Zrozpaczony ojciec na skraju załamania

Zdjęcie poglądowe

Janusz Bąk z Chełma od kilku lat usiłuje doprowadzić na ławę oskarżonych winnych śmierci jego syna, który popełnił samobójstwo przez mobbing ze strony przełożonych z Komendy Miejskiej Policji w Lublinie. Jedyne, co osiągnął, to zszargane zdrowie i nerwy, bo Temida w tym wypadku jest naprawdę ślepa.

– Rzeczy syna do dnia dzisiejszego nie zostały mi oddane, choć od jego tragicznej śmierci mija ponad 6 lat – mówi rozżalony Janusz Bąk. – Policjantka, która je wzięła, uciekła na zwolnienie lekarskie, na którym przebywa już niemal rok. W tej sprawie nie przesłuchano przełożonych syna. Dlaczego jego rzeczy osobiste zostały wystawione z jego pokoju na korytarz w komendzie, gdzie pracował? – to tylko niektóre z wielu do tej pory niewyjaśnionych zagadek, które zrodziła samobójcza śmierć młodego policjanta.

O sprawie, która miała trafić m.in. na biurko ministra sprawiedliwości, pisaliśmy już kilkakrotnie. Pan Janusz, nie szczędząc sił i środków, od kilku lat docieka sprawiedliwości dla swojego syna Andrzeja, który będąc policjantem lubelskiej komendy, tuż po powrocie ze służby wyskoczył z wieżowca.

– Na samym początku zwróciłem się o pomoc do Zdzisława S., który wcześniej był naczelnikiem w Policji – opowiada Bąk. – Miał mi pomoc wyjaśnić tajemnicę śmierci syna, tymczasem przez 3 lata nie zrobił nic, a zamiast tego utrudniał i przedłużał swoje nibyśledztwo, zwodząc mnie i oszukując. Nie oddał mi też wszystkich akt, które mu powierzyłem – twierdzi pan Janusz.

Według śledczych jego syn Andrzej Bąk – funkcjonariusz KMP w Lublinie – popełnił samobójstwo ze względu na problemy osobiste, ale jego rodzina jest zupełnie innego zdania. Ma nawet dowody, że Andrzej był mobbingowany przez swojego bezpośredniego przełożonego, który zresztą wcale nie krył się z tym, że nie przepada za młodym policjantem. Tylko co z tego, skoro żaden prokurator ani sędzia nie chcą ich zauważyć, nie mówiąc o ich uwzględnieniu. Dlatego wszystkie pisma, odwołania od wyroków i zażalenia na postanowienia składane przez pana Janusza są oddalane.

– Już nie wiem, co jeszcze mogę zrobić – mówi zrezygnowany mężczyzna. – Od dawna próbuję przekonać prokuratora i sąd, że zeznania moje i żony spisane niedługo po śmierci Andrzeja są przerobione i zmienione, a nikt nie chce uznać naszych racji. Zwróciłem się nawet z prośbą, że sam opłacę biegłego grafologa i informatyka, by sprawdzili autentyczność moich pierwszych i żony zeznań z prokuratury w Lublinie z dnia 21 listopada 2016 r. od prowadzącej postępowanie prokurator Anny S., które ewidentnie są sfałszowane, ale nie udzielono mi na to zgody. Przecież gdyby wszystko z tymi dokumentami było w porządku, to nawet dla świętego spokoju prokuratorzy powinni je zbadać. Nie dają na to zielonego światła, bo jestem przekonany, że zdają sobie sprawę z tego, że może to ich obciążyć – opowiada mężczyzna.

Przyznaje też, że jest już na skraju załamania psychicznego i fizycznego, które dodatkowo potęguje fakt, że żaden adwokat nie chce podjąć się tej sprawy. – Wszyscy mówią, że wiedzą czym ta sprawa śmierdzi. Dotychczasowi zrezygnowali i nie odbierają ode mnie telefonów, a nikt inny nie chce się mieszać w walkę z układem. Prawnicy doskonale bowiem wiedzą, że jeśli staną po mojej stronie, będą mieli duże problemy w przyszłości, bo przecież nikt nie może wystąpić przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. Z całą odpowiedzialnością oskarżam Prokuraturę Rejonową w Kraśniku o przerobienie zeznań moich i żony. Nie twierdzę, że ich podejrzewam, lecz oskarżam – dodaje Bąk.

Te wszystkie niepowodzenia sprawiły, że w głowie zrozpaczonego ojca zaczęły pojawiać się bardzo desperackie myśli. Obecnie mężczyzna planuje wykonać wielki baner i udać się z nim do Warszawy pod gmach Ministerstwa Sprawiedliwości i stać tam tak długo, aż zostanie zauważony. – Nie mam już nic do stracenia. Moją ostatnią szansą jest znalezienie adwokata spoza układu. Jeśli jest taka osoba, zapraszam do współpracy. Koszty nie grają roli – dodaje Bąk. (bm)