Winni ludobójstwa pozostali bezkarni

Gmach szpitala, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W środę, 12 stycznia, minęły dokładnie 82 lata od dnia, w którym żołnierze SS wkroczyli na teren chełmskiego szpitala. Po bestialskim mordzie na 440 pacjentach – dorosłych i dzieciach – Niemcy utworzyli tu fikcyjny szpital śmierci dla Żydów. Miasto złożyło hołd ofiarom w rocznicę tych tragicznych wydarzeń z najczarniejszych kart historii narodu polskiego.

Na początku stycznia 1940 roku do Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Chełmie przyjechała dwuosobowa komisja w zielonych mundurach, z trupimi czaszkami na czapkach, które wskazywały na członków SS. Niemcy oglądali sali chorych, w tym oddział dziecięcy, rozmawiali z ówczesną dyrektor placówki. Niespodziewanie, sześć dni później, 12 stycznia 1940 roku, oddział SS wkroczył do chełmskiego szpitala dla nerwowo chorych. Uzbrojeni żołnierze niemieccy otoczyli budynki. Personelowi nakazano w ciągu 10 minut opuścić placówkę, zostawiając jedynie grupę około 10 pielęgniarzy, którzy mieli kolejno – w małych grupkach – wyprowadzić chorych na dziedziniec. Najpierw dorosłych, potem dzieci.

Rozpoczęła się masakra, a pierwszymi ofiarami byli dwaj księża, będący akurat na spacerze przed budynkiem. Niemcy rozstrzeliwali pacjentów przed drzwiami budynków, zaczynając od oddziału męskiego. Ci, którzy próbowali się opierać przed wyprowadzeniem na dwór i chować w salach szpitalnych, byli wypędzani lub rozstrzeliwani w środku, po czym wyrzucani przez okna. Niektórych wywlekano z łóżek w koszulach, boso, czasem nago. Rannych dobijano na placu przed szpitalem. Dzieci płakały, piszczały, próbowały się schować, a załoga SS strzelała do nich z karabinów maszynowych.

Niektórzy zdołali zbiec, Niemcy jednak szybko znaleźli uciekinierów, doprowadzili ich na plac i zamordowali. Przed szpitalem urosły dwa stosy ludzkich ciał, których przez noc pilnowali dwaj żołnierze. Następnego ranka Niemcy zarekwirowali furmanki jadące na targ, razem z personelem szpitala (po masakrze przetrzymali ich na noc) wrzucili trupy na wozy i wywieźli z miasta. Za masowy grób pomordowanych posłużył dół po bombie zrzuconej w 1939 r., przy drodze w Horodyszczu. Ciała zasypano wapnem. Wiosną, gdy po roztopach zwłoki „wypłynęły”, mogiłę zasypano ziemią.

Najmłodsi pacjenci z opiekunkami, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Życie niewarte żywota

Zbrodnia na pacjentach Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Chełmie była jedną z pierwszych tego typu w Polsce, ale likwidację „życia niewartego żywota” Niemcy rozpoczęli już wcześniej na terenie Rzeszy – od najmłodszych. Potem uznali, że skoro mogą zabijać dzieci, dlaczego by nie poddać „eutanazji” dorosłych (chorych psychicznie, cierpiących na schizofrenię, padaczkę, otępienie, zespół Downa, z zaburzeniami rozwojowymi, przebywających w zakładach opiekuńczych). Zaczęło się od wydarzeń z lutego 1939 roku, kiedy to do Hitlera zwrócił się niejaki Knauer, esesman z Lipska, z prośbą o zgodę na „usunięcie” własnego dziecka, które urodziło się z „wrodzonym idiotyzmem” i niedorozwojem. Likwidację zlecono osobistemu lekarzowi Hitlera, dr. Karlowi Brandtowi. Skoro w ten sposób można było zachować tzw. czystość rasy, w oparciu o wrześniowy dekret Hitlera o eutanazji, rozpoczęła się pełna eksterminacja chorych psychicznie i upośledzonych.

Nadzór nad zadaniem otrzymał Brandt oraz szef Kancelarii Hitlera, Philip Bouhler, odpowiedzialny za akcję został Viktor Brack, z-ca szefa kancelarii. Powołany też został Komitet Eutanazji. Niemcy działali według planu – przejmowali kierownictwo szpitala, a dzięki rozszerzonym kompetencjom lekarze typowali do „łaskawej śmierci” nieuleczalnie chorych. Operację, która w rzeczywistości stała się pierwszym masowym mordem ludności przez nazistów, nazwano w skrócie „T4” (od adresu siedziby przy Tiergartenstrasse 4), a jej celem było wyniszczenie ludzi określanych jako „niezdolnych do współżycia społecznego i wiodących żywot niegodny życia”. Pacjenci byli transportowani do ośrodków na terenie Rzeszy, w których dokonywano egzekucji. Najpierw za pomocą zastrzyków i leków, potem tlenku węgla. Do rodzin pomordowanych wysyłano listy kondolencyjne, w których podawano naturalne przyczyny śmierci chorych i błędne daty.

