Konfrontacje z literaturą

Przypomnijmy, że motto tegorocznego festiwalu Konfrontacje Teatralne 2022 brzmiało: „Literatura chce więcej” – chce więcej od teatru, lecz i dla teatru. Lubelskie święto Melpomeny odbywało się po raz 27. od 1 do 30 października w realiach Centrum Kultury.

Spośród 9 pozycji festiwalu bodaj największe przeżycia teatrologiczne dał spektakl „Biblia: Próba” (reż. Jernej Lorenci ze Słowenii) Teatru im. Horzycy z Torunia. To opowieść o starotestamentowym Hiobie – próba dyskusji z taką „literaturą”. Ukazuje mit, który ani ateistów ani religijnych nie umacnia w postawie wobec Boga. Wybiera on bowiem pewnego człeka, by poddać go próbie wiary. W ramach zakładu z szatanem o prymat władzy nakłada na Hioba pasmo cierpień. A był to szczęśliwie żyjący facet, który kocha swoją żonę. Jednak w kwiecie wieku traci ją i wszystko.

Widownia otacza tu scenę, przez co ma tam wgląd jak na ring. Wpatrzeni w siebie za stołem siedzą Hiob (Paweł Tchórzelski) i jego żona (Maria Kierzkowska). Karmią się nawzajem chlebem, z ust męża płyną strofy biblijnej „Pieśni nad Pieśniami” – przepełniona erotyką partia Oblubieńca. Opodal stoją pulpity, z których aktorzy czytają wyimki „Księgi Hioba” – ubrani na czarno w galowe stroje jak w filharmonii. Bo i narracja przybiera tu formę koncertu – to koncert boleści. W recytacjach mamy kolejne odsłony nieszczęść bohatera. W ślad za tym idą krwawe epizody ilustrujące jego upadek. Szatan, tutaj skryty za rolą dyrygenta, poddaje Hioba torturom – niezwykle teatralnym, przerysowującym zadane mu cierpienia. Oblepia go krew sceniczna, popiół, konfetti, sreberka, taśmy klejące – nakładane na obnażone ciało. Ciało nieszczęśnika ma wyglądać na spektrum trądu. Symbolika udręki rośnie. Szatan dokleja mu serce z chleba, wbija w nie nóż. Wkrótce spotykają go dalsze męczarnie, wizualizują to strzały, które Hiob kolejno wbija sobie w serce. Niemy głos widowni pyta: W jakim celu? I tylko Bóg wie, dlaczego naznaczył go losem straceńca.

Zakrwawiony, spowity popiołem Hiob – już jako strzęp człowieka wlecze się na spotkanie z Bogiem, by pytać go o sens tego cierpienia, takiego życia. Ale Boga tam nie ma – jest jakaś kobieta, która przyjmuje go tuląc w swych ramionach. Hiob, więc buntuje się przeciw Bogu, a z jego braku odgrywa się na ludziach żyjących obok. Wraca i zakleja usta żonie, potem pozostałym. I uzasadnienia to recytując księgę Apokalipsy. Przepełniony cierpieniem po prostu robi odwet. Hiob nie może odegrać się na Bogu więc czyni to niewinnym ludziom, na oślep. Biblia nie wyjaśnia takiej odmiany bohatera. Ów brak logiki widziany w spektaklu komentatorzy traktują jako… krytykę bezrozumnego czytania świętych ksiąg. – Skoro Bóg fizycznie nie istnieje i opowieści te są tylko metaforami, należy uważać, bo wszelkie próby dosłownego odczytywania biblii i działania zgodnie z literą jej tekstu kończą się źle. I nie dla bohaterów owych ksiąg, lecz dla zwykłych ludzi, często tych najbliższych – pisze Tomasz Domagała.

A w finale sztuki…

Hiob przeżywa największą porażkę, gdy ów bunt okaże się być nie jego pomysłem, tylko aktem woli Boga. Sądził bowiem, że wyjawi fałsz całego teatrum grozy, obnaży intrygę ludzkimi siłami. Nic takiego jednak się nie dzieje – to tylko zamierzona część biblijnej opowieści. Bunt Hioba jest więc iluzją i ostateczną porażką jego mitu – nie wynika bowiem z istoty bohatera, a z opowieści, której był częścią. Takie manewry rozumu zapewnia nam ta inscenizacja.

Na koniec brzmią frazy biblii o tym, jak to Hiob przeszedł swą próbę i wraca po kataklizmie do… domu, gdzie siedzi zakneblowana przez niego żona. Zbrukany mężczyzna siada na swym krześle. Nie ma już sił kochać. Choć strofy biblijnej opowieści potwierdzają, że wszystko wróciło do normy. Wkrótce Hiob odrywa ze swego serca – chleba skrwawiony kawałek i podaje małżonce. Kobieta walczy z zachowaniem wyglądającym na bezsłowną rozpacz. Jesteśmy świadkami absurdu, który trudno komentować. – Kobieta wyjmuje radio i włącza jakąś muzyczkę. Czy szuka w niej ukojenia od cierpień, żalu i strachu, a może zagłusza resztki miłości, tego się już nie dowiemy. Po chwili wszyscy pogrążamy się w ciemności – pisze Domagała.

