Szpitale pracują – kolejki wróciły

W SPSK nr 4, podobnie jak w innych lubelskich szpitalach, przed przyjęciem do lecznicy trzeba przejść przez procedurę triażu

Wszyscy mamy przed oczami tę wizję: słaniające się na nogach pielęgniarki, lekarze z determinacją biorący się za bary ze śmiercią na oddziałach pękających w szwach od tłumów umierających na COVID-19, a wszystko przy wiecznym niedostatku środków. Ręce same składają się od oklasków, dzieci z wyciągniętymi językami malują kolejny obrazek pracowników ochrony zdrowia obok Supermana i strażaków z Australii. Piękne, heroiczne, wzruszające. Tylko, czy do końca prawdziwe?

Pandemia – złoty czas dla szpitali?

Pustka. Najbardziej dominującą cechą szpitali i poradni była w ciągu ostatnich 3 miesięcy pustka. Odwołane świadczenia i zabiegi terminowe, przerwany bieg kolejek do specjalistów, ograniczenia dostępu, ale przede wszystkim strach samych pacjentów opróżniły placówki ochrony zdrowia dużo skuteczniej niż gdyby pandemia faktycznie okazała się tak zabójcza, jak się obawiano. Czy jednak w taki sam sposób opróżniono kasy szpitali, czy rzeczywiście dotknęła je zapaść głębsza jeszcze niż w przypadku gospodarki? Otóż dokładnie przeciwnie.

Przez cały okres trwania pandemii wszystkie jednostki mające podpisane kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia otrzymywały planowo 1/12 transzy dofinansowania przewidzianej w umowach pomimo tego, że niemal ustało udzielanie świadczeń. Mówiąc prościej – szpitale ponosiły jedynie koszty stałe, związane z utrzymywaniem obiektów i pracowników, nie wydając niemal nic na pacjentów, operacje, leki i badania inne niż koronawirusowe (te jednak w ograniczonej liczbie placówek).

Jakkolwiek więc by szokująco nie brzmiało – dla jednostek ochrony zdrowia te trzy miesiące… spokoju okazały się nader intratne z ekonomicznego punktu widzenia, pozwalając znacznie poprawić księgowe wyniki, zbliżając do tak ukochanej przez rządzących równowagi bilansowej. Oczywiście, ludzie – pracownicy, zwłaszcza laboranci i diagności bali się, jak wszyscy, bo to jak wszyscy pozostali pozbawieni byli rzetelnej wiedzy na temat realnej skali zagrożenia. Dla dyrektorów szpitali jednak – to był złoty czas!

Byłoby nieźle – gdyby nie ci pacjenci…

Który właśnie dobiegł końca. Po pierwsze dlatego, że pacjenci wracają. Jak wiadomo, ochrona zdrowia to w ogóle byłaby fajna robota, gdyby nie ci kręcący się wszędzie chorzy… A ci teraz przychodzą i zadają pytania – te same, których ktoś nie zadał i na które nie odpowiedział niefrasobliwie zamykając w lutym i marcu dostęp do normalnych świadczeń medycznych. Co z miejscami w kolejkach do specjalistów? Czy ci, których terminy uciekły są teraz pierwsi, czy ostatni na listach? Co z zabiegami? Ile się teraz będzie czekać na przeszczep rogówki, na wstawienie protezy biodrowej? Endokrynologów też przecież nie przybyło…

Chyba najlepiej ilustruje tę jedną wielką niewiadomą kolejka jak najbardziej fizyczna, czasem ułożona według zasad „social distancing”, czasem we wzburzeniu i zniechęceniu łamiąca szyk, ustawiona do… namiotów przed największym lubelskim szpitalem, SPSK nr 4.

Jego pracownicy czynią cuda, żeby zaprowadzić jako taki ład i reorganizować terminarze przyjęć, ale uderza brak jakichkolwiek wytycznych płynących z góry, z NFZ i ministerstwa zdrowia, które jak podczas lockdownu udawało, że rządzi całym krajem – tak teraz, gdy naprawdę i w sumie po raz pierwszy mogłoby się na coś przydać – jakby się pod ziemię schowało. To jednak tylko pozór. W istocie bowiem urzędnicy pracują, ale nad tym, co najważniejsze dla nich: jak rozliczyć te przekazane szpitalom pieniądze w ramach kontraktów, których przecież… nie wykonywano?

Wiara, nadzieja i dobre chęci zamiast konkretów

– Trudno sobie jednak wyobrazić sytuację, aby NFZ sfinansował świadczenia, które się nie odbyły. Co będziemy finansować? Potencjał szpitali? Utrzymanie gotowości? Jeśli kadra w takich placówkach jest na kontraktach – co wtedy finansować? Takich pytań jest wiele. I nie jest łatwo dzisiaj na nie znaleźć odpowiedź – przyznaje się do bezradności wiceminister zdrowia Sławomir Gadomski i nie, żeby to było zaskakujące, ale jednak przeraża. Oznacza bowiem, że nikt w całym wielkim, zbawczym, ocalającym Polskę resorcie zdrowia nie myślał przez te 30 miesiące, przeszło 90 dni nad tym CO DALEJ? Jak niby ochrona zdrowia ma wrócić do normalnej działalności?

Zamiast konkretów – urzędnicy i politycy nadal mają pełne usta wiary, nadziei i dobrych chęci. – Chcielibyśmy, aby świadczeniodawcy stracony czas nadrobili. Pandemia nie zatrzymała chorób. Nie mamy dzisiaj ich mniej z zakresu kardiologii, neurologii, onkologii. Podobnie jak innych usług, które są finansowane w systemie ‘’fee-for-service’’ dodatkowo bez limitu. Wierzymy, że przynajmniej w tych zakresach, przy zmianach systemu pracy, świadczeniodawcy będą w stanie przynajmniej częściowo je nadrobić, po to, by przede wszystkim zaspokoić potrzeby pacjentów – opowiada Gadomski, ale to tylko… opowieści.

