Z zapaleniem kości zamknęli chorą na psychiatrii

Nie wiedziałam, gdzie jadę. Pytałam ratowników, a wtedy jeden z nich odwrócił się do mnie i powiedział: „Pani zna to miejsce, już tam pani była”. Zdębiałam i zaczęłam dumać, czy chodzi o ortopedię czy chirurgię. A oni pomogli mi wyjść z karetki i zaprowadzili na psychiatrię. Pielęgniarka patrzy na mnie i mówi zdziwiona: „To nie ta Renata, to inna! Ja panią pierwszy raz widzę”.

– Gdy przeczytałam ten artykuł („Z zapaleniem płuc trafił na psychiatrii” z czerwcowego wydania – przyp. red.), wszystko stanęło mi przed oczami. Wróciły najgorsze wspomnienia o tym, jak tam traktuje się człowieka, jak na siłę wmuszano we mnie leki. Najgorsze, że nie miałam na miejscu nikogo, kto by się za mną wstawił. Pamiętam jedną dziewczynę. Gdy trafiłam na oddział, ona chodziła po korytarzu, taka młoda i żywa, pełna sił. Gdy wychodziłam, w niej już nie było życia.

Tylko siedziała i gapiła się w jeden punkt na ścianie – opowiada pani Renata. Głos jej drży i momentami załamuje się, a do oczu napływają łzy.

Był czerwiec 2016 roku. Problem ze stawami i kręgosłupem pani Renata miała od pewnego czasu. Ból, gdy nachodził, bywał nie do wytrzymania. Kobieta nie miała nikogo do pomocy, mąż zmarł przed kilkoma laty, a najbliższa wnuczka mieszka za granicą. Musiała sobie radzić sama. Czasem boleści koiły tabletki przepisane przed rodzinnego lekarza.

Tego feralnego dnia, wychodząc z łazienki, pociemniało jej przed oczami, straciła równowagę i upadła, uderzając o próg i obijając twarz. Pani Renata, z przeszywającym bólem kręgosłupa, zdołała doczołgać się do telefonu i wezwać pomoc. Pogotowie zabrało ją od razu na SOR. Tomografia głowy, kilka godzin spędzonych na czekaniu i badaniach, a potem znów do karetki, tym razem szpitalnej.

– Nie wiedziałam, gdzie jadę. Pytałam ratowników, a wtedy jeden z nich odwrócił się do mnie i powiedział: „Pani zna to miejsce, już tam pani była”. Zdębiałam i zaczęłam dumać, czy chodzi o ortopedię czy chirurgię. A oni pomogli mi wyjść z karetki i zaprowadzili na psychiatrię. Spojrzałam na napis na drzwiach i pytam, dlaczego, przecież mnie kręgosłup boli – wspomina z trudem pacjentka.

– Na izbie przyjęć próbowałam przekonać pielęgniarkę, że nie nadaję się na ten oddział. A ona do mnie: „Tu panią przywieźli, nie ma dyskusji. Jak pani chce, ale jeśli pani wyjdzie i znów upadnie, to my za panią nie odpowiadamy”. Nie miałam wyjścia, nie byłam w stanie przecież ustać na nogach, a co dopiero sama wrócić do domu. Podpisałam zgodę, a pielęgniarka opróżniła mi torebkę.

Łzy same płynęły mi po policzkach. Druga pielęgniarka spojrzała na mnie i mówi zdziwiona: „To nie ta Renata, to inna! Ja panią pierwszy raz widzę”. Następnego dnia pytałam lekarza, dlaczego tu jestem, to rzucił tylko: „Przyzwyczai się pani”. W końcu udało mi się zadzwonić do wnuczki, do Anglii. Wnuczka natychmiast wykonała telefon do lekarza, bo nie mogła przylecieć do Polski, ale doktor nie chciał jej nic powiedzieć. Stwierdził, że nie będzie z nią dyskutował i rzucił słuchawką – mówi z żalem kobieta.

P. Renata nie chciała przyjmować leków psychiatrycznych, które dostawała. Nie wiedziała, w jakim celu ma je zażywać i na jakiej podstawie trafiła na oddział zamknięty. Sądziła, że to może przez siniaki na głowie, których się nabawiła podczas upadku. A jedyną odpowiedzią na wszystkie pytania było: „Tu panią skierowano z SOR-u”. – To było takie upokarzające. Sikałam z bólu, przy łóżku, bo nie mogłam chodzić.

Prosiłam o leki przeciwbólowe, to dawali mi ketonal. W końcu wybłagałam o prześwietlenie kręgosłupa, ale w odpowiedzi na pytanie o wyniki badania i czy teraz mnie przewiozą na ortopedię, doktor stwierdził: „My tu pani kręgosłupa nie uleczymy. Wypiszemy panią i pani się leczy we własnym zakresie”. Trzymali mnie w sumie trzy tygodnie. A ile ja się w tym czasie napatrzyłam na to, jak tam się traktuje ludzi… Jak pielęgniarki wydzierają się na pacjentki: „jedz”, „łykaj”, „co nie dasz rady?!”.

Po opuszczeniu oddziału lekarz rodzinna wypisała skierowanie na neurologię. Tam okazało się, że stan kobiety jest fatalny. Lekarze od razu zdiagnozowali u niej zapalenie kości i szpiku kostnego w zaawansowanej fazie. Rozpoczęła się walka o zdrowie, jeśli nawet nie o życie. Bo wnuczkę kobiety (udało jej się przyjechać do kraju) medycy uprzedzili nawet, by była przygotowana na najgorsze… – Cudem z tego wyszłam, ale dopiero w Lublinie. Jestem w znacznym stopniu niepełnosprawna, ale teraz przynajmniej chodzę, bo przez ponad rok w ogóle nie mogłam dać kroku – przyznaje p. Renata.

Do dziś kobieta nie wie, dlaczego zabrano jej trzy tygodnie z życia, kto i na jakiej podstawie skierował ją z obolałym kręgosłupem na psychiatrię oraz co by było, gdyby wcześniej wykryto zapalenie. A co ma dziś do powiedzenia w tej sprawie chełmski szpital?

– Z karty wynikało, że pacjentka kwalifikowała się na oddział – odpowiada lek. Lech Litwin, zastępca dyrektora ds. medycznych w szpitalu wojewódzkim w Chełmie.

Lekarze utrzymują, że tamtego czerwcowego dnia, kiedy kobieta trafiła na SOR, była w „stanie smutku” i sama miała prosić o pomoc w wyjściu z niego. Od mniej więcej dwóch tygodni nie jadła i nie piła nic poza kawą, a do tego paliła papierosy, co dla medyków nie było normalne (p. Renata tłumaczyła, że z bólu nie była w stanie nic przełknąć…). Poza tym kobieta przed laty, tuż po śmierci męża, leczyła się na nerwicę, a w trakcie wywiadu na SOR-ze powiedziała, że nie bierze już leków i zaprzestała leczenia. (pc)