Ogień zabrał im wszystko

Tyle zostało z ich wymarzonego domu

Nie istnieją słowa, które potrafią wyrazić, co czuje ta rodzina. Swoje cztery kąty urządzali od roku. Sukcesywnie, krok po kroku, wkładali w dom każdy zarobiony grosz. Jacek nie zdążył nawet wstawić nowych drzwi i okna w pokoju dzieci. W ułamku sekundy wszystko stanęło w ogniu. Uciekli, jak stali. Boso, w piżamach, z przestraszoną 5-latką na rękach. Zostali bez ubrań, jedzenia i wszystkiego, co potrzebne do życia. Po domu zostały jedynie zgliszcza i bożonarodzeniowa kartka…

– Patrz, mamo, znalazłam kartkę. Nie spaliła się – Angelika biegnie do mamy z wyciągniętą ręką. W dłoni trzyma nadpaloną ze wszystkich stron pocztówkę z Maryją, Józefem i Jezuskiem w żłobie. Agata bierze córkę w ramiona, a do oczu napływają jej łzy. – Chcieliśmy te święta Bożego Narodzenia spędzić w naszym nowym domu – mówi, tuląc do piersi 5-letnią blondynkę.

Pożar wybuchł w nocy

Był wtorek (27 września). Noc. Prawie wszyscy już spali. Agata (36 l.) razem z córeczką. Starszy syn, Sebastian (15 l.), też był już w łóżku. W pokoju obok mama Agaty. Tylko Jacek (40 l.) oglądał jeszcze telewizję, kiedy w pewnym momencie zobaczył błysk. Od tego się zaczęło.
– Dochodziła 23. Oglądałem wiadomości, kiedy zgasło światło. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem błysk. Po chwili z kuchni zaczął ulatniać się dym. Wyszedłem i zobaczyłem płonący dach – opowiada pan Jacek Blacha.
Niewyobrażalny strach. Jacek wbiegł do środka z krzykiem i zaczął budzić wszystkich. Agata złapała córkę i wybiegła na dwór.
– Myślałam, że serce mi pęknie. Stałam i patrzyłam, jak ogień chłonie wszystko, a straży pożarnej jeszcze nie było. Jeden wielki ogień – mówi ze łzami w oczach kobieta.
To były ułamki sekund. Mama Agaty ledwo zdążyła złapać leżącą obok łóżka torebkę z dokumentami i razem z Sebastianem uciekli na podwórze. Agata dobijała się do drzwi wszystkich sąsiadów. Błagała o pomoc.
Dym szybko wypełniał kolejne pomieszczenia, a płomienie zajmowały drewnianą konstrukcję budynku. Z dachu strzelał pękający eternit. Jacek, póki jeszcze mógł, napełniał wodą wiadra. Próbował rozpaczliwie gasić pożar i szukał sposobu, aby dostać się do płonącego domu, ale na próżno. Ogień był już zbyt potężny. Płomienie objęły wszystko, musiał uciekać. Kiedy strażacy przyjechali na miejsce, pożar strawił już dach. W ogniu był już prawie cały budynek. Jacek i Agata, w piżamach, mogli już tylko patrzeć, jak płonie całe ich życie…
– W akcji brały udział dwa zastępy straży i jeden zastęp OSP, łącznie dwunastu ratowników. Strażacy pomogli wynieść dobytek z domu. Przed ich przyjazdem cały dach uległ spaleniu. Akcja ratownicza trwała blisko cztery godziny. Straty wyceniono na ponad sześćdziesiąt tysięcy złotych – informuje mł. bryg. Wojciech Chudoba, rzecznik prasowy chełmskich strażaków.
Nie wiadomo, co było przyczyną pożaru. Jako przypuszczalną strażacy podali nieprawidłowe składowanie materiałów w kotłowni. Zrozpaczona rodzina pokazuje na zgliszcza pomieszczenia – mówią, że przy piecu niczego nie przechowywali. Jacek zawsze dbał o to, by przed każdym sezonem grzewczym przewody kominowe były sprawdzone i przeczyszczone.

