Chciały spalić ośrodek

Uciekające z Ukrainy kobiety romskiego pochodzenia chciały spalić ośrodek w Hannie, w którym miały spędzić noc. Zamiast spokojnie wysiąść z autokaru i udać się na spoczynek, rozpętały karczemną awanturę, więc niezbędna okazała się interwencja policji i Straży Granicznej.

Ogromna większość przybywających z Ukrainy uchodźców ze łzami w oczach i z wielką wdzięcznością przyjmuje pomoc w postaci noclegów czy jedzenia. Niestety, od tej reguły zdarzają się wyjątki. Tak było m.in. w Hannie, która w byłym ośrodku zdrowia przygotowała ok. 50 miejsc noclegowych dla uchodźców. – W poniedziełek wieczorem dostałam telefon, czy znajdzie się u nas miejsce dla 53 osób – mówi wójt Grażyna Kowalik. – To nieco więcej, niż mieliśmy miejsc, ale zgodziliśmy się.

Autokar podjechał w nocy. Było w nim około trzydziestu kilku osób pochodzenia romskiego i ok. dwudziestu ukraińskiego. Wysiadło z niego kilka kobiet i weszło do budynku, by ocenić warunki. Po wyjściu zapytały, gdzie są. Gdy usłyszały że w Hannie, zaczęła się awantura – opowiada pani wójt. – Cyganki zaczęły krzyczeć i zabroniły reszcie wysiadać z autobusu. Zaczęły krzyczeć do kierowcy, żeby wiózł wszystkich do Warszawy.

Ten oczywiście się nie zgodził, tłumacząc, że skończył mu się czas pracy i nie może jechać dalej. Zaczęły się krzyki, wyzwiska, rzucanie obelgami. Widząc co się dzieje, wójt wezwała na pomoc Straż Graniczną i policję. W międzyczasie cały czas trwały negocjacje z kobietami, które groziły, że jak tu zostaną wysmarują odchodami cały ośrodek a potem go spalą.

Po około dwugodzinnej awanturze jeden z kierowców wysiadł i wypakował wszystkie bagaże z luku, więc chcąc nie chcąc, pasażerowie musieli wysiąść, by je pozbierać. W tym czasie autobus odjechał, ale po chwili znowu był na miejscu. Okazało się, że w tym całym zamieszaniu ktoś ukradł telefon kierowcy. Niestety, mimo obecności służb mundurowych nie udało się go odzyskać. W końcu nad ranem całe towarzystwo udało się ulokować w budynku.

By nie doszło do żadnych zniszczeń, na miejscu do rana czuwała wójt Kowalik w towarzystwie pograniczników z placówki w Dołhobrodach. Rano pojawił się kolejny dylemat, bo osoby te za żadne skarby nie chciały zostać w Hannie. – Po wielu próbach udało mi się załatwić autobus z firmy przewozowej mojego znajomego, który odwiózł uchodźców na dworzec kolejowy w Białej Podlaskiej. Na miejscu została tylko jedna bardzo spokojna kobieta z dziećmi. Ona jedyna z tej grupy nie miała dokąd jechać – dodaje Kowalik. (bm)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here