O emigrantach i uchodźcach

– Polska jest wyjątkowym krajem w Europie, gdzie po wojnie, po holokauście, zmianie granic różnorodność kulturowa należy do rzadkości. Tymczasem przed Polakami stają nowe wyzwania – wprowadzał do dyskusji o. Tomasz Dostatni, dominikanin.
Spotkanie na scenie teatru z cyklu „Ponad granicami” otworzył prezydent Lublina Krzysztof Żuk. Dobitnie brzmiał jego głos, że niezależnie od obowiązku władzy świeckiej, która odpowiada za akcje pomocowe w naszym kraju, pomoc uchodźcom wojennym leży w gestii Kościoła Katolickiego: na skalę całego kraju odpowiada za nią Caritas Polska, a w poszczególnych jego regionach Caritas diecezjalne.
„Kościół Katolicki w Roku Miłosierdzia, wezwany do pomocy innym ludziom, z całą pewnością zrobi dla uchodźców wszystko, co w jego mocy by ulżyć im w dramatycznej sytuacji. Nie zapominamy, że gdy sami byliśmy uchodźcami, byliśmy też gośćmi w obcych krajach. I ostatecznie jesteśmy tylko gośćmi na tej ziemi” – zacytoweał Żuk fragment pisma Episkopatu Polski (z 8.IX.2015 r.), co przypomniał włodarz miasta. Jego zdaniem, w publicznej debacie na ten temat w Polsce wymiar polityczny zdominował aspekt moralny.
– Ja się czuję z tym źle, odróżniam tych uchodźców od emigracji zarobkowej. Wsparcie ludzi doświadczonym kataklizmem wojny – chrześcijan z Syrii, pomoc, której dotąd nie udzieliliśmy jest naszym obowiązkiem. To zobowiązanie moralne wynikające zresztą z deklaracji władz Kościoła, bo w ostatnich miesiącach ostrych dyskusji politycznych na ten temat zgubiliśmy to co najważniejsze: odpowiedzialność za drugiego człowieka – stwierdził prezydent.
Uchodźcy syryjscy
w Grecji…
Jak państwo będące w takim kryzysie daje sobie z nimi radę? – pytał prowadzący spotkanie.
– Podziwiam Greków, jak oni odnoszą się do kwestii emigrantów. To kraj na granicy UE, po wielu perypetiach historycznych, cywilizacyjnych, a mimo to potrafi otworzyć się na nich niezwykle serdecznie – mówi Michał Klinger, ambasador RP w Grecji i Rumunii.
Był on świadkiem wielu problemów politycznych wynikających z napływu emigrantów do Grecji. Cały kryzys ekonomiczny tego kraju zaczynał się za jego kadencji. I był równoczesny z napływem licznych łodzi z uchodźcami, a także grup pieszych przez granicę lądową z Turcją.
Te dwa kraje od wieków walczą ze sobą, a mimo to ich obywatele potrafili wspólnie pochylić się nad tą bolesną sprawą – podkreśla ambasador. Stan greckiej gospodarki nie sprzyja przyjmowaniu dodatkowych obciążeń. Kraj stał się dość zamożny dopiero dzięki wejściu do UE. Przeciętny Grek dochodził do swojego statusu trochę podobnie jak Polak, z wielkim trudem. I oni to wszystko pamiętają, a jednak pomagają. Grecy nawet w kryzysie potrafili zmobilizować się do pomocy emigrantom – oddolnie, niejako przeciw władzom państwa. I wymogli na nich wsparcie instytucjonalne dla przybyszów. Nikt ich nie traktuje tam jako nielegalnych. Mimo poczucia zagrożenia zwyciężają w Grekach odruchy chrześcijańskie, ludzkie. Dziś, mając na swym terytorium grubo ponad 50 tys. uciekinierów z Syrii, zaczęto ograniczać dzienny limit przyjęć. Teraz wielu z nich odsyła się do Turcji i oto trwają protesty działaczy greckich przeciw nieludzkim sposobom traktowania – zauważa Klinger, bo jako teolog wykazuje szczególną wrażliwość.
Z perspektywy
Australii
…ten problem nie stanowi tak wielkiego wyzwania jak w Europie: – Za Pacyfikiem realizuje się dziś politykę wielokulturowości, a więc wszystkie grupy etniczne i religie są traktowane podobnie. Dla nich różnorodność jest cechą narodową i bogactwem, choć nie przychodzi to łatwo – twierdzi Andrzej Jaroszyński, ambasador RP w Australii i Norwegii.