Nie mają do czego wracać

Płomienie zniszczyły to, na co pracowali całe życie. Mieszkają teraz kątem u rodziny, ale co będzie dalej?
– Idzie zima, a my nie mamy gdzie mieszkać. Nie wyobrażam sobie tego. Mama jest chora, nie dała rady wyjść z domu, zasłabła i trzeba było wzywać karetkę – opowiada Agata.
Jakiś czas temu mama Agaty przepisała na córkę dom. Małżeństwo Blachów w ubiegłym roku rozpoczęło remont budynku. Całe życie oszczędzali, w swoje gniazdko wkładali każdy zarobiony grosz. To był długi i kosztowny remont, bo dom zbudowano jeszcze przed wojną i nie ma stropów. Włożyli w niego tyle trudu i pieniędzy… Jacek, który jest budowlańcem, robił wszystko sam. Kawałek po kawałku. Wyburzył ścianę i na drewnianej konstrukcji postawił nową. W tym roku zaczął remont drugiej strony domu. Przed zimą chciał urządzić pokój dzieciom, by mała Angelika miała swój kąt i nie musiała już spać z rodzicami. Wydał prawie 8 tys. zł na materiały. Nie zdążył nawet wstawić okna i drzwi do pokoju. Materiały wraz z narzędziami leżały na strychu. Wszystko spłonęło.
Dom – a raczej to, co z niego zostało – nadaje się jedynie do rozbiórki. Sąsiedzi razem ze strażakami zdążyli wynieść ze środka część rzeczy (lodówkę, kuchenkę i kanapę), ale sprzęty są uszkodzone, nic nie nadaje się do użytku. Zresztą, co po kanapie, skoro nawet nie ma, gdzie jej postawić?

Pomóżmy wszyscy

Małżeństwa nie stać na odbudowę domu i bez pomocy ludzi o dobrych sercach nie staną na nogi. Jacek pracuje dorywczo, a pensja Agaty nie wystarczy na odbudowę całego życia. Najgorsze, że dom – tak jak większość innych w gminie – nie był ubezpieczony.
Nic im nie zostało, zostali nawet bez ubrań. Opieka społeczna przyniosła trochę rzeczy 5-letniej Angelice i zobowiązała się do wypłaty zasiłku celowego, ale to wszystko za mało. Spłonęły podręczniki, zeszyty szkolne, ubrania, garnki, meble, dosłownie wszystko.
– Córka pokazała mi jedną rękawiczkę i zapytała, gdzie jest druga. Gdzie są jej lalki, wózek, zabawki. 3 listopada obchodzi urodziny – podeszła i zapytała: „Mamo, gdzie teraz upieczesz mi tort?” – rozpacza Agata. – Rok temu, w październiku, pijany kierowca przejechał przez ogrodzenie i uderzył w róg domu. Dokładnie w tym miejscu stało nasze łóżko. Od tamtej pory baliśmy się zasypiać. Każdy dźwięk pędzącego auta budził lęk. Angelika płakała i piszczała, musiałam z nią chodzić do psychologa. To był horror. A teraz? Taka tragedia…
Włodarze gminy włączyli się do pomocy pogorzelcom. Podstawili kontener na gruz i zapewnili, że odbiorą popękany eternit z dachu. W ubiegłym tygodniu wydrukowane zostały ulotki z apelem. Pracownicy urzędu rozwieźli je po całej gminie – informacja o dramacie rodziny i prośbie o pomoc miała pojawić się na każdym przystanku autobusowym, u sołtysów każdej wsi i w parafii.
– Ksiądz ogłosi zbiórkę, a w banku utworzone zostało konto celowe dla darczyńców. Decyzją dyrektora, w szkole będą wydawane obiady dla całej rodziny – mówi Roman Kandziora, wójt gminy Kamień.
Zrządzenia losu nie są jednak nikomu znane, dlatego apelujemy do ludzi dobrej woli, którzy zechcieliby wesprzeć finansowo potrzebujących. Wpłat można dokonywać na konto: WBS Chełm: 75 8187 0004 3003 0072 7532 0001 z dopiskiem „Pomoc dla Pogorzelców”. Nie bądźmy obojętni na los ludzi dotkniętych nieszczęściem. Jeżeli ktokolwiek może przeznaczyć rodzinie dary w formie rzeczowej – w szczególności materiały budowlane – nie powinien się wahać. (pc, fot. mo)