Bez fotki się nie liczy?

Media społecznościowe to potężne narzędzie pomocy uchodźcom z Ukrainy. Niestety, wykorzystują je – czasem w sposób obrzydliwy – osoby, dla których humanitarny kryzys na granicy jest okazją do podbudowania własnego ego i zwiększenia zasięgów swoich postów. Na szczęście jest to zjawisko marginalne.

Całą Polskę obiegło zdjęcie ministra Dworczyka, który niesie paczkę konserw dla pierwszych uchodźców z Ukrainy. Oczywiście nie pomagał on w rozładowaniu transportu żywności, a cała sytuacja została zaaranżowana dla potrzeb wykorzystania zdjęcia w mediach, również społecznościowych. Bardzo szybko w jego ślady poszli niektórzy z naszych lokalnych celebrytów, polityków czy aktywistów, którzy niby pod płaszczykiem niesienia pomocy całkiem podobno przypadkiem zrobili sobie po kilka, kilkanaście zdjęć na tle uchodźców i jeszcze szybciej umieścili relację na Facebooku, Instagramie czy Twitterze.

Gdy już zdążyli się pochwalić swoją obecnością na przejściu w Dorohusku, zaczęło się chwalenie z punktów zbiórek czy miejsc, w których zatrzymali się uchodźcy. By zwiększyć zasięgi i „klikalność” oraz podkreślić własne zaangażowanie w ratowanie uchodźców, niektórzy z nich dotarli do granic absurdu. Jedna z takich osób wysnuła nawet w sieci przypuszczenie, że mogła stać się celem… zabójców!

Ludzi, którzy pomagają w ciszy, jest na szczęście nadal więcej. Osoby takie jak Monika Szostak, Katarzyna Wnuk, ksiądz Sławek i dziesiątki, jeśli nie setki, innych anonimowych wolontariuszy, które czynią w Dorohusku mnóstwo dobra, nie mają nawet czasu na wyciągnięcie telefonu i zrobienie sobie zdjęcia, nie mówiąc już o wrzucaniu relacji do Internetu.

Wojna hybrydowa dzieje się na naszych oczach

Przez pierwsze sześć dni wojny (24 lutego – 1 marca) w mediach społecznościowych opublikowano dokładnie 894 949 wpisów nawiązujących do pomocy Ukraińcom. To pokazuje, jak ogromną rolę w relacjonowaniu wydarzeń związanych z wojną odgrywają Facebook czy Twitter.

– Media społecznościowe w kontekście konfliktu w Ukrainie pokazały po raz kolejny „inną twarz” – komentuje Sebastian Bykowski, prezes PRESS-SERVICE Monitoring Mediów. – Znamy tę przestrzeń jako tygiel informacji biznesowych, politycznych czy rozrywkowych, ale dziś stały się też ogromną platformą do niesienia pomocy i przekazywania wiedzy na temat wojny.

Z jednej strony jest to najszybszy kanał informujący o sytuacji nawet w najbardziej odległych lub odizolowanych miejscach, ale z drugiej doniesienia są przepełnione fake newsami i niesprawdzonymi danymi. W tym konflikcie mamy do czynienia nie tylko z wojną konwencjonalną, ale także hybrydową, gdzie druga strona doskonale rozumie mechanizmy działania mediów społecznościowych i wykorzystuje je do propagandy. Wszyscy powinniśmy pamiętać, że narrację tworzą użytkownicy o różnym stopniu wiedzy i aktywności w social mediach.

To powoduje, że często poza brakiem weryfikacji prawdziwości danych mamy jeszcze do czynienia ze zjawiskiem „echa informacyjnego” wywoływanego udostępnianiem i publikowaniem nieaktualnych informacji sprzed kilku dni. Wprowadzane do przestrzeni na nowo, powodują dodatkowy szum informacyjny oraz dezinformację. A to w przypadku chociażby akcji pomocowych ma ogromne znaczenie. Dlatego tak dużą wagę należy przykładać do weryfikowania doniesień oraz korzystania tylko ze sprawdzonych, wiarygodnych źródeł informacji – dodaje Bykowski.

Dobro czyni się w ciszy?

W niemal równym stopniu polskie media społecznościowe „oszalały” na punkcie pomagania uchodźcom. W sieci jest mnóstwo postów, relacji i komentarzy dotyczących zbiórek, pomocy w transporcie czy znalezieniu noclegu dla uchodzących z Ukrainy ludzi. Socjale stały się ogromną bazą danych i wielką platformą do szybkiej wymiany informacji, co bardzo ułatwia organizację i koordynację tej pomocy.

Oczywiście ma to i swoją ciemną stronę, bo niektóre osoby wykorzystują obecną sytuację do wypromowania siebie. Wystarczy przejrzeć fanpejdże czy stories polityków, samorządowców, aktywistów czy wszelkiej maści celebrytów, którzy jadą na granicę czy do punktów zbiórki i robią zdjęcia swoich zatroskanych twarzy na tle uchodźców albo przywiezionych darów.

Jak wyjaśnia dr Marek Siudem, psycholog i psychoterapeuta, są to zachowania marginalne. – Pomaganie jest naturalną potrzebą człowieka, szczególnie gdy na własne oczy widzimy krzywdę innych a w sytuacji tragedii Ukrainy tak bez wątpienia jest – wyjaśnia. – Ludzie cierpią niewinnie, a takie sytuacje od wieków budziły empatię, chęć pomocy i niesienia wsparcia.

Całkiem innym problemem jest kwestia pokazywania, czemu ma służyć tworzenie relacji w sieci. Dla młodego pokolenia to zupełnie naturalne zachowanie, bo osoby te relacjonują w sieci większość wydarzeń ze swojego życia. Gdy robią to z chęci czynienia dobra społecznego, to jest to zjawisko o wiele bardziej pożądane i wartościowe niż wrzucanie do Internetu tego, co zjadło się na śniadanie.

W takiej relacji może być też zachęta dla innych osób, które widząc, jak to wygląda, być może także zdecydują się na jakąś formę niesienia pomocy. Oczywiście jest jakiś odsetek osób, które robią to z chęci pokazania się, podniesienia swojej samooceny czy zwiększenia liczby lajków, ale pamiętajmy, że żadna pomoc nie jest bezinteresowna w stu procentach. W rzeczywistości pomaganie przynosi profity także pomagającym, choćby dając poczucie zadowolenia z siebie, bycia potrzebnym czy poczucia dobrze wykonanego obowiązku.

Najważniejsze, że pomoc następuje, bo jest bardzo pożądanym zjawiskiem społecznym szczególnie w odniesieniu do obecnej sytuacji, a to, że ją widać w Internecie, tylko doprowadza do jej masowości i powszechności, a to równa się większej skuteczności niesionej dla Ukrainy pomocy – wyjaśnia Siudem.

Warto też pamiętać, że zamieszczanie relacji w sieci przez dużą liczbę osób zwiększa zasięgi i wymiernie przekłada się na to, że informacja o tym, w jaki sposób najlepiej pomóc, dociera do większej liczby osób. (bm)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here