Jednak nie zawsze tak było. Polityka migracyjna miała tu ostre rygory aż do czasów powojennych. Przyczyny ekonomiczne zrodziły potrzebę zaproszenia na tę anglojęzyczną wyspę imigrantów – w tym 30 tys. Polaków. Z kolei w latach 70. Australia przyjęła ok. 70 tys. uchodźców z walczącego Wietnamu. To było pierwsze zetknięcie brytyjskiej kolonii z obcą kulturą. Do początku tego wieku tamtejsze władze prowadziły dość liberalną strategię wjazdu na wyspę – prawie każdy mógł tam wjechać. Z Azji przybyło kolejne 50 tys. imigrantów. Wtedy zaczęły się problemy natury obyczajowej, religijnej, kryminalnej. To zrewidowało politykę przyjęć uchodźców. Obecnie zasadą jest: Wpuszczamy do nas tych, których chcemy przyjąć. Dyktujemy warunki. Reszta to imigranci nielegalni. W tym celu nawet marynarka wojenna patroluje wybrzeże Australii, a niechciani przybysze są odsyłani na pomniejsze wyspy opodal, gdzie w obozach przebywa 6-7 tys. ludzi.
Nie dotyczy to migracji humanitarnej ONZ, która rocznie obejmuje tu ok. 13 tys. osób korzystających z zaproszeń na pobyt stały. Osobną grupę przyjezdnych stanowią osoby kwalifikowane, potrzebne tamtejszej gospodarce.
Obecnie zwyciężą, tu racjonalna zasada, że nowoczesne społeczeństwo ma być różnorodne: etnicznie i kulturowo. Wielokulturowość obejmuje wszystkie dziedziny życia, jest wręcz lansowana przez państwo, choćby w sferze przekazu informacji.
W praktyce wygląda to tak, że tę różnorodność imigrantów ograniczają konflikty między ich kulturą a prawem. A prawo anglosaskie jest tutaj bardzo silne – zaznacza Jaroszyński.
Migracja w Irlandii?
To całkiem naturalne. Ludzie tu przybywają i wyjeżdżają i w niczym to nie ujmuje Irlandii, a wręcz przeciwnie, przyczynia się to do jej rozwoju – uważa Marcin Nawrot, do ubiegłego roku ambasador RP na ‘zielonej wyspie’.
Sami Irlandczycy poszukują swego miejsca po całym świecie. Podobnie i nasi rodacy traktują ten teren jako bardzo przejściowy: jako punkt odbicia do USA, Kanady, Anglii. Przewinęło się tam pół miliona Polaków – 400 tys. otrzymało prawo pracy. Ta ilość sukcesywnie teraz spada: przed 6 laty było to już tylko ok. 250 tys., a rok temu jedynie ok. 150 tys. Generalnie fala migracyjna wszystkich grup etnicznych w Irlandii ewidentnie opada.
Zatem, według Nawrota, nie należy się dziwić, że ruchy migracyjne w krajach świeżo przystępujących do UE są początkowo silne, a następnie zaczną maleć.
Oczywiście migracja poza basenem Morza Śródziemnego nie przynosi tak drastycznych obrazów. To tutaj łodzie pełne zdesperowanych uciekinierów, obrazy ich cierpień, uchodźcy szturmujący wybrzeża Grecji czy Włoch budzą nie tylko współczucie ludzi, ale i ich lęk – zauważają dyplomaci.
Płaszczyzna
moralna migracji
To obecnie dużo większy problem. Prowadzący dyskusję dominikanin uważa, że debata wokół uchodźców w Polsce przebiega powierzchownie, według radykalnych sądów.
– W Polsce boli nas konflikt cywilizacyjny między przybyszami a tutejszymi. To dla nas zaczyna być problem etniczny, społeczny narodowy – boimy się, że oto inny naród zjawi się na naszych ulicach – mówi Klinger. I dodaje: Mamy też dylemat etyczny, bo ethos obejmuje znacznie więcej niż tylko narodowość. Jednak Polacy od lat przywykli do monokultury, a tu szykuje się zderzenie w ramach wielokulturowości, które i tak u nas nastąpi.
Głos tego ambasadora-teologa nie brzmi entuzjastycznie. Rozumie on lęki o obcość kulturową uchodźców na polskiej ziemi, także nasze poczucie zagrożenia: – I nie wiem jak ten problem rozwiązać. Ale wiem, że Polacy mogą od Greków wiele w tej kwestii się nauczyć, podobnie jak cała bogata Europa.