Szacuje się, że w ramach akcji T4 żołnierze SS zabili łącznie około 440 pacjentów chełmskiego szpitala – 300 mężczyzn, 123 kobiety i 17 dzieci. Z tragedii uratowało się zaledwie 9 osób. To mimo wszystko umowna liczba, która nigdy do końca nie zostanie zweryfikowana, bo oprócz „obłąkanych” w szpitalu byli też prawdopodobnie szukający schronienia polscy żołnierze. Zresztą Niemcy dokładnie zacierali ślady, paląc dokumentację szpitala. Po wojnie udało się zidentyfikować tylko 39 ofiar: 22 dorosłych, w tym 2 lekko niepełnosprawnych księży (pierwsze ofiary) oraz 17 dzieci. Reszta pozostaje wciąż bezimienna, pochowana w zbiorowej mogile, ok. 150 m od budynku szpitala (dzisiejszego pawilonu C).

Mogiła ofiar niemieckich zbrodniarzy, fot. UM Chełm

Irrenanstalt Cholm – fikcyjny szpital śmierci

Po likwidacji Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego w Chełmie budynki zmieniły się w koszary SS, a w połowie 1940 r. powstał tu „Irrenanstalt Cholm” – jedna z największych fikcji nazistów.

Transporty chorych do ośrodków, gdzie dokonywano egzekucji, trzeba było ukryć. W miejscu dawnego szpitala utworzono zatem fikcyjny szpital niemiecki, do którego rzekomo przewożeni byli pacjenci ze szpitali z terytorium Rzeszy. Formalnie żydowscy pacjenci zaczęli figurować jako pacjenci „Irrenanstalt Cholm”, gdzie średnio po kilku miesiącach pobytu zmarli z przyczyn naturalnych. Prowadzono rejestr wysyłanych do Chełma chorych w powołanym specjalnie biurze (Referat XY), którego siedziba znajdowała się w Berlinie. W ten sposób nie tylko kamuflowano zbrodnię, ale też „wyłudzano” pieniądze od rodzin pomordowanych na terenie Rzeszy. Niemcy byli na tyle skrupulatni i zdeterminowani, że wysyłali pociągiem do Lublina lub Chełma kuriera, który stąd nadawał pocztą do rodzin pomordowanych listy ze sfałszowanymi dokumentami medycznymi, fikcyjnymi aktami zgonu, kondolencjami i informacją o konieczności uiszczenia zapłaty za pobyt pacjenta w Chełmie w zmyślonym okresie oraz koszty pogrzebu zmarłego (łączna kwota mogła wynosić tyle, co ówczesne średnie miesięczne wynagrodzenie).

Jak podają historycy, akcją objęto około 5 tys. chorych z terenu Rzeszy i Austrii. Jeden z pierwszych transportów 191 osób do Chełma miał rzekomo miejsce 20 września 1940 r. (191 osób przewiezionych z ośrodka Eglifing-Haar). Potem do Chełma mieli trafić niepełnosprawni z Norymbergii i Bawarii. W rzeczywistości pacjenci trafiali do ośrodka w Hartheim, gdzie zginęli w komorze gazowej. Fikcyjne daty śmierci podane rodzinom obejmowały okres od grudnia 1940 do końca marca 1941 r.

Tak też „uciszano” rodziny poszukujące krewnych – do wszystkich, którzy wysyłali listy z zapytaniem o miejsce pobytu chorych, rozsyłano odpowiedzi z informacją, że pacjenci zostali przeniesieni do Chełma i tu zmarli („Prosimy uiścić należne opłaty”).

W 1941 r. oficjalnie nastąpił koniec akcji T4, do czego doprowadziły sprzeciw w społeczeństwie niemieckim oraz interwencje Kościoła. Nieoficjalnie zbrodnia na chorych trwała dłużej. Szacuje się, że w okresie „szczytowym” akcji (1940-1941) Niemcy zabili ponad 70 tys. chorych i niepełnosprawnych. W ramach całej operacji – o wiele więcej (później nakazano głodzenie pacjentów). Nikt nie odpowiedział za zbrodnie na bezbronnych.

Znicze płoną co roku

W 1970 roku, w miejscu gdzie pochowano pomordowanych pacjentów szpitala, usypano kopiec, umieszczono krzyż i kamienny mur z pamiątkową tablicą. Dwadzieścia lat później poświęconą ofiarom zbrodni tablicę umieszczono również na jednym z budynków dawnego szpitala (wykorzystywanym przez Medyczne Studium Zawodowe). Z kolei kilka lat temu miasto odrestaurowało tablicę, umieszczając na niej opis zbrodni i nazwiska tych, których udało się zidentyfikować. Oznakowane zostało też dojście do miejsca pamięci (koszty pokryli: urząd i szpital). Ku pamięci pomordowanych pracownicy MPGK zasadzili tam też 440 czerwonych berberysów. Rokrocznie, w rocznicę nazistowskiej zbrodni, na zbiorowej mogile zapalane są znicze przez przedstawiciela chełmskiego samorządu. W tym roku hołd ofiarom niemieckiej zbrodni w rocznicę tych tragicznych wydarzeń złożyli Dorota Cieślik – zastępca prezydenta Chełma oraz Wojciech Wójcik – dyrektor gabinetu prezydenta.

(opr. Paulina Ciesielska)

1 KOMENTARZ

  1. Tym bardziej powinniśmy zażądać zadośćuczynienia ze strony Niemców. Ale nasi euroentuzjaści są tak zapatrzeni w zgniły zachód, że wątpię by to się stało.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here