Więzienne połyki

To niepojęte, co potrafią połknąć więźniowie, żeby trafić do szpitala. Ryzykują zdrowie i życie, by choć na chwilę wydostać się z celi.

W środę (21 września, po południu) dyspozytor 112 odebrał zgłoszenie do Zakładu Karnego w Chełmie. Na miejsce natychmiast wysłał zespół ratownictwa medycznego. Powód: jeden z osadzonych źle się czuł. 33-letni więzień był cały zlany potem i było mu słabo po tym, jak połknął… żyletkę, zapalniczkę i metalowe cążki do paznokci.

To nie jedyny taki przypadek. Tzw. połyki to ulubiony sposób samookaleczenia osadzonych. I co z tego, że metalowe przedmioty ranią układ pokarmowy i wplątują się w narządy wewnętrzne?

– Widelce i łyżeczki są nagminne. Był też nóż, sprężyny od łóżek, a nawet metalowy wieszak na ubrania – wymieniają pracownicy chełmskiej stacji pogotowia, których zadaniem jest transport takiego szaleńca do szpitala.

Przyczyn tej formy autoagresji może być kilka: od zaburzeń psychicznych po próbę szantażu i wymuszenia w ten sposób jakiejś korzyści dla siebie czy zwykłą chęć chwilowego wyrwania się z celi do wygodniejszego, szpitalnego łóżka. O ewentualnej operacji chirurgicznej połykacz raczej nie myśli.

„Wbitki” to kolejny sposób na więzienny bunt. Chełmscy medycy pamiętają dobrze jeden przypadek: mężczyzna miał szpilki wbite w gałki oczne i serce. Z oczu zostały one usunięte, ale ta w sercu pozostała, bo ruszenie jej byłoby zbyt niebezpieczne, a w codziennej egzystencji osadzonemu nie przeszkadzała. (pc)