– Polska nigdy nie była homogeniczna, a szczególnie było to widać w Lublinie. Obecny stan świadomości Polaków jest konsekwencją układu po wojnie – twierdzi Nawrot, i uważa, że różnorodność kulturowa w całej Europą stanie się faktem, a tylko zdolność zachowania równowagi w niej gwarantuje Polakom przetrwanie tego naporu.
– Polityka wielokulturowości jest procesem: raz przebiega pozytywnie, raz negatywnie, lecz te grupy etniczne, które jej podlegają, muszą się na to zgadzać – uważa Jaroszyński. – Problem pojawia się wówczas, gdy prawo ustala kultura dominująca, a wymaga dostosowania się kultur mniejszościowych. Z kolei nie do przyjęcia będzie to dla ogółu, gdy w grę wchodzi brak zróżnicowania między sferą świecką a religijną tej fali przemian. Tak jest z szariatem i konflikt interesów gotowy.
Poza tym jak tu mówić o współistnieniu innych kultur i narodowości w naszych realiach, gdy obecnie na fali polskich przemian przedstawiciele nawet jednego narodu nie potrafią się dogadać… Jak tu oczekiwać otwartości na inne religie i wartości – zachodzono w głowę.
W trosce o reprezentowane ideały trzeba by u nas pokazywać, że bogata Europa jest solidarna nie tylko z biedniejszymi państwami kontynentu. Również z tymi, którzy cierpią na całym świecie wskutek wojny i prześladowań.
Ambasadorzy nie są jednak optymistami, gdy chodzi wcielenie idei pomocy uchodźcom na polskim gruncie.
Głosy z sali
Długo próbował zabrać głos, podnosząc rękę Marian Kowalski, lider lubelskiego ONR. Zagadnięty już po debacie, o co chciał pytać, mówi: – Ja bym zapytał władze wprost, ile mają mieszkań komunalnych dla emigrantów. I dlaczego te same środowiska polityczne, które stręczą nam przyjmowanie uchodźców, są przeciwne programowi rządu „500+”?
Jego zdaniem nie była to debata, a monologi ambasadorów, te były przygotowane, bo ze sceny brzmiało to wszystko w duchu ekumenicznym, pełne wartości chrześcijańskich. Tymczasem współczesna Europa nie ma do zaoferowania uchodźcom nic oprócz rzeczy banalnych: – To forsa – dopóki jej wystarczy, duchowa pustka i poczucie zawodu, które później odreagowują. Ewentualnie dostępność kobiet – dodaje Kowalski.
W sukurs tej argumentacji przyszedł głos z sali. Anna Wichrowska opowiedziała rodzinną historię o przyjęciu pod polski dach przedstawiciela islamu: Jej siostra poślubiła Egipcjanina, który nie asymilował się do polskich warunków. Wywiózł rodzinę do Wiednia, wychował swe córki na muzułmanki – choć wcześniej ochrzczone i prowadzone w duchu katolickim. Siła działania obcej kultury jest tutaj taka, że obie wybrały sobie arabskich mężów, odcinając się od rodziny i polskiej kultury. Ba, uprawiają islamistyczną agitację, przysyłając bliskim pisma z tego kręgu. A ich matka odchorowała psychicznie ten związek – drżącym głosem wyznała starsza pani.
Z kolei Krzysztof, (nie podał nazwiska), stwierdził, że Polacy nie tyle lękają się idei multi-kulti, ile obawiają się właśnie zawłaszczenia kulturowego naszej ziemi poprzez tak agresywną religię i podał wyczytane hasła muzułmanów w Europie: Nie chcemy się integrować.
– Należałoby poprawić tytuł debaty. To jest „i dopust boży i szansa”. Bo oto mamy szansę zrobić coś dobrego: każdy indywidualnie i wszyscy razem dla uchodźców – uważa prof. Małgorzata Willaume z UMCS. Jej głos poparł prof. Jerzy Bartmiński, który podaje dowody zaangażowania lublinian w społecznej akcji na rzecz imigrantów.
Spotkanie zorganizowała Fundacja „Ponad Granicami” wspólnie z Instytutem Europy Środkowo-Wschodniej w Lublinie.

Marek Rybołowicz

Komentarze

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułBug z nami!
Następny artykułVivat, rektor Michałowski