Karetka jeździła non stop

Petardy w ogrodzie, rany od fajerwerków, libacje na klatkach, bójki, nieprzytomni na ulicach, grożenie samobójstwem – tak oczami policjantów i pracowników pogotowia wyglądał przełom starego i nowego roku.

Najwięcej interwencji policji w noc sylwestrową dotyczyło pijanych awanturników w domach, ale te zdarzają się niemal każdego dnia. Poza zakłócaniem spokoju przez grupki pijących na klatkach schodowych, niepożądanymi petardami na własnym podwórku i całą masą nieprzytomnych po alkoholu, do najpoważniejszego zdarzenia doszło w Kamieniu. W trakcie odpalania fajerwerków o północy ucierpiał 26-letni miejscowy. Mężczyzna (podobno przechodził akurat ulicą i nie brał udziału w odpalaniu) został uderzony fajerwerkami w okolice prawego oka. Został przewieziony do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Chełmie.

Wielu chełmian zdecydowało się noc sylwestrową spędzić w pubach i restauracjach. Niestety, gdy procenty uderzyły do głowy, w ruch poszły pięści i zabawa szybko się skończyła. Tak było m.in. w „Misiu” – około godz. 2 na sygnałach pędziły tam dwa radiowozy. Co się stało? Chłopak naraził się innym imprezowiczom. Zarobił parę ciosów, ale odbyło się bez wizyty w szpitalu. Policjanci poinformowali go o jego prawach i odjechali. Do podobnej sytuacji doszło przed wejściem do domu weselnego „Za Borkiem”, gdzie trzech uczestników zabawy miało „dokuczać” innemu gościowi.

O wiele gorzej sylwestrowa gorączka wyglądała z perspektywy załogi pogotowia ratunkowego. Trzy obsługujące miasto karetki pracowały niemal non stop. Tylko w Chełmie wyjeżdżały do pacjentów 18 razy, zaś w trzech powiatach (chełmskim, krasnostawskim i włodawskim) około 40. W Nowy Rok ratownicy odnotowali kolejnych 38 wyjazdów, z czego 17 na terenie Chełma.

Gdy znaczna część chełmian bawiła się na sylwestrowej zabawie, w mieszkaniu przy ul. Narutowicza rozgrywał się dramat. Samotna 46-latka zadzwoniła pod numer alarmowy, grożąc, że jeśli nikt ze służb nie przyjedzie z nią porozmawiać, popełni samobójstwo. Kobieta była gotowa zjeść trutkę na szczury. Na szczęście udało się ją odwieść od tego pomysłu.

Podobne zdarzenie miało miejsce przy ul. Kolejowej. 25-letni chłopak pociął sobie nadgarstki i przedramiona nożem, bo – jak mówił – nie radzi sobie w życiu. A wieczorem następnego dnia kolejny desperat z ul. Mickiewicza okaleczył się. Próbujących mu opatrzyć ręce i przewieźć do szpitala ratowników zrugał, wyrzucił z domu i groził, że znajdzie ich w pracy, a wtedy popamiętają. (pc)