba eksplodowała, 2 miały się jedynie spalić).

– Jesteśmy przekonani, że gdyby nie ferie, gdyby sprawy potoczyły się inaczej, Łukasz przyszedłby do szkoły i to nas pozabijał – mówi anonimowo nauczyciel Szkoły Podstawowej nr 4 w Chełmie.

Masz dziecko? To się nim zajmij

Po ostatnich wydarzeniach policja apeluje do rodziców o nadzór nad dziećmi, o kontrolę tego, co robią w Internecie, ale przede wszystkim o rozmawianie z nimi. Bo, choć brzmi to niewiarygodnie, właśnie z tym jest dziś największy problem.

– Rodzice nie mają czasu dla swoich dzieci, a często nawet nie potrafią z nimi rozmawiać – podkreśla pedagog specjalny i terapeuta z Chełma. – Kupowanie kolejnych, drogich zabawek i gadżetów nie jest dobrym wyjściem. Wychowanie polega na stawianiu granic, inaczej się nie da. Dla przykładu: nastolatek, któremu na nikim nie zależało, przyznał sam, że „puszcza w szkole focha”, by rodzice byli wzywani do dyrektora, bo tylko wtedy rozmawiają z nim „ludzkim językiem”.

To straszne, ale chłopiec mówił wprost, że jego rodziców nie interesuje, co robi i kiedy wróci do domu, a on chciałby, żeby „ojciec stanął w drzwiach i powiedział: następnym razem, jak to zrobisz, to pożałujesz”. Wszystko zawsze zaczyna się od rodziny, relacji budowanych od najmłodszych lat. Dziś rodzice nie uczą już dzieci odpowiedzialności, a często też jedyną formą rozmowy są: krzyk i wulgaryzmy.

Nie ma już autorytetów, stopnie szkolne nie są żadną wartością, pokazuje się małym dzieciom cukierkowaty i nieprawdziwy świat, a one szybko się nim zachłystują. Rodzice w ogóle też nie zastanawiają się, po co dają bardzo małym dzieciom telefony. Nie przeglądają ich, nie wiedzą, z kim dzieci korespondują, nie kontrolują tego. To już jest „normalne”, że roczne dziecko dostaje telefon. Tylko że potem nie rozwijają się u niego myślenie i pamięć.

Kiedy rodzic może zorientować się, że z jego dzieckiem dzieje się coś złego, że zaczyna uzależniać się od Internetu? Jak mu wtedy pomóc, co robić? – Pierwszym sygnałem, jest to, że dziecko płacze, gdy nie dostanie telefonu – a często też dla rodziców zabranie tego telefonu to coś strasznego, nie potrafią tego zrobić. Kolejnym – że dziecko woli całymi dniami przesiadywać przed komputerem czy ze smartfonem, niż bawić się na dworze – nie ma przyjaciół, nikt go nie odwiedza, nie mówi, co się dzieje w szkole, nie chce wychodzić na rower, grać w piłkę, nawet wyjechać na ferie etc. Takie dziecko od razu trzeba przyprowadzić do poradni.

Tu działają takie same mechanizmy jak przy alkoholizmie. Uzależnione dziecko, któremu zabierze się dostęp do Internetu, zaczyna trzaskać drzwiami, kopać, przeklinać, popychać – wymienia specjalista. – Obecnie mamy plagę zaburzeń o podłożu emocjonalnym. Dziecko nie uczy się budowania samooceny, znoszenia porażek, nie wie, co wolno, a czego nie wolno i nie dostaje od nikogo pomocy. A pamiętajmy, że jedne dzieci są bardziej podatne na zranienie, niż inne. Te, którym wmawia się, że są złe, że są nikim, zaczynają myśleć: To ja wam teraz pokażę, jaki mogę być zły.