Realia zaś na dziś są takie, że szpitale czy to zasłaniając się nadal trwającym reżimem sanitarnym, czy to ponoszonymi kosztami stałymi, czy koniecznością dalszych reorganizacji i dopasowania do ogólnie pogarszającej się sytuacji gospodarczej kraju ani myślą z pieniędzy już otrzymanych finansować działalności, którą powinny teraz wznowić do w miarę normalnych rozmiarów.

Co to oznacza w praktyce? Że nie będzie dodatkowej puli świadczeń z tych trzech miesięcy, kiedy nie były udzielane, a więc niektóre oddziały – jak co roku – ogłoszą wyczerpanie kontraktów najdalej na koniec trzeciego kwartału i zakończą przyjęcia. Kolejki żadną miarą nie zostaną więc rozładowane do końca roku, ale przeciwnie, zdublują się i wydłużą o kolejne miesiące!

Strach i zakaz odwiedzin zabija częściej od koronawirusa

Tymczasem sytuacja zdrowotna Polaków uległa dodatkowemu pogorszeniu. Alarmują o tym od tygodni specjaliści z wszystkich dziedzin medycyny. Co gorsza, wzrosła też śmiertelność spowodowana utrudnieniami w dostępie do szpitali i lękiem przed koronawirusem. – Według danych z 10 największych ośrodków kardiologicznych w Polsce liczba hospitalizacji z powodu zawału serca spadła w okresie pandemii średnio o 25 proc. Można przyjąć, że śmiertelność w tych przypadkach zawałów, niestety, wzrosła.

Badacze we wszystkich krajach europejskich, a także w Stanach Zjednoczonych twierdzą, że zjawisko to wywołane jest strachem oraz obawami chorych przed zakażeniem koronawirusem. Dlatego pacjenci często, mimo wystąpienia objawów zawału serca: nawet bardzo silnego bólu w klatce piersiowej, a także symptomów ostrej zatorowości płucnej czy tętniaka rozwarstwiającego aorty, nie wzywają karetki pogotowia – mówił podczas wideokonferencji „Rynku Zdrowia” prof. Adam Witkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Część nawet ciężko chorych i cierpiących nie chciała i nadal nie chce za żadne skarby trafić do szpitala, bo na oddziałach wciąż obowiązuje zakaz odwiedzin pacjentów, a nikt nie chce chorować, a nie daj Boże umierać, bez możliwości spotkania się z bliskimi.

Tak jak się spodziewano – wzrosła też liczba odnotowywanych przypadków depresji, stanów samobójczych. I poza podmiotami pozarządowymi i tak niosącymi pomoc na tych polach nikt w sposób zorganizowany nie przedstawił programów osłonowych dla całych mas dotkniętych szczególnie niebezpieczną chorobą: psychozą lękową. Tymczasem – Strach jest czymś naturalnym, czymś co pozwala przeżyć. Czym innym jest jednak strach irracjonalny, a z nim mamy często do czynienia w przypadku koronawirusa. Wiele osób na świecie i lekarzy zachowuje się tak, jakbyśmy do ubiegłego roku nie mieli chorób zakaźnych, żadnych wirusów i bakterii.

Tak naprawdę jest wiele wirusów groźniejszych niż SARS-CoV-2 – tłumaczył dr Marek Posobkiewicz, główny inspektor sanitarny MSWiA podczas debaty „Pandemia a lęk. Czy można go opanować?”. – W przypadku obecnego koronawirusa mamy do czynienia z niewielką zjadliwością i niską śmiertelnością, ale wirus – poprzez osoby skąpo objawowe bądź bezobjawowe – jest bardzo łatwo rozprzestrzeniany w środowisku z tego względu, że nikt z nas, nie mając wcześniej kontaktu z tym wirusem, nie ma swoistej odporności.

W przyszłości zgodnie z logiką, najprawdopodobniej koronawirus będzie powodował w naszym środowisku infekcje dróg oddechowych i niczym specjalnym nie będzie się różnił od pozostałych wirusów, które takie infekcje powodują – wyjaśnia dr Posobkiewicz. I to jest z pewnością świadomość uspokajająca, na pewno bardziej niż zapowiedzi przywrócenia obostrzeń podczas spodziewanego jesiennego nawrotu pandemii. Nadal jednak prognozy takie nie dają odpowiedzi na podstawowe pytania:

Chora Polska

Jak przywrócić choćby operacyjność ochrony zdrowia sprzed pandemii (i tak uznawaną przecież powszechnie za niezadowalającą)? Jak rozładować już widoczne przeładowanie i spiętrzenie zaległych świadczeń? Jak wprowadzić wreszcie ich płynność i dostępność na przyszłość?

Odpowiedzi brak, a ministerstwo zdrowia i NFZ kręcą się w kółko wokół stworzonych przez siebie problemów. „Przecież płaciliśmy przez cały czas, więcej pieniędzy nie ma, trzeba było oszczędzać!” – upierają się urzędnicy. „Byliśmy na pierwszej linii, mieliśmy czekać w gotowości, trzymać dyżury na pustych salach to trzymaliśmy, teraz potrzebujemy więcej!” – ripostują szpitale. „Ale nie ma więcej!” – złoszczą się biurokraci. „To nie mamy za co leczyć!” – odbijają lekarze. Kwadratura systemu trwa. Polska jest chora, i to nie na koronawirusa… TAK