I trudno by tu do mrocznego finału sztuki dodać coś ponad tę oczywistość. „Biblia: Próba” to teatr stanowiący dla widza ogromne wyzwanie, to próba nowego spojrzenia na pytania, które ludzie zadają od 2 tys. lat – zwłaszcza w czasach, gdy odpowiedzią mogą być słowa z Księgi Koheleta: ,,Marność nad marnościami, wszystko to marność”.

„Badania ściśle tajne”

Spektakl pod tym tytułem przywiózł nam Teatr im. Kochanowskiego z Opola. Autor sztuki, Iwan Wyrypajew jest jednym z najbardziej cenionych współczesnych dramaturgów. Jego tekst – wyrafinowana, psychologiczna fabuła trafił w ręce reżysera (Norbert Rakowski), który zrobił z tego majstersztyk. To teatr bardzo przyciągający i pociągający, by śledzić podobne zjawiska z pogranicza nauki. Twórcy spektaklu powołują się na wywiady ze 150 ludźmi na temat ich życia zawodowego i prywatnego, prowadzone jesienią 2019 w USA. Firma badawcza wkrótce potem ulega rozwiązaniu.

Polka, prof. Borowska z Columbia Uniwersity poddana temu badaniu – wybitną rolę odgrywa tu Katarzyna Herman – trafia na grad pytań: Czy wierzy w Boga? Czy popiera aborcję? W jakich relacjach i konfiguracjach uprawia seks? Co myśli o eutanazji, o karze śmierci? Co zrobić z ludźmi na słabym poziomie rozwoju, którzy przeszkadzają tym lepiej rozwiniętym?

Można mieć wrażenie uczestnictwa w transmisji z komisji śledczej… Podobna „inwigilacja” etyczna dotyczy i innych: to 26-letnia Rachel Donelan, biolog zatrudniona w Watykanie oraz Morgan Smith, neurofizjolog z tejże Columbii. Ci również są zszokowani pytaniami. Sporo w nich intrygi. Zadające pytania głosy z offu, kobiecy oraz męski, nie oszczędzają respondentów. Instytut słono płaci za te wywiady, więc wymaga. Interesują ich przekonania, najskrytsze myśli, marzenia, troski – czyli to co skrzętnie skrywamy przed światem.

Dalsze kwestie bywają niewygodne, wręcz manipulujące: Co robić z miliardami ludzi, którzy niszczą Ziemię, prowadząc nas do samozagłady? Jak pozbyć się ludzi, którzy stanowią śmiertelne zagrożenie dla innych? Dlaczego istoty ludzkie są bardziej agresywne niż zwierzęta? Dlaczego świat stał się tak zły?

Pytani powołują się na: stopień rozwoju, osiągnięty etap kultury, na genetykę człowieka, na różnice w ewolucji mózgu człowieka. Ludzie o niższym poziomie rozwoju i kultury nie są wolni: rozwiązują konflikty tylko siłą – zabijają z agresji lub odwetu. Zadawanie pytań sprawia, że respondenci stają się nerwowi, ktoś reaguje płaczem. Można mieć wrażenie, iż oglądamy program TV o charakterze talk-show. To wciąga, choć przydługie monologi winny rozpraszać, zniechęcać widza. A jednak nie. Uczta to nie tylko intelektualna, lecz też z dużym ładunkiem emocji.

Spektakl odkrywa w końcu bezmiar tkwiącej w nas obłudy, hipokryzji – wychodzi na jaw że troje badanych żyje z sobą w intymnych związkach, każde z każdym.

„Badania ściśle tajne” to nade wszystko teatr poznawczy, treść gęsto utkana kulturowo. Również bodziec autorefleksji. Bo, jak rzecze Iwan Wyrypajew: – Kiedy mówimy o wolności, to rozumujemy liberalnie – że wolność to prawo myśleć i mówić w taki sposób, jak się czuje. Wolność to niezależność. Jeśli jesteś uzależniony od czegoś, to nie jesteś wolny. Ta sztuka angażuje widza ze szczętem. Trzymany w dłoni cukierek, by zjeść go w dogodnej chwili, rozpuszcza się….

Lubelskie sety festiwalu

Pierwszy spektakl wystawił Teatr im. J. Osterwy jako wspomnienie pozytywistycznej literatury Orzeszkowej przetykanej kresowym romantyzmem. „Nad Niemnem” (reż. Jędrzej Piaskowski) to historia dwóch żyjących po sąsiedzku rodzin szlacheckich, jakże różnych. Niemal wszystko ich dzieli, łączy jednak wspólna przeszłość. A ich świetlana przyszłość jawi się jako patriotyczna sielanka narodu zjednoczonego ponad podziałami klasowymi.

Przedstawienie jest bardzo, bardzo teatralne – spektakl, który gwarantuje czarowność i baśniowość. Ba, widać w tej inscenizacji jakiś relikt minionego okresu „Osterwy” – mało już kojarzony z obecną dyrekcją teatru. Mocną stroną tego epickiego spektaklu są aktorskie opisy przyrody. Wiele się tu opowiada i wspomina.