Takie dziecko, które nie ma oparcia, czuje się niekochane i odrzucone – przez rodzinę czy środowisko szkolne – szuka grona, w którym będzie bezpieczne. Szuka osób podobnych do siebie w Internecie. Dlatego też młodzi uciekają w wirtualny świat – chcą być kimś, chcą być zauważeni. Razem są mocni, wspierają się, bywa, że podsycają wzajemnie nienawiść do świata. Tylko że te wirtualne przyjaźnie są bez żadnej wartości. To pozorne relacje, które powodują, że dziecko ma potem problem ze zbudowaniem prawdziwej, trwałej relacji w dorosłym życiu.

Po czym poznać, że internetowe relacje zaczynają wkraczać na niebezpieczny poziom? – Dziecko zaczyna być rozdrażnione, izoluje się od rodziny, zamyka się w pokoju, gdy rozmawia i reaguje agresywnie, gdy ktoś ruszy jego rzeczy, a rodzice są mu potrzebni tylko do zaspokajania jego potrzeb i dawania pieniędzy. To taki „zimny wychów” – odpowiada pedagog.

Szkoła jest nastawiona na sukces

– Takie dziecko, u którego bardzo wcześnie zostały zaburzone relacje rodzinne, idzie do szkoły, a problem jedynie narasta. Szkoła jest bowiem nastawiona na sukces, a ono potrzebuje więcej uwagi, by go osiągnąć. Kto mu ją da, jeśli rodzice mówią: „Nie mam czasu z nim siedzieć”? Prawda jest taka, że dziś nikogo nie interesuje, jaką drogę pokonało dane dziecko, by dojść do szkolnej olimpiady – liczy się tylko, ilu uczniów w ilu olimpiadach wzięło udział. Potem z góry zakłada się, że wszyscy mają iść na studia. I nieważne, że część nie ma ku temu predyspozycji, a po ukończeniu ich nie potrafi się odnaleźć na rynku pracy – tłumaczy specjalista.

– Mieliśmy raz szkolenie, na którym występował dyrektor szkoły w Finlandii. Opowiadał, że gdy u nich jest problem, wszyscy siadają i myślą, jak pomóc temu dziecku, a gdy wyczerpią siły, dyrektor pisze do kuratorium oświaty z prośbą o pomoc i natychmiast kuratorium oddelegowuje do nich specjalistę z innej placówki. Dla nas to była abstrakcja. Przecież gdyby w Polsce dyrektor szkoły napisał do kuratorium, że ma problem, to następnego dnia kuratorium zrobiłoby kontrolę, dlaczego ten dyrektor sobie nie radzi! Prawda jest taka, że w naszych szkołach liczą się tylko papiery, żeby się wszystko zgadzało. Projekty unijne nie są nastawione na pracę z uczniem, a pozyskanie środków na wyposażenie placówki.

Pedagodzy i psycholodzy szkolni sami powinni zostać przeszkoleni. Błędnie nastawia się ich na stawianie diagnozy, a nie metodykę pracę z uczniem. W sytuacji, gdy mamy do czynienia ze znęcaniem się, wyszydzaniem dziecka, specjalista powinien na cito zacząć pracę nie tyle z samą ofiarą, ale z agresorem (a pamiętajmy, że agresorzy są jedynie mocni w grupie, bo to dzięki niej czują się silni, zaś na indywidualnej terapii potrafią się nawet rozpłakać) i jego rodzicami, a przede wszystkim z całą klasą, bo pozwoliła na to wszystko.

Kiedyś klasa stawała murem za uczniem, dziś nikt się nie miesza, bo boi się, że sam stanie się kolejną ofiarą. Sam rodzic też łatwo może rozpoznać, że w szkole dzieje się coś niedobrego z jego dzieckiem. To widać. Dziecko przestaje dbać o wygląd, traci radość życia, w domu ciągle tylko leży, trwa w takiej stagnacji. Musi się coś wreszcie zmienić, bo skala tego zjawiska jest coraz większa. (pc)