Salon dworku Korczyńskich, pogwarki przy klawesynie, to „fotografia” rodu pełnego melancholii i złych zdarzeń losu. Tu zgnuśniały, konformistyczny Benedykt miota się w sprzecznych tendencjach, jego efemeryczna Emilia mówi, że więdnie przy mężu, jej siostra Marta pełna jest zawiedzionych nadziei, niespełnionych oczekiwań. Widać w nich rozczarowanie życiem. Młodsza, Justyna to „szansa” na zmianę pokoleniową. Lecz ta nie nastąpi sama.

Korczyn jest tu traktowany jako tło dla pozytywistycznych przemian. Nadchodzą, gdy autorka sięgnie po etos zubożałej szlachty żyjącej opodal w zaścianku Bohatyrowicze. Dzieje się to w scenografii, która razi ekspresjonizmem – jakby żywcem z Teatru Andersena, zatem nieco naiwna: malowane pola i lasy z mega słońcem w tle, makiety koni i krów, kury z tektury a plaster miodu z gąbki – to wszystko ma dać obraz krainy sielskiej-anielskiej.

Niezwykle pozytywistycznie wypada tu Janek Bohatyrowicz żyjący w zgodzie z naturą. Bije od niego pracowitość i patriotyzm, ale i wewnętrzny spokój przetykany siłą witalną. Justyna i Jan wchodzą w dalszą fabułę zapatrzeni w siebie. Oboje są świeży i otwarci na wspólną przyszłość, widać w nich nadzieję na lepszą Polskę. Wspólnie ryzykują zmianę swych ról dla miłości. Opowieść o tym płynie tu leniwie jak inscenizowany Niemen.

„Kongres futurologiczny”

Według powieści Stanisława Lema pod tym tytułem pokazano drugi lubelski spektakl KT. Przedstawia wydarzenie, które odbędzie się w 2098 roku. Prześledził je i zrobił z tego inscenizację-rarytas lubelski reżyser Daniel Adamczyk. To sztuka absurdu, która może być prawdą.

Bohater kilku powieści Lema futurysta Ijon Tichy trafia na światowy zjazd naukowców zajmujących się prognozowaniem przyszłości. Futurysta relacjonuje kongres w debacie z innymi uczestnikami. Wszyscy oni zażywają środki odurzające, które wówczas łyka się, jak dziś suplementy diety.

VIII Kongres Futurologiczny obraduje w świecie, do którego dziś powoli dorastamy. Na Ziemi bowiem od lat jest skrajnie gorąco i coraz ciaśniej. Wtedy żyje tu 69 mld ludzi – legalnie, bo jakieś 26 miliardów utajonych. Średnia temperatura roczna wzrosła o 4 stopnie, więc ludzie żyją zamknięci w budynkach. 800-piętrowe wieżowce sięgają stratosfery, a mieszkańcy nie wychodzą z nich przez całe życie. Gmachy te gwarantują spełnianie wszystkich potrzeb w całej egzystencji człowieka. W obiegu zamkniętym. Istny wzorzec dla dzisiejszych urbanistów. Tylko jak to znieść?

– Pomagają w tym psychochemikalia – zgodnie twierdzą ówcześni naukowcy – bo dajemy ludzkości „narkozę” bez której, by siebie nie zniosła. I dlatego nie wolno świata z niej wybudzać. – Nawet jeśli ludzkość powoli ginie, niechaj przynajmniej nie cierpi. Skoro nie da się prawdy odmienić, trzeba ją zasłaniać – postulują futurolodzy. – To jest nasz humanitarny, ostatni ludzki obowiązek. Nic nam nie grozi, to „branie” jest wszak nie tylko bezbolesne ale i miłe. Farmakologia przyszłości przynosi w tej sztuce ulgę, pogodę ducha i spokój. Zupełnie jak w obecnych reklamach. Nawet jeśli wizja przyszłości nie jest tu zbyt pociągająca, to i tak warto znać bezmiar fantazji Lema – w tej sztuce przerasta wyobraźnię widza. Słowotwórstwo autora nie zna granic czasu i przestrzeni, gwarantuje świetną zabawę. Salę spowija sceniczna mgła. Muzykę budującą klimat S-F trio smyczkowe plus elektronika sugestywnie gra. Życzmy jednak tej sztuce wystawienia w lepszych warunkach niż te klaustrofobiczne w Sali Czarnej CK. Zasługuje na to.

Ostatnią sztuką, jaką zobaczyliśmy podczas festiwalu był performatywny monodram pt. „W tłumaczeniu” Adama Stoyanova – głuchego poety i aktora, w reżyserii Wojciecha Ziemińskiego. To dość hermetyczny spektakl, w którym wybitnie uzdolniony aktor dokonywał na oczach publiczności prób przełożenia poezji Tadeusza Różewicza na polski język migowy. Wyrażane w tym języku oklaski świadczyły, że eksperyment się powiódł. Marek Rybołowicz